O serniku i opatrzności

Jak ja jednak zrobię sernik, to nie ma wiecie czego wiecie gdzie. Ten uwielbia cytrynowe desery, ja osobiście nie bardzo, ale wczoraj miał urodziny i oczywiście mógł wyrazić życzenie odnośnie ciasta, a ja życzenie obiecałam spełnić. Życzeniem był sernik cytrynowy i zupełnie przypadkiem (przepis wyszukałam w internecie na chybił trafił) udało mi się nie tylko stanąć na wysokości zadania, ale nawet powiedziałabym, że nieco ponad zadaniem. Oraz okazało się że nie bardzo lubię tylko serniki z AROMATEM cytrynowym, a te zawierajace w sobie sok i skórkę z trzech prawdziwych cytryn i mnie nadzwyczajnie smakują, a jeśli na wierzchu mają cytrynowy sos, to już w ogóle. Optyką oczywiście nie oddaje smaku, ale popatrzcie sami:


Dzisiaj za to zapomniałam portfela do pracy, a zajęcia miałam od 8.15 do 15.45. I nie miałam ani na kawę (wstałam o 6.30), ani na nic do zjedzenia (śniadanie jadłam o 7.15) ani na autobus z powrotem, a lało. Parasola też nie miałam. Opatrzność jednak była dla mnie łaskawa, bo w torebce znalazłam jeden chrupki chlebek (nie Wasa, tylko taki grubszy i bardziej ścisły, ze słonecznikiem i innymi ziarenkami), co pozwoliło mi nie umrzeć z głodu, a rano nie mogąc znaleźć skórzanej kurtki, którą zamierzałam włożyć (później znalazłam ja wisząca spokojnie na wieszaku, więc musiała to być opatrzność), chwyciłam oliwkową nieprzemakalną parkę z kapturem, co z kolei pozwoliło mi dotrzeć do domu w stanie dość suchym. 

Teraz cziluję na kanapie i nawet się cieszę na samotny weekend (Ten dzisiaj w nocy wyrusza w podróż do Marbelli). Chociaż oczywiście słońca i ciepła będę mu bardzo zazdrościć. Oraz posiadam wino i nie zawaham się go otworzyć, mimo że samotne spożycie może WIADOMO JAK o mnie świadczyć. 

Leave a comment »

O powiewie optymizmu

Ja nie wiem czemu ten czas tak GNA, nawet nie zdążyłam napisać że już po triathlonie. Ten postawił sobie za cel wyrobić się poniżej półtorej godziny, i proszę! 1:29:34. Był bardzo zadowolony, a ja miałam mokre oczy tylko kiedy się żegnał przed wejściem do basenu i kiedy wreszcie dobiegł. A potem poszliśmy na hamburgera i piwo i była to bardzo fajna nietypowa niedziela. 


Treningi mi za to w ubiegłym tygodniu bardzo kulały, zdążyłam zrobić tylko dwa, bo ani sobotni ani niedzielny plan nie przewidywał wolnej godzinki. 

Tymczasem PODOBNO wczoraj był ostatni dzień tej zimnicy. Od teraz do końca maja ma być ciepło, choć czasem deszczowo. Z tej okazji zamówiłam w hiszpańskiej Zarze dziwne buty – Ten mi odbierze w Marbelli za półtora tygodnia. A razem lecimy tam na długi weekend w Boże Ciało – miałam wprawdzie nie opuszczać już zajęć żeby nie musieć ich potem odrabiać, ale what the hell, nie mogę przecież czekać do sierpnia z odwiedzinami mojego ulubionego leżaka nad basenem z widokiem na górę na tle błękitnego nieba!… Sorry studenci. A Madryt i festiwal Madcool też już niedługo, i obrazki w końcu popowieszaliśmy na ścianach, i nowe łóżko kupimy w tym miesiącu, i wstałam dziś o ósmej, żeby przed pracą poprawić testy i poćwiczyć, i plan zrealizowałam, i w ogóle to dzisiejsze błękitne niebo za moim własnym oknem jakoś mnie tak natchnęło, że musiałam się podzielić optymizmem!… 

