Archive for Uncategorized

O tym że 4 dni czasem mogą tyle co 14

Jeszcze tu jestem, jeszcze siedzę nad basenem z kieliszkiem białego wina z lodem, a już mam mnóstwo przemyśleń, można powiedzieć że natury socjokulturalnej. 

Po pierwsze i dla nas nieoczywiste, odzież. W miejscu, w którym przy dobrych wiatrach od końca marca do końca września można spędzać dni na plaży, istnieje osobna kategoria odzieży, przewiewnej i frywolnej, będącej głównie sukienkami i tunikami, w której można iść do przyplażowego baru napić się chłodnego piwka czy winka, czy nawet zjeść obiad. Odwiedziny przybytku w samym kostiumie kąpielowym są bardzo nie na miejscu. Co za tym idzie, każda plażowiczka zabiera ze sobą drugie bikini do torby, na wypadek, gdyby w chwili pójścia do wyżej wymienionego baru właśnie wyszła z morskiej kąpieli i akurat ociekała wodą. Ociekanie rownież jest bardzo źle widziane. W przypadku chodzenia na plażę przez kilka dni z ta samą grupą osób, rozumie się samo przez się, że należy dysponować kilkoma parami plażowych outfitów.

Po drugie, obsesja na punkcie ciała. Kobiety i mężczyźni, niezależnie od wieku, wszyscy rozmawiają na temat sportów, które aktualnie uprawiają lub zamierzają uprawiać, oraz kilogramów, które już stracili, bądź zamierzają (koniecznie muszą) stracić. Osobiście byłam w tym roku królową plaży, gdyż zarówno jednoczęściowy kostium, jak i wbite w niego ciało, było obiektem zachwytów i pytań ile schudłam. Otóż technicznie rzecz biorąc nie schudłam wcale, ważę rekord życia w postaci 60 kilogramów, a doczesna powłoka według powszechnej opinii wyglada lepiej niż kiedykolwiek i nosi wyraźne znamiona przelanego potu. (Żebym nie wpadła w samozachwyt, kiedy wczoraj, czyli po trzech dniach bez makijażu i bez biustonosza, wyszykowałam się na wieczorne wyjście, Ten obrzucił mnie spojrzeniem pełnym bezgranicznej ulgi i rzekł „WRESZCIE”.) 

A po trzecie, już nie socjokulturalnie, a całkowicie prywatnie, jadłam wyśmienity, surowy w środku stek wołowy z grila, sardynki nabijane na pal i pieczone w żywym ogniu, smażone oberżyny z salmorejo, mini langusty z patelni, wypiłam mnóstwo wina i koktajlu będącego letnim hitem (martini, dżin, sprite i mnóstwo lodu). Ani razu nie bolała mnie głowa oraz od poniedziałku znowu ostro lecę z treningami. 


Walizka prawie spakowana. Kto zgadnie jaki jest mój ulubiony letni wzór? 

Pierwszy wieczór i hawajska bluzeczka.

Po piwku w przyplażowym barze.


Chwilę przed rozpoczęciem tego posta. 

Leave a comment »

Znowu o tym samym

Nigdy nie zgadniecie, co dziś zrobiło mi dzień. Sama bym nie zgadła, bo zwykle bywa z tym raczej na odwrót, więc od razu powiem: zabrałam się za przymierzanie letnich sukienek. Wieloletniego porównania nie mam, bo miłość do sukienek zrodziła się u mnie dopiero w ubiegłym roku (no może dwa lata temu, ale bardzo nieśmiała) i większość właśnie wtedy kupiłam, ale doszłam do natychmiastowego wniosku, że wszystkie leżą bez dwóch zdań lepiej niż w zeszłe lato. Są niby luźniejsze, ale jednak nigdzie nic mi nie wisi, wręcz przeciwnie. (Nie pytajcie co mnie napadło żeby przymierzać letnie kiecki w ten MRÓZ, pewnie podekscytowałam się faktem, że na niedzielę znowu zapowiedzieli 18 stopni. Upał normalnie! Chwilowo siedzę pod kocem przy włączonym ogrzewaniu.) (A może był to fakt, że po drodze do domu znowu spotkał mnie cud z wieszakami – przed jednym sklepem, możliwe że tym samym co ostatnim razem, stał cały ich karton do wzięcia, więc przygarnęłam tak z jedną trzecią, a po powrocie zapragnęłam posortować szafę i znowu mieć wszystko na osobnym wieszaku. Uwielbiam mieć wszystko na osobnym wieszaku!) 

