Archive for Uncategorized

O stracie

Sześć lat temu, 18 listopada 2011, wydawałam „kolację po polsku” dla moich hiszpańskojęzycznych znajomych, wśród których obecny był rownież ówczesny obiekt moich uczuć, z początku lecący na mnie jak szaleniec, potem coraz bardziej wymykający mi się z rąk, a owego 18 listopada już o krok od dramatycznego zamknięcia całej historii. Kolacja przebiegła CAŁKIEM MIŁO, czytaj, moje serce rozdzierało rozpaczliwe przeczucie że nic z tego nie będzie, podczas gdy twarz usiłowała się uśmiechać. Już nieco ponad tydzień później sprawa była z wielkim hukiem zamknięta, a ja, mimo że daleko mi było już wtedy do wrażliwej nastolatki, zalewałam się łzami przez kilka dni, przepełniona rozpaczliwym poczuciem STRATY. Bo przecież to on mnie chciał i w ogóle to zaczął, więc dlaczego nagle przestał. Bo przecież jeszcze dwa tygodnie temu o tej porze było tak obiecująco. Bo może mogłam coś zrobić, czegoś nie robić, coś powiedzieć, czegoś nie mówić, i może by do tego nie doszło. Byłam wtedy świecie przekonana, że nigdy już nie będę szczęśliwa.

I mniej niż pół roku później byłam już bardzo szczęśliwa z Tym. (A przedtem okazało się, że i Hans na mnie leciał!)

Sześć lat później jestem w zupełnie innej sytuacji, chociaż mam identyczne poczucie straty. Identycznie tak jak wtedy, wcale nie wiedziałam że tego chcę, aż do momentu gdy to straciłam. Znowu zalewam się łzami w najmniej spodziewanym momencie, walczę z workami pod oczami, pracuję na pełnym automacie i bez udziału mózgu, mam uczucie, że wewnętrznie umarłam i nigdy już nie będę szczęśliwa. Wspominam, co czułam jeszcze tydzień temu. Kiedy miało być całkiem inaczej. I że może gdybym coś zrobiła… czegoś nie robiła… Choć dobrze wiem, że nic nie mogło zmienić biegu wydarzeń, bo niektóre rzeczy są nam pisane, właśnie TE rzeczy i w TYM momencie, a inne nie. I mogę jedynie mieć nadzieję, że już niedługo będę milion razy szczęśliwsza niż tydzień temu.

Reklamy

2 Komentarze »

O świętowaniu dnia nauczyciela

Conajmniej do wtorku zapowiadają temperatury od 19 do 24 stopni. I słońce. Już wczoraj, wlokąc się do domu po 10 godzinach zajęć mialam wrażenie, że to wiosna, ciepły, łagodny zmrok, niebo zwiastujące słoneczny dzień, mnóstwo ludzi na ulicy, większość odziana w same swetry, knajpiane tarasy pełne. Taką jesień to ja rozumiem, a ten ziąb sprzed miesiąca to niewątpliwie specjalnie dla nas był, żebyśmy szybciutko o urlopie zapomnieli (po mojej opaleniźnie nie ma już śladu). 

A jako że z Polski przywieźliśmy sobie nieco wędzonych wędlin (tutaj niezbyt popularnych) i litr wolnocłowej żubrówki, Temu wreszcie udało się wrobić mnie w pierogi i na dzisiaj zaproszeni są goście w celu świętowania. Nie wiem czego, dnia nauczyciela na przykład. Pasuje, moja przyjaciółka Annabelle dzieli ze mną profesję i miejsce pracy. (To znaczy, kiedy akurat nie jest w ciąży albo na macierzyńskim.) I dzisiaj po raz pierwszy przyjdą z obydwojgiem dzieci, a Seta zamówiony jest na pomaganie, bo doprawdy dla 7 osób nie zamierzam sama tych pierogów lepić. 

A wracając do tematu dzieci Annabelle, prawie dwuipółletni Lorenzo jest najbardziej zdumiewającym dzieckiem, jakie znam. Doskonale dwujęzyczny, na widok osoby od razu wie, czy uderzać do niej po hiszpańsku czy po francusku, potrafi liczyć do dwudziestu, dodawać do 10 oraz, uwaga, wymienić w kolejności i rozpoznać z twarzy PLANETY UKŁADU SŁONECZNEGO. (Wszystko w obydwu językach bajdełej). Niewątpliwie przyczynił się do tego kontakt z wujkiem Setą (prawie doktorem fizyki teoretycznej) i kupowanymi mu książkami, ale UKŁAD SŁONECZNY?!? Osobiście posiadłam ową wiedzę w wieku lat 13, będąc w siódmej klasie podstawówki. 