Leave a comment »

O złośliwości rzeczy martwych i ludzkiej glupocie

Złośliwość rzeczy martwych oraz ludzka głupota nie mają granic, co przedwczoraj pokazał mi dobitnie uwielbiany przeze mnie i ogólnie bezproblemowy mak. A było to tak: kto ma maka ten wie, że przy pierwszym użyciu zakładany jest profil oraz należy ustalić hasło do odblokowania urządzenia, i to hasło automatycznie jest zapisywane w tak zwanym pęku kluczy, służącym do otwierania, tudzież dokonywania zmian w ustawieniach wszystkich programów. Jako że ja mojego maka nigdy nie wyłączam, hasła podawać nie muszę i po jakimś czasie nie mogłam go sobie przypomnieć. Możliwe, że zdarzyło mi się to więcej niż raz, za każdym razem, kiedy komputer wyłączał mi się z braku prądu, ale za każdym razem udawało mi się to hasło zmienić przez tak zwane Apple-id. I wszystko było fajnie do przedwczoraj właśnie, kiedy to przyszła nowa drukarka i ambitnie postanowiłam ją zainstalować i skonfigurować z makiem przez wifi. Czytać ogólnie potrafię, po niemiecku rozumiem jak po polsku, więc zadanie trudnością nie przerażało. Podłączyłem kable, wetknęłam tusze, zainstalowałam sterowniki i w końcu doszłam do konfigurowania przez wifi, a pęk kluczy w maku uprzejmie poprosił mnie o hasło dostępu do wyżej wymienionego. Wstukalam aktualne, różniące się oczywiście od pierwotnego, a mak niezmiennie uprzejmie, chociaż z irytującym tępym dźwiękiem, powiadomił mnie że nic z tego. Wypróbowałam, jak mi się zdawało, wszystkie hasła, jakich w życiu użyłam, a w odpowiedzi słyszałam tylko znienawidzony tępy dźwięk. Zresetowałem komputer. Wymeldowałam użytkownika mnie. W przypływie rozpaczy nawet zaktualizowałem wersję systemu operacyjnego, i za kazdym razem pojawiało mi się nie dające się w żaden sposób ukryć ani wyłączyć żądanie hasła do pęku kluczy. Na stronie suportu technicznego Apple znalazłam w końcu informację, że przy każdej zmianie hasła należy aktualizować pęk kluczy, gdyż hasło nie zostaje zmienione automatycznie. Rychło w czas. Strona informowała poza tym, jak te klucze zaktualizować w mojej sytuacji, i jako pierwszy krok kazała wybrać z zakładki Zarządzanie pękiem kluczy opcję Ustawienia. Siedziałam nad tym makiem już trzecią godzinę, zęby same mi zgrzytały, pęk kluczy przesłaniał świat i zaciemniał umysł, upiorny dźwięk dzwonił w uszach i w tamtym momencie moja zakładka opcji Ustawienia po prostu NIE MIAŁA. No nie było jej i już. Klikałam we wszystko bez rezultatu i wpadałam w coraz większą złość, nie rozumiejąc, dlaczego nie ma tej cholernej zakładki, skoro być powinna. Ten w międzyczasie zdążył przyjść z pracy, zrobić kolację, poradzić mi nic mądrego nie potrafił, bo na maku się w ogóle nie zna, a ja w końcu się poddałam i zgodziłam zanieść ustrojstwo do sklepu, w którym je kupiłam, z nadzieją, że tam mi coś poradzą. Po kolacji, z pełnym żołądkiem i już bez łez złości w oczach, jeszcze raz otworzyłam maka i spokojnie zaczęłam wyjaśniać Temu w czym problem i co powinnabym zrobić, gdyby zakładka BYŁA. Znalazłam Zarządzanie pękiem kluczy, spojrzałam WRESZCIE w górę monitora, a tam jak byk wielkimi literami krzyczały do mnie USTAWIENIA. Chyba calutka krew odpłynęła mi z twarzy, drżącymi palcami wstukałam kolejne DWA KROKI, wylogowalam się, zalogowałam na powrót i w minutę zaktualizowałem pęk kluczy. Gdybym nie była sobą, tylko kimś innym, niewątpliwie dałabym sobie w gębę, ale sama sobie nie potrafię, więc tylko nawymyslalam sobie od najgorszych w różnych językach, powróciłam do konfigurowania drukarki, wpisałam hasło do wifi, nie usłyszałam sprzeciwów i za kolejną minutę drukarka była skonfigurowana. 