Poza tym przyznaję się bez bicia że na froncie embarga na zakupy poległam w tym miesiącu sromotnie. (I zabrakło mi wieszaków.) Najwyraźniej jestem jak jakiś heroinista: nie mogę poprzestać na jednym strzale. W związku z tym przybyły mi dwie kiecki (jedna dopiero do mnie idzie), jedna bluzka, jeden sweterek, a właściwie bluza (z falbanką) i jedna para białych conversów (też dopiero idą). O, właśnie zdałam sobie sprawę, że sukienka i conversy będą na rachunku karty kredytowej z maja. Nie jestem pewna czy to dobrze (bo zapłacę za nie dopiero za miesiąc), czy też źle (bo MOŻE być tym jednym strzałem, który znowu pociągnie za sobą następne). W każdym razie. Wczoraj spotkałam się z argentyńską imienniczką (piłyśmy gorącą wodę z cytryną, nie żeby jakiś wstręt do alkoholu, czy też nie daj Boże STAROŚĆ, ale siedziałyśmy w zadaszonym kawiarnianym ogródku razem z jej psem, cudownym wyżlem, marzę o takim!, i zimno było potwornie) i  wspominałyśmy sobie minione majówki, po których leczyłyśmy kaca czerwonym winem i nie miałyśmy na sobie zimowych płaszczy, tylko krótkie rękawy, a bywało że i szorty. Eh, kiedyś to były czasy. 


A to wyżeł, czy on nie jest przepiękny??.. Rozmiarowo bez problemu sięga pyskiem jedzenia na stole. 

Leave a comment »

O tym że lecimy! (Chyba)

Chyba, bo jest godzina 00.07, a Ten wciąż jest w biurze. Od 7.00. 

Osobiście w tym tygodniu odpracowałam już zapalenie ucha i bolący mięsień w plecach. Pewnie dlatego, że zabraniałam Temu grać w koszykówkę w weekend, żeby przed wyjazdem nie zrobił sobie żadnego kuku. Proszę bardzo, kuku pokarało mnie. 

Od kiedy wróciłam z Polski haruję jak dziki osioł, możliwe że zdołam nieco odprężyć sytuację finansową i nawet wkrótce znowu coś sobie kupić. (Malutkiego i taniego.) Naprawdę zasłużyłam sobie na te wakacje, nieważne czy będzie 15 czy 19 stopni (nieszwagierka w tym samym czasie leci do Madrytu i zapowiadają przymrozki oraz deszcz ze śniegiem), w walizce mam zarówno bikini, jak i zamszowe botki, nogi na wszelki wypadek wydepilowałam i zamierzam spędzić ten tydzień najlepiej jak tylko się da. Pić wino codziennie przynajmniej raz dziennie, spożywać krewetki i/lub kalmary jak wyżej, gapić się na ocean, chłonąć witaminę D (czy to można przedawkować? Bo wciąż suplementuję.), podziwiać widoki i nie włazić do internetu. W tym roku dotrzymywanie postanowień idzie mi jak nigdy!

Leave a comment »

O cieple i stuporze

Więc i w tym roku mamy falę ciepła w listopadzie, nie powiem żeby mnie to martwiło. 10-12 stopni czyli jeden cienki sweterek czy bluzka i rozpięty płaszcz, bdb. (O, widzę że dziś maksymalna temperatura to 14 stopni…)  Jak dla mnie, może tak zostać do marca, ale z prognozy wynika że zostanie do weekendu. Może to nawet i lepiej, bo otworzyli już jarmark świąteczny, a grzane wino w 14 stopniach to jednak lekka przesada. 

Spódnica Alicji doszła, pasuje i chyba się nada. Na górę zamówiłam sobie granatowe aksamitne body bez rękawków i z głębokim dekoltem i teraz czekam na body.  Ogólnie opętał mnie nieco aksamit (jeszcze bez skutków w postaci zakupów), gdyż netflix postanowił zrobić Temu i mnie przysługę i dał wszystkie 10 sezonów Przyjaciół. I tak lecimy sobie ciurkiem codziennie po kilka odcinków i trwam w stuporze bo: a) kiedy to dawali u nas w telewizji miałam 16 lat i chciałam wszystkie ciuchy Rachel, b) od owego momentu minęły 22 lata (dwadzieścia dwa!!!) a ja wciąż (lub może: ZNOWU) chcę wszystkie ciuchy Rachel. Jeśli chodzi o fryzurę, to nie podobała mi się ani wtedy, ani teraz. A, na akcję też patrzę, ale mniej. 

