O popsutym telefonie 

Punktualnie, jak co półtora roku nawalił mi telefon. Oczywiście na całej linii – wziął się wyłączył mimo prawie pełnej baterii i nie dał z powrotem włączyć. Żaden boot loader, żaden recovery mode, żaden martwy androidek, tylko napis Google i czarna dupa. Jako że kupiłam go na amazonie, a był na tyle uprzejmy, że zachciał paść przed ukończeniem dwóch lat, a tyle ma gwarancja, ci z amazona kazali go wysłać do naprawy, a w razie jej niemożliwości obiecali oddać kasę. Więc nawet nie wściekałam się jakoś straszliwie (głównie dlatego że mam iPada, nie oszukujmy się, z telefonu będzie mi brakowało tylko whatsappa) i uroczyście przyrzekłam sobie, że jak nie da rady go naprawić, zainwestuję w końcu w iphona. A jak i on siądzie po półtora roku, wejdę na ostatnie piętro najwyższego budynku w mieście, wyrzucę ustrojstwo przez okno i rozpocznę życie wolne od telefonu. 

Ten pojechał z kumplami na weekend do Budapesztu w celu świętować urodziny jednego z tych kumpli i jako że zupełnie nie miałam apetytu (nie że z miłości i tęsknoty, zwyczajnie tracę apetyt, jak muszę sama gotować), postanowiłam spożyć na kolację potwornie zdrowy zielony koktajl. Jak powiedziałam tak zrobiłam – zmiksowałam szpinak, ogórka, awokado i jabłko, przyjęłam do wnętrza i teraz odbija mi się błotem. Tak, błotem. A może mułem.

Jesień znoszę jak dotąd całkiem nieźle, pewnie dlatego, że jest 16 stopni i w miarę sucho, oraz rano wstawac muszę maksymalnie dwa razy w tygodniu. 

Chyba spać pójdę, bo właśnie dzisiaj był jeden z tych dwóch razów, nauczałam przez 9 godzin lekcyjnych i kaganek oświaty ciąży mi tak, ze nawet wino mi nie wchodzi. 

Reklamy

Leave a comment »

O pogodzie głównie 

I faktycznie. Dwadzieścia pare stopni w październiku, nowych botków nawet nie zdążyłam wyprowadzić na spacer, a zamiast tego na powrót wyciągnęłam Vagabondy aka kapcie. Jest pięknie. Ten wykorzystuje absolutnie ostatnie dni, kiedy może pójść na rower w ciągu tygodnia zanim zrobi się ciemno i codziennie WSTAJE O SIÓDMEJ żeby szybko skończyć pracę i wskoczyć raz na wyścigówkę, raz na MTB. (Ten ma nienormowany czas pracy i sam może określić jej początek i koniec – musi jedynie wyrobić godziny i zachować wszystkie dedlajny.)

Osobiście rozpoczęłam nowy semestr i, o cudzie, nie muszę rano wstawać w poniedziałki! Uważam że jest to absolutnie fantastyczne, bo wizja poniedziałkowego budzika o 6.40 zawsze skutecznie psuła mi niedzielny wieczór, a w obliczu pierwszych zajęć o 12.15 mogę się nim niezmącenie cieszyć. 

Weekendowe pierogi okazały się sukcesem, sama nie ulepiłam ani jednego, wykonałam tylko 3 farsze, zrobiłam ciasto, wałkowałam je po kawałku, wycinałam kołeczka szklanką, a lepieniem grzecznie zajęli się Ten i Seta. Wyszło ponad sto sztuk, które zostały pożarte co do okruszka. Piękna pogoda ułagodziła mnie do tego stopnia, że w niedzielę – jako że zostało sporo farszu – zgodziłam się zrobić nieco ciasta jeszcze raz, tylko dla Tego, który znowu ulepił wszystkie. Tak to możemy współpracować. 

A w ramach maratonów starych seriali teraz lecimy z Californication – widziałam chyba tylko dwa pierwsze sezony i prawie nic nie pamiętam. A swoją drogą -David Duchovny mnie nie rusza wcale, natomiast Hank Moody jak najbardziej!   


