O wiośnie, alergii i rozterkach odzieżowych

Bardzo Wam dziękuję za gratulacje i miłe słowa oraz za kciuki! Za kciuki najbardziej! Kciuków w ogóle najlepiej nie puszczajcie. A i owszem, niby to prawie półmetek, ale jakiś taki oszukany, bo te pierwsze tygodnie nieświadomości tak naprawdę w ogóle się nie liczą.

Z nostalgii zamówiłam sobie na Amazonie czytaną we wczesnym dzieciństwie książeczkę „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat”. (Tak, wiem, jako dziecko miewałam interesującą lekturę, ale ja jako dziecko czytałam WSZYSTKO, dla samej satysfakcji rozszyfrowywania literek i układania ich w słowa.) Po pierwsze, książeczka okazała się strasznie cienka i przeczytałam ją w pół godziny, a po drugie ho ho ho. Mamusia bohatera (a bohaterem jest mieszkaniec brzucha) w czasie ciąży pali papierosy oraz w siódmym miesiącu urządza imprezę, na której pije dżin z wermutem i rum z kolą, od których to napitków bohatera szczypią oczy. Aż musiałam spojrzeć na rok wydania – 1972.

Poza tym WRESZCIE przyszła wiosna i umieram na alergie. Znaczy alergie mam już od połowy lutego, ale objawiała się jak dotąd tylko kichaniem, tymczasem od piątku mamy temperatury oscylujące wokół 20 stopni i punktualnie z ich nadejściem nos zatyka mi się w nocy dokumentnie, co skutecznie uniemożliwia zarówno spanie, jak i oddychanie. Ale temperatura jak najbardziej mi odpowiada, wczoraj nawet wyprowadziłam na spacer nowe buty z wolną piętą – na gołe stopy! (Wielkanoc spędziliśmy w Marbelli, więc moje stopy nie przypominają już kolorem mrożonego kurczaka.)

A, moim ulubionym zajęciem ostatnimi czasy jest odsyłanie paczuszkę do asosa. Z uwagi na odmienny stan, ze sklepów stacjonarnych do dokonywania zakupów odzieżowych został mi jedynie h&m, więc namiętnie zamawiam na asosie, stwierdzam, że sztuki odzieży szyte są na słonie w 25 miesiącu, po czym pakuję je i odnoszę z powrotem do paczkomatu. Możliwe, że już niedługo będę musiała wszystko odszczekać, ale na razie wciąż pasują mi moje normalne nieciążowe bluzki, a nawet jedne spodnie, więc żyję w ciągłym strachu, że nagle się to zmieni i nie będę miała w co się ubrać. (A pracować zamierzam do końca lipca, więc jakiejś odzieży będę potrzebować.)

Reklamy

3 Komentarze »

O tym że (chyba) wracam

Na wstępie chciałam bardzo podziękować za pamięć, uściski, oraz za to że ktoś tu w ogóle jeszcze zagląda! Powód mojego milczenia jest jak najbardziej pozytywny (a przynajmniej póki co tak to widzę, hehe), a mianowicie Ten i ja postanowiliśmy się rozmnożyć i jak narazie dobrze nam idzie, gdyż aktualnie jestem w 18 tygodniu ciąży. Postanowienie, a tym bardziej jego realizacja, było dość nieoczekiwane dla naszego otoczenia, a szczerze mówiąc, rownież i dla nas samych. Ale cóż, życie jest pełne niespodzianek, jak mówił wieszcz.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie pisałam, bo źle się czułam, czy coś w tym guście. Nic podobnego – pierwszy trymestr przeszłam prawie bezobjawowo, ani razu nie wisiałem nad klozetem, jadłam aż miło (głównie owoce, warzywa i chleb, gdyż od mięsa, szczególnie kurczącego, jednak mnie trochę odrzuciło) i jedyną dolegliwością, która trzyma mnie aż do dziś, jest potworna senność, ale to doprawdy da się wytrzymać. A, i roztargnienie, które przejawia się najlepiej w makijażu: raz zapomniałam się zupełnie umalować i rzuciło mi się to w oczy, kiedy ubrana już w płaszcz i buty zawróciłam od drzwi w celu zrobić siusiu przed wyjściem, raz zapomniałam o samych brwiach, co zauważyłam już w pracy i czym nie przejęłam się zbytnio, a jeszcze innym razem nie użyłam brązującego pudru i, rownież już w pracy, długo nie mogłam dojść, czego mi w mojej twarzy brakuje, i dlaczego wydaje mi się taka płaska i blada. A wracając do meritum – nie pisałam, bo trudno byłoby mi ominąć ten temat, a nie omijać go nie potrafiłam, bo zwyczajnie za bardzo się bałam. Jeśli ktoś pamięta mój listopadowy wpis o stracie, zrozumie, że miałam czego. Poza tym bałam się wyniku badań genetycznych, każdej kontroli u lekarza, za szybko chodzić, za bardzo męczyć… Prawie własnego cienia się bałam. Możliwe że czas przeszły nie jest zresztą zbyt uzasadniony, bo w sumie nadal się boję.