Comments (1) »

O pędzącym czasie

Głupi fejsbuk przypomniał mi dziś że moja praca ma wadę. Nie wiem czy jedyną, ale bardzo ważną: nie można brać w niej urlopu w listopadzie. A taki miałam cudowny plan! Po tym wspaniałym tygodniu na Kanarach dwa lata temu, miał to być mój patent na listopady: najpierw dwa tygodnie wzdychasz, czekasz, odświeżasz letnie ciuszki, pakujesz walizkę, potem tydzień spędzasz w cieplutkim raju, potem wracasz opalona i zrelaksowana, kiedy listopad zamienia się w grudzień i wszyscy już żyją świetami. A tu guzik, miej zajęcia na uczelni, zapomnij o Kanarach w listopadzie! 

Na dodatek głupi czas pędzi jak głupi, i znowu przyczynia się do tego praca, tutaj nikt nie żyje dniem dzisiejszym, wszyscy planują już następny program i jak go ulepszyć, nowe kursy, intensywny w marcu, o, zdaje się że nawet sale już mamy zarezerwowane. A wczoraj nawet sami przyczyniliśmy się do owego, Tego i mnie mam na myśli, zakupując bilety na festiwal Madcool w Madrycie na lipiec przyszłego roku. Na pierwszej edycji w czerwcu obecnego roku też byliśmy i wróciliśmy zachwyceni, gdyż Ten ma w Madrycie kumpla ze studiów i festiwal odpracowaliśmy na zasadzie podwójnej randki i było fantastycznie. A że przypadło to na moją blogową dziurę, fakt ten nie został tu odnotowany. 

Nowością jest też fakt, że w tym roku, jako że jest bardzo krótka (kto to wymyślił żeby Wigilia była w sobotę!!!), przerwę świąteczną w całości spędzę w Marbelli. Boże Narodzenie przy 20 stopniach i słoneczku, yeeey. 

A na dowód festiwalowa fotka. W przyszłym roku koniecznie muszę się przejechać na tym kole! 

Leave a comment »

O tym że wracam

Całkowita racja, tak naprawdę to ja też NIE WIEM JAK MOŻNA PÓŁ ROKU NIE PISAĆ. 

Ale okazuje się, że można.

Na początku powodem był brak czasu, a potem zwyczajnie straciłam nawyk. (Upieram się, że jednym z powodów było też zaniechanie biegania, a to właśnie wtedy przychodziły mi do głowy najlepsze pomysły. Do biegania jednak takoż powróciłam, więc jest dobrze.)

A co zmieniło się w tak zwanym międzyczasie? Hm, pewnie ja. Trochę zbrzydłam, ząb czasu mnie nadżarł i jestem coraz lepsza w tym co robię. Prawie całkowicie zrezygnowałam też z jedzenia mięsa i pokochałam sukienki, porzucając prawie całkowicie spódnice. Ten wciąż trwa przy moim boku i wydaje się zadowolony, a oprócz roweru wyścigowego nabył również górski (plus milion stosownych akcesoriów, RZECZ JASNA.)

Zupełnie nie zmienił się natomiast fakt, że znowu czekam na paczuszkę z asosa (aktualnie wałkuję wzór kwiatowy, najchętniej na czarnym lub czerwonym tle, a paczuszka zawiera stosowne sukienki i bluzki, mam nadzieję nie zakochać się we wszystkim. Z wiadomych względów.)

Wróciłam, SERIO.
PS. Pół roku bez blogowania, JAK JA NAPISZĘ podsumowanie roku!?!… 


PS 2. Nadżarta zębem czasu ja, w odpowiedniej sukience. 

 

4 komentarze »

O weselu w Sewilli, a jakże

Nigdy nie używam tego słowa, ale tym razem użyję: Wesele w Sewilli było EPICKIE.

Podróż w tamtą stronę poszła jak po maśle, mimo że była potwornie długa (dotrzeć należało do belgijskiego Charleroi) i w piątek około godziny dwudziestej znaleźliśmy się w andaluzyjskiej stolicy. Od razu na lotnisku spotkaliśmy się z innymi weselnymi gośćmi, impreza była bowiem na 250 osób, z których rodzina nie stanowiła nawet połowy – w większości byli to przyjaciele państwa młodych, obecnie rozrzuceni po świecie, z którymi kiedyś skrzyżowały się ich drogi. Spotkanie niezwykle nas ucieszyło, zakończyło się wspólną taksówką do centrum oraz wymianą informacji, że prawie cała zaproszona nierodzina znajduje się od pół godziny na Plaza del Salvador, racząc się chłodnym piwkiem, smażonymi rybkami i towarzystwem niewidzianych od wieków osób. Zostawiliśmy więc bagaże w przydzielonym nam apartamencie, przebraliśmy i pośpieszyliśmy dołączyć do reszty. Kiedy dotarliśmy, panna młoda była już w stanie wyraźnie wskazującym, Ten rzucił mnie na pastwę losu i poszedł się witać, czego nie miałam mu w ogóle za złe, bo po pierwsze wiedziałam, jak bardzo emocjonujące były to dla niego chwile, a po drugie jego koleżanki ze studiów były przemiłe i w ogóle nie odczułam jego nieobecności. Postaliśmy tak sobie trochę dłużej niż do północy (było 17 stopni), panna młoda postanowiła po drodze wstąpić na shoty, czego odprowadzające ją przyjaciółki nie zdołały jej wyperswadować i noc spędziła obejmując muszlę klozetową. (Wesele było o 12.00.)