A tak było w niedzielę. 

Leave a comment »

O świętowaniu dnia nauczyciela

Conajmniej do wtorku zapowiadają temperatury od 19 do 24 stopni. I słońce. Już wczoraj, wlokąc się do domu po 10 godzinach zajęć mialam wrażenie, że to wiosna, ciepły, łagodny zmrok, niebo zwiastujące słoneczny dzień, mnóstwo ludzi na ulicy, większość odziana w same swetry, knajpiane tarasy pełne. Taką jesień to ja rozumiem, a ten ziąb sprzed miesiąca to niewątpliwie specjalnie dla nas był, żebyśmy szybciutko o urlopie zapomnieli (po mojej opaleniźnie nie ma już śladu). 

A jako że z Polski przywieźliśmy sobie nieco wędzonych wędlin (tutaj niezbyt popularnych) i litr wolnocłowej żubrówki, Temu wreszcie udało się wrobić mnie w pierogi i na dzisiaj zaproszeni są goście w celu świętowania. Nie wiem czego, dnia nauczyciela na przykład. Pasuje, moja przyjaciółka Annabelle dzieli ze mną profesję i miejsce pracy. (To znaczy, kiedy akurat nie jest w ciąży albo na macierzyńskim.) I dzisiaj po raz pierwszy przyjdą z obydwojgiem dzieci, a Seta zamówiony jest na pomaganie, bo doprawdy dla 7 osób nie zamierzam sama tych pierogów lepić. 

A wracając do tematu dzieci Annabelle, prawie dwuipółletni Lorenzo jest najbardziej zdumiewającym dzieckiem, jakie znam. Doskonale dwujęzyczny, na widok osoby od razu wie, czy uderzać do niej po hiszpańsku czy po francusku, potrafi liczyć do dwudziestu, dodawać do 10 oraz, uwaga, wymienić w kolejności i rozpoznać z twarzy PLANETY UKŁADU SŁONECZNEGO. (Wszystko w obydwu językach bajdełej). Niewątpliwie przyczynił się do tego kontakt z wujkiem Setą (prawie doktorem fizyki teoretycznej) i kupowanymi mu książkami, ale UKŁAD SŁONECZNY?!? Osobiście posiadłam ową wiedzę w wieku lat 13, będąc w siódmej klasie podstawówki. 

Zobaczymy czy polubi pierogi. 

Leave a comment »

O wybuchowych kasztanach

Ten weekend, dla Tego pierwszy od półtora miesiąca, postanowiliśmy spędzić w domu i w SPOKOJU. Nigdzie nie łazić, nikogo nie przyjmować, nikogo nie widzieć. Tylko my, wino i netflix. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy, wyszliśmy jedynie w sobotę w celu zrobić zakupy, i, oprócz innych produktów, zakupiliśmy też kasztany jadalne, z zamiarem przygotowania ich w piekarniku. W drodze powrotnej z kasztanami Ten niósł w objęciach sześciopak ciemnego piwa Köstritzer i prawie przed samym domem, na przejściu dla pieszych dwie flaszki wymsknęły mu się z kartonowego trzymaka i z wielkim impetem rąbnęły o ziemię. Oprócz impetu huk też był porządny, piwo zapieniło nam się pod nogami, cudem chyba nie pryskając na moje nowe, JASNE, zamszowe trampki, więc do domu wróciliśmy z początkiem zawału i migotaniem przedsionków. Rozpakowaliśmy zakupy, nacięliśmy kasztany na krzyż, namoczyliśmy i wystawiliśmy do piekarnika. Po 20 minutach wydawały się dobre, a wyjmując blachę zauważyłam mimochodem i skomentowałam głośno fakt, że jeden z kasztanów nie otworzył się w piecu. Wysypaliśmy pożywienie do miski, Ten chwycił w jedną rękę szklankę z ocalałym piwem, w drugią miskę z kasztanami i ruszył do salonu, a ja za nim, z własnym piwem w dłoni. Słowa, że te kasztany tak dziwnie szumią zamarły Temu na ustach, gdy nieotwarty kasztan zrobił BUM!!!!!! i eksplotował zawartością na przedpokój, buty Tego i, rozlane przez nerwowe wzdrygnięcie piwo, które najwyraźniej nie było nam pisane. Po dwóch minutach ciężkiego oddychania i trzymania się za serce można było posprzątać bajzel w przedpokoju i ostrożnie donieść naczynie z wybuchową zawartością do salonu.