I owszem, pamietam ile mam lat, ale hej, ja przecież WSZYSTKO w życiu robiłam w dziwnych terminach!

To tyle. Jak ktoś czeka na informację, czy ile przytyłam, to 5 kilo. Ale poszło mi to głównie w brzuch, ciążowe portki mam nadal rozmiar 36, góry wszystkie dalej mi pasują i ogólnie (odpukać) nie jest źle.

A tu aktualna ja:

4 Komentarze »

O tym że przepraszam za niepisanie

Wiem, potwornie długo nie pisałam, ale po pierwsze dzieje się tyle rzeczy, o których nie mogę pisać, a w głowie nie mam nic oprócz tych właśnie rzeczy, i po drugie jestem zakopana w robocie, bo semestr się kończy, a projekt specjalistycznych kursów letnich rusza z kopyta.

Rok zaczął się z dużym przytupem, i nawet podsumowania poprzedniego nie udało mi się wklepać, bo w domu nieteściowej w Marbelli akurat na czas naszego pobytu nie było wifi. A nie będę przecież robiła podsumowań 23 stycznia, prawda? Jedno zaś nie zmieniło się w ogóle, bardzo chcę żeby styczeń się skończył, luty się skończył i był już conajmniej marzec.

Na początek jednak wystarczy mi styczeń, bo w lutym mam mało zajęć i może troszkę odetchnę. I postaram się jednak czasem coś skrobnąć, obiecuję.

Na zdjęciach oczywiście świąteczno-noworoczna Marbella.

2 Komentarze »

O przedświątecznej sytuacji

Google now wita mnie słowami „Jeszcze tylko 3 dni do twojej podróży do Malagi” i powiem wam że są to piękne słowa. Chociaż z drugiej strony walizkę trzeba będzie pakować, a z tym już gorzej. (Zwłaszcza zimą, letnie kiecki miejsca nie zajmują i można wetknąć wszystkie, dobór grubszych rzeczy wymaga znacznie więcej pracy myślowej.)

Do pracy jeszcze tylko dziś, jutro i pojutrze i doprawdy wolałabym mniej nadgorliwych studentów, którzy nie pojawiliby się na zajęciach w ostatnim tygodniu przed świetami, ale cóż. Nie wybieram ich sobie. (Za to można pokserować czytanki o Świętach i część zajęć z głowy, a temat jest wielce socjokulturalny!)

A z tematów nieświątecznych, w niedzielę wieczorem włączyliśmy z Tym „Dark” na netfliksie i dziś zostały nam już tylko dwa odcinki. Wow, fanem zjawisk paranormalnych i podróży w czasie nie jestem, a naprawdę mnie wciągnęło. Nieco przeszkadza mi tylko dramatyczna muzyka na każdym kroku, jakbym sama nie wiedziała, kiedy powinnam poczuć gęsia skórkę, oraz niezwykła tępota prowadzących śledztwo – kamon, ja od pierwszej chwili wiedziałam czyje są znalezione w lesie zwłoki, a komisarz wpadł na to dopiero w ósmym odcinku. Tak czy siak, godne polecenia to jest i najlepiej oglądać z oryginalnym niemieckim audio i napisami (jeśli ktoś oczywiście nie zna niemieckiego). Pomijam fakt, że po niemiecku podobno wszystko brzmi bardziej groźnie, po prostu dubbing jest nieco kulawy, a szkoda.