Zobaczymy czy polubi pierogi. 

Leave a comment »

O pułapkach wyprzedażowych i (tradycyjnym) czekaniu na urlop

Nic nie piszę, bo zajęta jestem. Pracą zawodową. Sierpniowy kurs w ramach naszej Summer school daje mi się bardzo we znaki, sama właściwie nie wiem dlaczego. Może to przez jedną z grup, która mi działa na nerwy, może przez fakt że codziennie (CODZIENNIE) muszę wstawać o 6.40, moźe przez to, że po tym wstaniu muszę przez 35 minut maszerować, i potem drugie tyle z powrotem (niby mogłabym pojechać autobusem, ale autobus jest dla mięczaków, a te 6 km dziennie to doskonałe kardio), a może po prostu BO TAK. Niezależnie od powodów fakt jest taki, że przebieram nogami odliczając dni do urlopu i aktualny stan rzeczy, to jeszcze 8 wstań w środku nocy. Cieszę się tym bardziej, że po raz pierwszy od miliona lat biorę równe 2 tygodnie urlopu. A nawet 15 dni! 

Z innej beczki muszę wyznać, że nienawidzę oddzielnego kupowania góry i dołu od bikini. Szczególnie na wyprzedażach, kiedy nie ma już wszyskich rozmiarów, a jeszcze szczególniej, kiedy darmowa wysyłka jest od 30 euro… Bo tak: patrzę sobie na bikini w Mango, jedne mi się podoba, patrzę na rozmiary, klikam górę M, dół M, widzę że są dostępne. Nie mając doświadczenia z rozmiarówką Mango w temacie bikini, a wolę, jak ta akurat cześć garderoby zasłania mi więcej niż mniej, decyduję, że dobra, bierzemy to M. Do darmowej wysyłki zostaje mi 12 euro. Znajduję przyzwoity kombinezon akurat za tyle (nie posiadam jeszcze żadnego, same sukienki), widzę że z wiskozy, mając nadzieję, że to taka lejąca wiskoza, a nie taka dżersejowa klikam w kombinezon, załatwione. Po 5 minutach przychodzi mejl, że za długo szukałam kombinezonu i tę eMkę w gaciach mi w międzyczasie wykupili. Zgrzytając zębami myślę, że stanik bez gaci mi na nic i że dokupię chociaż tę eLkę, może różnica ogromna nie będzie. Do darmowej przesyłki brakuje mi 22 euro. Znajduję inne bikini, nieco tańsze, a też ładne, klikam w górę i w dół, eMka dostępna, na wypadek, gdyby tamta eLka okazała się jednak za duża nabywam bikini. Do darmowej przesyłki brakuje mi 4 euro. Znajduję fajną plażową kosmetyczkę za piątkę. Nabywam. Tym oto sposobem, chcąc zakupić jedno taniutkie bikini na wyprzedaży, zakupiłam dwa, jeden kombinezon i jedną kosmetyczkę. Paczki maja przyjść jutro i szukam kogoś, kto się założy, że wszystko będzie mi się podobało, leżało jak ulał i skoro już przyszło, a kasę i tak mi zainkasowali, to niech już zostanie… 

Ten za to, jeszcze przed triatlonem, pojechał kupić sobie buty na rower i wrócił z kamerą sportową. (Butami też.) W celach sportowych jeszcze jej nie użył, a zdjęcia robi takie:

Leave a comment »

O dzisiejszym

A już tak ładnie mi szło regularne pisanie!… A tu masz. Prawie miesiąc przerwy. Jeśli chodzi o czekanie na mejle, to się doczekałam, czemu nie, nadchodzi kolejny etap pracowy, blablabla, ale ja w ogóle nie o tym chciałam. 

Dzisiaj Ten, ważący przed sześciu laty sto dwadzieścia kilogramów Ten, w pięknych okolicznościach przyrody w belgijskim Eupen ukończył połowę Iron Mana. (Dla niezorientowanych = normalnych ludzi: przepłynął 1,9 km, przejechał rowerem 90 km, a potem przebiegł półmaraton, czyli 21 km.) Dla mnie absolutny kosmos. Więcej ryczałam wprawdzie, kiedy wziął się za te całe triatlony trzy lata temu i po raz pierwszy ukończył jedną czwartą dzisiejszego, ale emocje, jakich doświadczyłam dziś, były z niczym nieporównywalne. Sama ze sobą przez 6 godzin i 24 minuty, czekając na niego przy kolejnej rundzie, mówiąc do niego w myślach, że da radę, rozjaśniając się uśmiechem za każdym razem, kiedy rozpoznałam na horyzoncie wzorek jego kombinezonu, za każdym razem odczuwając PODZIW: on dalej do przodu. Morał z tej historii może być tylko jeden: Naprawdę możemy wszystko. Może nie zawsze dokładnie tak jak byśmy chcieli, ale determinacja i ośli upór w dążeniu do celu to prawie gwarancja sukcesu. Sama będąc z tych, co się szybko zniechęcają, uroczyście postanawiam wziąć przykład z jego nastawienia, amen. 