Kasztany spożylismy oglądając się nerwowo za siebie przy każdym dźwięku i trzymając miskę możliwie daleko. Więcej wybuchów tej soboty nie odnotowaliśmy. 

A dziś, spragniona zakwasów, bo dawno nie miałam, wykonałam 51 minut kickboxingu połączonego z treningiem mięśni brzucha i grzbietu. Już czuję, że mnie NIE ZAWIEDZIE. 

Leave a comment »

O początku jesieni i swetrach 

Wróciliśmy z Polski i zaczęła się jesień. Zaczął się rownież nowy projekt w pracy, a mianowicie nauczenie od postaw niemieckiego języka grupy indonezyjskich 18-19latków, którzy zamierzają w tym kraju rozpocząć studia. Nie powiem, wiek owej młodzieży nieco mnie przeraża, bo zdecydowanie wolę pracować z dorosłymi, ale podobno ich młodzieńczy zapał do nauki ma swoje plusy. Dziś pierwszy dzień, zobaczymy. 

Z nadejściem jesieni zaczęłam rownież kupowanie swetrów, i w tym roku ciągnie mnie do kolorów (w szafie posiadam z 4 swetry rożnego kroju wprawdzie, ale wszystkie szare. Oprócz tego dwa czarne, jeden ciemnobordowy i jeden neutralno-beżowy), więc oprócz już wspomnianego ceglastoczerwonego, zakupiłam jeszcze musztardowożółty i zamówiłam pudrowy brudnoróżowy. Poza tym lubię tej jesieni spódnice midi i kicham na fakt, że nie służą niewysokim osobom. 

Treningi we wrześniu mi trochę kulały (13 na 30 dni) i postaram się poprawić znowu ten wynik w październiku. Mimo wszystko jednak w Polsce nie przytyłam wcale, co wydaje się cudem zważywszy na fakt, że moja siostra dwa dni przed naszym przyjazdem w całości spędziła w kuchni i usiłowała za wszelką cenę wcisnąć w nas efekty owego stania przy garach. Całe szczęście głównym jej targetem był Ten, a on chętnie dawał w siebie wciskać pożywienie. 

A pod koniec miesiąca znowu dwa dni wolne i mam dużą nadzieję, że znowu się uda na chwilę gdzieś wyskoczyć. 

Leave a comment »

Można by rzec, że o sobocie doskonałej

Tego nie ma do jutra i tak naprawdę brakuje mi go z jednego powodu – chciałabym dalej oglądać Bloodline, a nie oglądam, bo nie jestem świnią i na niego zaczekam. Chociaż mnie świerzbi!

A dziś rano obudziłam się o 9, po rozkosznych 10 godzinach snu, poprzedzonych połową sezonu Friends from college (można sobie darować, mimo że gra Robin z HIMYM), śniadanie zjadłam w łóżku, kawę wypiłam w łóżku, kurier przyniósł paczuszkę z Zary, której zawartość w pełni mnie usatysfakcjonowała, a potem, koło 11, wylazłam z łóżka i ogarnęłam chatę. Z bardzo prostego powodu – kiedy jest posprzątane i ładnie, jeszcze bardziej cieszę się byciem sama w domu. Po skończeniu wywloklam matę i kettle i odpracowałam 45 minut machania żelastwem.  Następnie nałożyłam maskę na włosy i miałam czas żeby potrzymać ją ponad pół godziny. Po prysznicu spożyłam obiad, ubrałam się w nowy sweter i nowe portki, umalowałam usta czerwoną szminką od nieteściowej, doskonale pasującą do swetra, i wyszłam na spacer i zakupy, bo świeciło piękne słońce i miasto było pełne życia i sąsiadów zza holenderskiej granicy. Wróciłam z żarciem, łańcuchem z papierowych lampioników i płaską miseczką w kształcie ananasa. Lampioniki udrapowałam tak, żeby zwisały z karnisza w salonie, a miseczkę uplasowałem na stoliku nocnym i zapełniłam najczęściej używaną biżuterią (głównie kolczykami), która do tej pory walała mi się tam luzem. Po czym ustabilizowałem się na kanapie z autobiografią Chmielewskiej w jednym tomie, bo bardzo miałam ochotę na coś babskiego i mojego. 