I doprawdy nie wiem jak to podsumować, już tyle razy i w tylu sytuacjach czerwona mgła zalewała mi oczy, zaciemniała perspektywę i zakłócała funkcjonowanie, że powinnam nauczyć się rozpoznawać objawy i w odpowiednim momencie ODPUŚCIĆ I PRZECZEKAĆ, ale najwyraźniej nic z tego, jestem niereformowalna.

Leave a comment »

O tym że nadszedł maj

Tak naprawdę w ogóle nie mam o czym pisać, ale nadszedł maj i muszę treningowo podsumować kwiecień, więc piszę: na trzydzieści dni, szesnaście było treningowych, co daje cztery treningi tygodniowo. Bez wielkich progresów w ciężarze, bo nie to jest moim celem, ale za to sporo hiitów i coraz lepiej wykonywanych ćwiczeń naprawdę trudnych (wiekszość filmików o poziomie trudności 4, a nawet jedna piątka była). Więc wciąż jest dobrze. 

Długi weekend natomiast spędziłam w sposób możliwie niezdrowy, a mianowicie głównie na piciu piwa. W sobotę byliśmy na urodzinach jednego kumpla Tego z biura, a w niedzielę na grillu zorganizowanym przez mojego byłego gacha, tudzież byłego najlepszego kumpla Tego (kto chce, może sobie poszukać stosownej historii w archiwach bloga z roku zdaje się 2011). Osobiście poszłam, bo była to pierwsza od dobrego roku okazja, na której stawili się prawie wszyscy z naszej niegdyś tak zgranej grupy. Spędziliśmy bardzo dobry dzień razem, słońce słowa dotrzymało i też się stawiło, i bardzo fajnie było znowu się zobaczyć, posłuchać co u kogo słychać, dowiedzieć się, że następny bobas w grupie rodzi się planowo za 4 dni (a jego matka mówiąc to niedbale popijała bezalkoholowe piwko z puszki) i stać na trawie z flaszką w ręku cały dzień, aż do momentu zapadnięcia ciemności. 

Dziś za to była kanapa, dużo wody i dający po tyłku trening całego ciała, na dobry początek miesiąca. Maju, nie zawiedź mnie, mam dużo sukienek do wyprowadzenia na spacer. 

Leave a comment »

Znowu o tym samym

Nigdy nie zgadniecie, co dziś zrobiło mi dzień. Sama bym nie zgadła, bo zwykle bywa z tym raczej na odwrót, więc od razu powiem: zabrałam się za przymierzanie letnich sukienek. Wieloletniego porównania nie mam, bo miłość do sukienek zrodziła się u mnie dopiero w ubiegłym roku (no może dwa lata temu, ale bardzo nieśmiała) i większość właśnie wtedy kupiłam, ale doszłam do natychmiastowego wniosku, że wszystkie leżą bez dwóch zdań lepiej niż w zeszłe lato. Są niby luźniejsze, ale jednak nigdzie nic mi nie wisi, wręcz przeciwnie. (Nie pytajcie co mnie napadło żeby przymierzać letnie kiecki w ten MRÓZ, pewnie podekscytowałam się faktem, że na niedzielę znowu zapowiedzieli 18 stopni. Upał normalnie! Chwilowo siedzę pod kocem przy włączonym ogrzewaniu.) (A może był to fakt, że po drodze do domu znowu spotkał mnie cud z wieszakami – przed jednym sklepem, możliwe że tym samym co ostatnim razem, stał cały ich karton do wzięcia, więc przygarnęłam tak z jedną trzecią, a po powrocie zapragnęłam posortować szafę i znowu mieć wszystko na osobnym wieszaku. Uwielbiam mieć wszystko na osobnym wieszaku!) 