Następnego dnia Ten chciał wstać o 9.00, ale wymusiłam na nim 8.30 i całe szczęście.

Wstaliśmy, zeszliśmy na śniadanie do baru na dole (ach te tosty z pomidorem, oliwą i szynką…!), wróciliśmy do apartamentu i zaczęliśmy szukać żelazka, które miało być, a którego nie było. W efekcie podróżne żelazko pożyczyli nam ci w apartamentu na dole, a w czasie zrobiła nam się niewielka dziura. Wyprasowałam swoją kieckę i koszulę Tego, wlazłam pod prysznic, a Ten w tym czasie skoczył do bardzo luksusowego domu handlowego El Corte Inglés, w celu zakupić sobie szelki i jedwabną chusteczkę do butonierki. Kiedy obydwoje byliśmy gotowi, żeby zacząć się ubierać, było dziesięć po jedenastej. (Do kościoła było 20 minut spacerkiem.)

Przy wkładaniu sukienki został mi w ręku wichajster od suwaka, co lekko mnie zdenerwowało, ale nie było tragedią bo suwak działał, a przy wkładaniu rajstop odkryłam dziurę na łydce, co z kolei wprowadziło mnie w stan lekkiej paniki, gdyż drugich cieniutkich rajstop bez palców nie posiadałam. Ten, cały w nerwach, wyrzucał mi brak myślenia perspektywistycznego, aż do momentu gdy zapragnął zapiąć górny guzik w marynarce, w miejscu którego zastał tylko kilka wiszących nitek. Oszczędziłam sobie komentarzy na temat sprawdzania garnituru przed spakowaniem i zamiast tego milczałam triumfująco. Zapasowe guziki Ten miał, brakowało tylko igły i nitki, jasne więc było, że El Corte Inglés będzie trzeba odwiedzić jeszcze raz. Wypadliśmy z apartamentu o godzinie 11.40, o 11.50 miałam w torebce nowe cieniutkie rajstopy bez palców (najdroższe, w jakich kiedykolwiek tkwiły moje nogi), a 0 12.10 wypadliśmy z pasmanterii z nicią i igłą pod pachą. Biegnąc sprintem po sewilskim bruku powtarzałam sobie, że kiedyś to będzie bardzo śmieszne…

Kościół był tak malutki i tak pełny, że naszej nieobecności nikt nie zauważył, a w momencie, kiedy ksiądz ogłaszał Mercedes i Alberto mężem i żoną, ja przyszywałam Temu na placyku przed kościołem guzik do marynarki.

Cała reszta była już normalna (jak na Hiszpanię), po pannie młodej nie widać było śladu kaca, szampan był specjalnie sprowadzany z Francji, jedzenie niezwykle wykwintne, co jakiś czas didżeja zastępował tercet flamenco, a pary zaczynały tańczyć sevillanas, drinki mocniejsze niż piwo, wino czy szampan serwowano od 17.00, a towarzystwo było pijane tak jak należy upijać się na weselach – na wesoło.

Następnego dnia wróciliśmy do żywych późnym popołudniem, wyszliśmy na spacer po przepięknej Sewilli przy przepięknej pogodzie, wypiliśmy piwo z kuzynem Tego i w charakterze kolacji urządziliśmy rundkę po tapas barach.

Kolejnym dniem był wtorek i trzeba było wracać.

W Eindhoven, gdzie lądowaliśmy, samolotem rzucało jak puszką czegokolwiek z napisem Przed użyciem wstrząsnąć, a Ten miał z nerwów wilgotne ręce. Podróż powrotna okazała się koszmarna, głównie ze względu na ulewę, wichurę i karnawał, ale o północy siedzieliśmy już na własnej rodzonej kanapie, pijąc herbatę na rozgrzewkę.

image

Leave a comment »