Na kolację przygotowałam sobie w piekarniku frytki z batatów, dodałam jajko sadzone i pół awokado, wlałam sobie kieliszek wina i zakończyłam sezon Friends from college (wciąż nie polecam jakoś szczególnie gorąco). Potem obejrzałam dość niepokojący film dokumentalny What the health, traktujący o szkodliwości jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych, pocieszałam się, że osobiście jem coraz mniej, mleka nie piję, ser ograniczam, cóż, jedynie te jajka zostają, może przejdą mi jakoś ulgowo, przeleciałam Instagram, napisałam tego posta i postanowiłam iść spać. 

Niedziela ma to do siebie że czuje się już na karku oddech poniedziałku, ale wieczorem wróci Ten i obejrzymy Bloodline! 

Leave a comment »

Chyba o nadchodzącej jesieni

Naprawdę nie wiem dlaczego pourlopowy nastrój trwa tak krótko, ale ten raz nie był żadnym wyjątkiem – niby to tylko 10 dni, a już w ogóle nie pamietam, że na jakimś urlopie byłam. Kurs intensywny niby spokojniejszy, ale oprócz niego dowalili mi jakieś zastępstwa, więc połowę dni wracam do domu prawie o tej samej godzinie, o której z niego wyszłam, tyle że 12 godzin później. Po czym marzę już tylko o łóżku, bo takie długie dni z niedostateczną ilością snu są ZNACZNIE trudniejsze do przełknięcia. 

Najważniejszy ze wszystkiego jest jednak fakt, że WRESZCIE WYSZŁO SŁOŃCE, dni zaczęły przypominać babie lato, a wczoraj i dzisiaj miałam na sobie lekki trencz oraz gołe stopy bez skarpetek i BYŁO MI CIEPŁO. Po tym, jak w zeszłym tygodniu codziennie miałam na sobie botki i prawiezimowy płaszcz, a przy sobie parasol, już prawie zapomniałam, jak to jest, jak człowiek idzie sobie po ulicy, słońce grzeje mu twarz i jest mu ciepło. Oraz skończyłam pracę o godzinie 12:45, naplułam i nakichałam na ambitny plan przygotowania już zajęć na poniedziałek i zamiast tego poszłam do domu pieszo, powolnym spacerkiem, przeszłam się po mieście i zahaczyłam o delikatesy, w których kupiłam bardzo dobre argentyńskie wino z winnicy Finca Las Moras. Wino zamierzam spożywać powolutku przez cały weekend, gdyż jestem znowu sama – Ten integruje się ze swoim biurem w Berlinie na wyjeździe integracyjnym. 

Jeśli zaś chodzi o jesień, to chyba jestem już pogodzona z losem – to słońce i małe zakupki w Zarze tak mnie pokojowo nastroiły. Paczuszka przyjdzie jutro, a w niej spodnie w drobną czarno białą kratkę, gruba, pasiasta spódnica z frędzlami, pomidorowy sweter z obszernymi rękawami i biała, nieco wiktoriańska bluzka. Już nawet prawie się cieszę, a że w tym semestrze będę pracowała głównie po południu, nie zabraknie mi czasu na dobieranie do siebie sztuk odzieży! (Nienawidzę ubierać się w pośpiechu o 7 rano, a przygotować sobie outfit dzień wcześniej udaje mi się rzadko, dlatego podczas intensywnego zwykle jestem mało zadowolona z tego jak wyglądam, co ma wpływ na mój nastrój.) 

A w przyszły weekend jedziemy na chwilę do Polski i polską złotą jesień intensywnie uprasza się o obecność, bo planujemy ognisko z kiełbaskami na działce nad jeziorem!

Leave a comment »