Treningowo mi ten grudzień też idzie jak po grudzie (ha. ha. ha) i mam jeszcze ostatnią malutką nadzieję na poprawienie wyniku w tym tygodniu (lecę w piątek wieczorem). Ale naprawdę niewielka, bo WIADOMO JAK TO JEST, a grzane wino na jarmarku świątecznym nie wypije się samo. Dziś z Tym urządzamy sobie uroczystą świąteczną kolację przy świecach (Ten leci już w czwartek rano), a jutro zamierzamy zanieść podchoinkowe drobiazgi dzieciom naszych przyjaciół, co BYĆ MOŻE też się skończy jakimś winem.

Więc takto. A dziś mam nawet przyjemny wyraz twarzy i znośne włosy:

3 Komentarze »

O pluszowym misiu i mumii

Na fali czarnych piątków, sobót, weekendów i tygodni zakupiłam sobie płaszczyk z pluszowego misia. Od ubiegłego roku pragnęłam czegoś futrzanego, ale:

a) w tych futerkach „jak prawdziwe” wyglada się tak nobliwie i odświętnie (a przynajmniej ja czuję się jakbym tak wyglądała), a nie jestem pewna czy chce tak wyglądać na codzień

b) modne w tym roku i przerabiane przez wszystkie sieciówki „skóry” z kożuszkiem od środka wyglądają wprawdzie bardzo przyjemnie, ale nie są z prawdziwej skóry i ja to WIEM. Przez owo nie jestem w stanie używać niczego ze sztucznej skóry, a na prawdziwą (najchętniej oryginalny egzemplarz ACNE) brakuje mi dwóch tysięcy euro. Te trzysta może bym wyskrobała.

Pluszowy miś natomiast nadaje się jak znalazł, był niedrogi, jest cieplutki, a w składzie posiada wełnę. Oraz jest w kolorze głębokiego burgunda, co po moich zwyczajowych czerniach i szarościach (i jednym wielbłądzie) jest miłą odmianą.

A poza tym, muszę jeszcze tylko 5 i pół dnia do pracy (pół jest dzisiejsze, jedna turę zajęć mam za sobą, jeszcze tylko 5 godzinek po południu) i w przyszły piątek lecę ku słońcu. To będą moje drugie święta w Marbelli, więc i w tym roku nie będzie barszczu ani makowca. (Co do pierogów, kto wie.) Będzie za to jamón serrano i krewetki i przede wszystkim prawie dwutygodniowy urlop w nieco przyjemniejszym klimacie.

PS. Wypróbował ktoś tak zwane tissue mask? Ja owszem i co do działania, to nie mam zdania, ale ile z tym zabawy przy nakładaniu! Wyglada się jak mumia i fantastycznie nadaje do straszenia chłopa!

2 Komentarze »

O wizycie w konsulacie

Więc udałam się dzisiaj do Konsulatu Generalnego naszego pięknego państwa w Kolonii w celu złożyć wniosek o paszport.

Najpierw wstałam o 5.40 (i przypomniały mi się czasy rannych zmian, brrr), co nie zrobiło na mnie jednak wielkiego wrażenia, gdyż wczoraj położyłam się do łóżka o 22.30 czyli z kurami. W pociągu naprzeciwko mnie (to znaczy w rzędzie naprzeciwko, na szczęście) zaraz w Aachen usiadł pan z wytatuowaną na szyi jaszczurką (której koniec znajdował się za uchem pana) i który to pan przez calutką drogę (56 minut) jedną po drugiej nagrywał wiadomości audio na whatsappie dla swojego (cytuję:) skarba, informując go o tkliwych i gorących uczuciach. Obiecywał rownież kochać skarba: na wieki, bezgranicznie, bezwarunkowo i ponad wszystko. Oraz nigdy nie przestawać. Jako że pociąg nie był bezdźwięcznym poduszkowcem, pan musiał dostosować natężenie głosu do natężenia hałasu pociągu, więc w wyniku powyższego pół wagonu odwracało głowę z zażenowaniem. W tym ja.

Do Konsulatu dotarłam o 8.44, termin miałam o 9:00 czyli równo z początkiem godzin urzędowania i do samiutkiej dziewiątej wraz z grupką innych osób czekałam na ulicy bo wrota urzędu skryte były na grubą żaluzją.

Obok mnie wniosek o paszport wypełniał młodzieniec około 25-letni, któremu WSZYSTKIE DANE, (włącznie z własnym nazwiskiem panieńskim, miejscem urodzenia, peselem, wzrostem i ostatnim adresem w Polsce młodzieńca) dyktowała mamusia.