Pływania nie udało mi się uwiecznić, ale wierzcie mi, że wyglądał po nim jakby wyszedł właśnie z relaksującej kąpieli (od razu wiadomo kto pływa od 3 miesiąca życia), po wyżej wymienionym + 22 km na rowerze wyglada się tak.


A tak po ukończeniu 90 km.

Ostatnie metry. Widać że ciągnie resztkami, ale prze do przodu. 

2 Komentarze »

O dobrym w tym tygodniu

Gdybym miała powiedzieć, co dobrego wydarzyło się w tym tygodniu, to jedyne co przychodzi mi na myśl to dzisiejszy good hair day. I może jeszcze bardzo ładne czerwone koralowe sandałki na wygodnym szerokim obcasie, zakupione dziś w Mango za 1/3 pierwotnej ceny, na które Ten spojrzał z wielkim zdziwieniem i zapytał na jaką okazję kupiłam coś tak strojnego. Otóż na żadną, zamierzam nosić je z prostymi w kroju dżinsami (nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam na sobie rurki) i kto wie czy nie tiszertem. Poza tym, nic, pustynia i bezludna wyspa, stres, nerwy i znowu czekanie na mejla. Chyba jestem skazana na wieczne czekanie na jakieś mejle, ciekawe co takiego zrobiłam. 

A dzisiaj rano pobiłam rekordy szybkości, o 8.17 zakończyłam bycie informowaną, że jedna koleżanka, z którą prowadzę aktualny kurs nie przyjdzie do pracy i pytaną czy mogę ją zastąpić, a o 9.00 wchodziłam do sali, w której miałam zajęcia. W międzyczasie zdążyłam wziąć prysznic (akurat wypadało mi spanie z olejem rycynowym na głowie, więc absolutnie NIE MOGŁAM nigdzie iść bez umycia włosów), wysuszyć łeb, ubrać się, umalować i wypić kawę. Banana zjadłam po drodze. Uważam, że powinnam dostać medal. 

Z inną z kolei koleżanką prawie zderzyłem się wczoraj w drzwiach w pracy, po czym spojrzałyśmy na siebie i wybuchłyśmy wielką wesołością: obie miałyśmy na sobie białe bluzki z haftowanymi kwiatami, jasne dżinsy i jasne espadryle na płaskim koturnie. Bluzki miały wprawdzie zupełnie inny krój, ale zawsze!… Mówię, pustynia i bezludna wyspa. 

Comments (1) »

O tym że 4 dni czasem mogą tyle co 14

Jeszcze tu jestem, jeszcze siedzę nad basenem z kieliszkiem białego wina z lodem, a już mam mnóstwo przemyśleń, można powiedzieć że natury socjokulturalnej. 

Po pierwsze i dla nas nieoczywiste, odzież. W miejscu, w którym przy dobrych wiatrach od końca marca do końca września można spędzać dni na plaży, istnieje osobna kategoria odzieży, przewiewnej i frywolnej, będącej głównie sukienkami i tunikami, w której można iść do przyplażowego baru napić się chłodnego piwka czy winka, czy nawet zjeść obiad. Odwiedziny przybytku w samym kostiumie kąpielowym są bardzo nie na miejscu. Co za tym idzie, każda plażowiczka zabiera ze sobą drugie bikini do torby, na wypadek, gdyby w chwili pójścia do wyżej wymienionego baru właśnie wyszła z morskiej kąpieli i akurat ociekała wodą. Ociekanie rownież jest bardzo źle widziane. W przypadku chodzenia na plażę przez kilka dni z ta samą grupą osób, rozumie się samo przez się, że należy dysponować kilkoma parami plażowych outfitów.