Poza tym przyznaję się bez bicia że na froncie embarga na zakupy poległam w tym miesiącu sromotnie. (I zabrakło mi wieszaków.) Najwyraźniej jestem jak jakiś heroinista: nie mogę poprzestać na jednym strzale. W związku z tym przybyły mi dwie kiecki (jedna dopiero do mnie idzie), jedna bluzka, jeden sweterek, a właściwie bluza (z falbanką) i jedna para białych conversów (też dopiero idą). O, właśnie zdałam sobie sprawę, że sukienka i conversy będą na rachunku karty kredytowej z maja. Nie jestem pewna czy to dobrze (bo zapłacę za nie dopiero za miesiąc), czy też źle (bo MOŻE być tym jednym strzałem, który znowu pociągnie za sobą następne). W każdym razie. Wczoraj spotkałam się z argentyńską imienniczką (piłyśmy gorącą wodę z cytryną, nie żeby jakiś wstręt do alkoholu, czy też nie daj Boże STAROŚĆ, ale siedziałyśmy w zadaszonym kawiarnianym ogródku razem z jej psem, cudownym wyżlem, marzę o takim!, i zimno było potwornie) i  wspominałyśmy sobie minione majówki, po których leczyłyśmy kaca czerwonym winem i nie miałyśmy na sobie zimowych płaszczy, tylko krótkie rękawy, a bywało że i szorty. Eh, kiedyś to były czasy. 


A to wyżeł, czy on nie jest przepiękny??.. Rozmiarowo bez problemu sięga pyskiem jedzenia na stole. 

Leave a comment »

O wpływie pogody na wszystko

Tygodnie po wakacjach, nawet krótkich, są bardzo długie, nawet jak są krótkie. 

Zaprawdę powiadam Wam. Szczególnie gdy, mimo że cholerny śnieg na szczęście tu nie dotarł, ma się wrażenie że wróciła zima, włączanie ogrzewania wraca jako nawyk pierwszej rzeczy, jaką robi się po powrocie do domu, a ostrożnie już schowane szaliki i tym podobne należy na powrót wywlec z szafki. Ja wiem, że pogoda to nie jest coś, na co mamy jakikolwiek wpływ i strasznie złości mnie fakt, że ma ona TAKI wpływ na mnie. Ale jak tu się nie zapienić, jak po otwarciu oczu dnia 20 kwietnia widzi się na termometrze w telefonie minus dwa..??? 

W każdym razie, zamówiłam sobie sweterek. Owszem, po tej sukieneczce i bluzce (które NIE WIEM KIEDY znowu włożę) nieco popłynęłam i dokonałam kolejnego zamówionka. (Od przyszłego miesiąca znowu szlaban.) Sweterek miałam na liście od conajmniej miesiąca i najpierw nieco zmiękłam jak go przecenili, ale wytłumaczyłam sobie, że przecież wiosna, to na co mi sweterki. No i proszę, po zobaczeniu tych minus dwóch przestałam się wahać, a sweterek ze złośliwą, acz niezrozumiałą satysfakcją umieściłam w koszyku. Oraz sportowy top, bardzo taniutki, bo po pierwsze sam sweterek nie pokrywał kosztów przesyłki, a po drugie nie nadążam prać obecnie posiadanych sportowych topów, gdyż, przypominam, osiągam właśnie formę życia. (Wczoraj trzepnęłam najnowszy workout 1000 kcal, trwający półtorej godziny, sportowy top przepociłam do suchej nitki, a dziś nawet zakwasów nie mam. (No dobra, prawie.) Forma życia, jak nic! 

Leave a comment »

O Przedwielkanocy w Antwerpii

Normalnie jak tylko dziś weszłam do domu, musiałam zjeść owoca – kiwi dla ścisłości – tak bardzo czułam się odwitaminizowana. Jedyną witaminą, jaką przyjmowałam bowiem do wnętrza w ostatnich dniach, była witamina T – jak tłuszcz. 