Po czym uiściłam opłatę czterokrotnie wyższą niż opłata za wydanie paszportu w Polsce (postanowiłam podejść do tematu filozoficznie, to TYLKO pieniądze) i już mogłam udać się w drogę powrotną. Tym razem obok siebie miałam czwórkę hiszpańskich studentów medycyny, którzy byli tak rozkosznie nerdowaci, że musiałam odwracać się do okna, żeby nie widzieli mojego rozbawienia. Kiedy zaczęli piętnastominutową dyskusję, kto był uczniem Platona, nie wytrzymałam i sprawdziłam w Wikipedii. (Arystoteles.)

Uwielbiam sama jeździć pociągami.

Leave a comment »

O rzeczach dobrych i złych

Szampan wciąż się we mnie nie pieni, ale doszłam do dość rozsądnego wniosku, że ILE MOŻNA i postanowiłam poszukać dobrych stron lub, w przypadku niemożliwości znalezienia owych, rozwiązań.

* ZUSowi faktycznie wiszę kasę, którą muszę oddać JUŻ, a nie do końca stycznia (co jest faktem negatywnym), ale wiszę mniej niż myślałam, więc zarżnę się w tym miesiącu doszczętnie, będę żyła za 5 euro dziennie, a nowy rok zacznę bez długów. (Co z kolei jest jak najbardziej pozytywne.)

* Urzędowi Skarbowemu rownież wiszę podatek za obecny rok, urząd wprawdzie nie wie, że od września pracuję jeż na etacie i właściwie wiszę mniej niż urząd myśli, ale nicto. Nie będę produkować biurokracji. Zapłacę, a w przyszłym roku będę się cieszyć jak urząd mi odda.

* W wolnych chwilach rozmyślam sobie, jak to będzie mieć znowu nieco pieniędzy dla siebie. Już od stycznia. Yay.

* To co mi się przytrafiło, przytrafia się ogromnej ilości osób, w znacznie gorszych momentach i sytuacjach, co jednak nie czyni mojego mniej ważnym, ani mniej bolesnym. Na pewno pozwoliło mi to spojrzeć na wiele rzeczy innymi oczami i kilka rzeczy zrozumieć. Stwierdzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni uważam za wielki BULLSHIT, ale złe rzeczy się po prostu zdarzają, więc trzeba się pozbierać, otrzepać i dalej próbować.

* Nie mogę dłużej udawać, że wielkiej góry rzeczy do prasowania NIE MA. Ona jest i muszę się z nią zmierzyć. (Za chwilkę)

* Spotkanie z szefową dodało mi nieco wiatru w żagle. Możliwe że jestem naiwna, bo dodało mi też mnóstwo pracy na najbliższe miesiące i może powinnam być z tego powodu raczej zła, ale jednak czuję ten wiatr w żaglach na myśl, że powierza się mi zadania odpowiedzialne i niełatwe i wychodzi z pewnego założenia, że wykonam je dobrze. Osobiście zawsze chciałam zmierzyć się z podobnym zadaniem i też mam jednak wrażenie, że powinnam wykonać je dobrze.

* Jutro mam termin w polskim konsulacie i muszę wprawdzie wstać przed szóstą rano (niedobrze), ale może uda mi się załatwić gnębiący mnie problem braku dowodu tożsamości (dobrze). (Dowód osobisty kończy mi się w styczniu, nowy już sobie leży w polskim urzędzie, jednak żadnym sposobem nie dam rady go odebrać zanim przeterminuje się stary. Bez ważnego dowodu tożsamości nie mogę jednak ani legalnie funkcjonować, ani, tym bardziej, odbywać zagranicznych podróży.)

* W piątek była impreza świąteczna u Tego w pracy, tym razem mottem było Soul Train i miałam na sobie obłędnie błyszczący srebrny cekinowy top, a opięte u góry i dzwoniaste na dole portki leżały na mnie lepiej niż kiedykolwiek. Makijaż w stylu lat 70 też wyszedł mi niezły. W drodze powrotnej wprawdzie nieco się przeziębiłam i teraz boli mnie gardło i głowa, ale lepiej przeziębić się teraz niż na święta, prawda?

Leave a comment »