Po drugie, obsesja na punkcie ciała. Kobiety i mężczyźni, niezależnie od wieku, wszyscy rozmawiają na temat sportów, które aktualnie uprawiają lub zamierzają uprawiać, oraz kilogramów, które już stracili, bądź zamierzają (koniecznie muszą) stracić. Osobiście byłam w tym roku królową plaży, gdyż zarówno jednoczęściowy kostium, jak i wbite w niego ciało, było obiektem zachwytów i pytań ile schudłam. Otóż technicznie rzecz biorąc nie schudłam wcale, ważę rekord życia w postaci 60 kilogramów, a doczesna powłoka według powszechnej opinii wyglada lepiej niż kiedykolwiek i nosi wyraźne znamiona przelanego potu. (Żebym nie wpadła w samozachwyt, kiedy wczoraj, czyli po trzech dniach bez makijażu i bez biustonosza, wyszykowałam się na wieczorne wyjście, Ten obrzucił mnie spojrzeniem pełnym bezgranicznej ulgi i rzekł „WRESZCIE”.) 

A po trzecie, już nie socjokulturalnie, a całkowicie prywatnie, jadłam wyśmienity, surowy w środku stek wołowy z grila, sardynki nabijane na pal i pieczone w żywym ogniu, smażone oberżyny z salmorejo, mini langusty z patelni, wypiłam mnóstwo wina i koktajlu będącego letnim hitem (martini, dżin, sprite i mnóstwo lodu). Ani razu nie bolała mnie głowa oraz od poniedziałku znowu ostro lecę z treningami. 


Walizka prawie spakowana. Kto zgadnie jaki jest mój ulubiony letni wzór? 

Pierwszy wieczór i hawajska bluzeczka.

Po piwku w przyplażowym barze.


Chwilę przed rozpoczęciem tego posta. 

Leave a comment »

Znowu o tym samym

Nigdy nie zgadniecie, co dziś zrobiło mi dzień. Sama bym nie zgadła, bo zwykle bywa z tym raczej na odwrót, więc od razu powiem: zabrałam się za przymierzanie letnich sukienek. Wieloletniego porównania nie mam, bo miłość do sukienek zrodziła się u mnie dopiero w ubiegłym roku (no może dwa lata temu, ale bardzo nieśmiała) i większość właśnie wtedy kupiłam, ale doszłam do natychmiastowego wniosku, że wszystkie leżą bez dwóch zdań lepiej niż w zeszłe lato. Są niby luźniejsze, ale jednak nigdzie nic mi nie wisi, wręcz przeciwnie. (Nie pytajcie co mnie napadło żeby przymierzać letnie kiecki w ten MRÓZ, pewnie podekscytowałam się faktem, że na niedzielę znowu zapowiedzieli 18 stopni. Upał normalnie! Chwilowo siedzę pod kocem przy włączonym ogrzewaniu.) (A może był to fakt, że po drodze do domu znowu spotkał mnie cud z wieszakami – przed jednym sklepem, możliwe że tym samym co ostatnim razem, stał cały ich karton do wzięcia, więc przygarnęłam tak z jedną trzecią, a po powrocie zapragnęłam posortować szafę i znowu mieć wszystko na osobnym wieszaku. Uwielbiam mieć wszystko na osobnym wieszaku!) 

Poza tym przyznaję się bez bicia że na froncie embarga na zakupy poległam w tym miesiącu sromotnie. (I zabrakło mi wieszaków.) Najwyraźniej jestem jak jakiś heroinista: nie mogę poprzestać na jednym strzale. W związku z tym przybyły mi dwie kiecki (jedna dopiero do mnie idzie), jedna bluzka, jeden sweterek, a właściwie bluza (z falbanką) i jedna para białych conversów (też dopiero idą). O, właśnie zdałam sobie sprawę, że sukienka i conversy będą na rachunku karty kredytowej z maja. Nie jestem pewna czy to dobrze (bo zapłacę za nie dopiero za miesiąc), czy też źle (bo MOŻE być tym jednym strzałem, który znowu pociągnie za sobą następne). W każdym razie. Wczoraj spotkałam się z argentyńską imienniczką (piłyśmy gorącą wodę z cytryną, nie żeby jakiś wstręt do alkoholu, czy też nie daj Boże STAROŚĆ, ale siedziałyśmy w zadaszonym kawiarnianym ogródku razem z jej psem, cudownym wyżlem, marzę o takim!, i zimno było potwornie) i  wspominałyśmy sobie minione majówki, po których leczyłyśmy kaca czerwonym winem i nie miałyśmy na sobie zimowych płaszczy, tylko krótkie rękawy, a bywało że i szorty. Eh, kiedyś to były czasy. 


A to wyżeł, czy on nie jest przepiękny??.. Rozmiarowo bez problemu sięga pyskiem jedzenia na stole. 

Leave a comment »