Wycieczka jak najbardziej się udała, chociaż w trakcie podróży tam uciekł nam jeden pociąg i w efekcie dotarliśmy na miejsce godzinę później niż zamierzaliśmy. Jako że w sumie nigdzie się nie spieszyliśmy, nie zrobiło nam to większej różnicy. Hotel był w pobliżu dworca i centrum, co zawsze jest plusem, zostawiliśmy walizki i wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do zjedzenia, bo było po szesnastej i osobiście zaczynałam się słaniać z głodu. Ten, jak ma to w zwyczaju, obojętnie czy chodzi o plaże, czy restauracje, nie zadowolił się byle czym, i przeciągnął mnie przez pół miasta do restauracji z wielkim szyldem REAL THAI FOOD i chociaż po drodze miałam ochotę go zabić i pożreć, albo chociaż skoczyć do jednej z licznych mijanych cukierni, kiedy nie patrzył, w końcu musiałam przyznać, że opłacało się czekać. Jedzenie było pyszne, a pierwsze belgijskie piwo (od kilku wizyt nieodmiennie La Chouffe (chyba dobrze napisałam)) smakowało niebiańsko. Szczególnie na pusty żołądek. Potem poszliśmy na spacer po mieście, zjedliśmy po gofrze (ja ze śmietana i truskawkami, Ten z czekoladą i bananem) i byliśmy załatwieni. Nie było takiej opcji, żeby któreś z nas mogło jeszcze wcisnąć kolację. Piwa rzecz nie dotyczyła, więc zaliczyliśmy jeszcze dwa bary (jeden nazywał się Jedenaste Przykazanie i był zapchany wizerunkami i figurkami świętych różnych rozmiarów, a w drugim obok nas pił piwo sam Jezus. W białej szacie i koronie cierniowej na głowie. Więc śmiało można powiedzieć, że podróż miała wyraźny akcent religijny. Potem telefon poinformował, że przeszliśmy 9 kilometrów, a my padliśmy jak kawki około 23.30.

Następnego dnia, wyprzedzę tu fakty, telefon wskazywał ponad 12 przemaszerowanych kilometrów, więc łatwo zgadnąć, co robiliśmy cały dzień. Odwiedziliśmy też jeden Vintage Shop i prawie kupiłam levisy za 19 euro, nie wiem właściwie dlaczego prawie i szczerze mówiąc bardzo żałuję. Przez cały dzień syciłam oczy widokiem fantastycznie ubranych ludzi, a w południe odostaliśmy swoje w kolejce po frytki, żeby nasycić i żołądki. Ja naprawdę jestem jakaś wybrakowana, żarciem w typie frytek zachwycam się przez 30 sekund, a zaraz potem jestem ciężka, syta i nie mieszczę ani kęsa więcej. Uczyniłam jednak wysiłek, zmieściłam  prawie całą porcję (były pyszne, jak tylko belgijskie frytki potrafią być). Po południu wylądowaliśmy w barze, który serwował PRZEPYSZNEGO ciemnego Grimmbergena z kija, więc wbrew tradycji zostaliśmy tam na dwa piwa, a nie na jedno, i to był chyba najlepszy czas tego wypadu. Lubię podróżować z Tym, z wielu powodów, ale najważniejszy jest czas, który spędzamy razem bez niczego rozpraszającego uwagę, bez telefonu i internetu, bez codzienności, bez stresu i bez zmęczenia. Czas, kiedy znowu jesteśmy na randce. 

Wieczorem, jako że okazało się, że mieszkamy w China Town, postanowiliśmy zjeść kolację u Chińczyka, i była ona niestety bardzo średnia imprezy tam droga. Albo może ja po prostu nie lubię chińskiego jedzenia, chyba muszę zaakceptować fakt, że jeśli chodzi o Azję, to sushi, taj, i ani grosza więcej. 

A dziś o trzeciej przekroczyłam próg domu, zjadłam wyżej wymienione kiwi, pomogłam Temu ugotować ZDROWY obiad (pełnoziarniste penne z warzywami), a potem z westchnieniem, obrzucając iPada ponurym spojrzeniem, odpaliłam fitnessblendera. Wcale nie chciałam, ale skoro Ten poszedł na koszykówkę, MUSIAŁAM. 

Leave a comment »