Archive for Studiować się zachciało

O dacie, która nie powtarza się co roku

Ja tylko na chwilę, ogłosić chciałam że w dniu dzisiejszym, (a zwrócić uwagę należy, że nie jest to data, która powtarza się co roku!) oddałam drugą w życiorysie pracę magisterską.

Nie powiem, nie obyło się bez zgrzytów, rano bowiem, przed zaniesieniem cholerstwa do druku, zdałam sobie sprawę, że nie wiem ile egzemplarzy mam właściwie oddać. Ale, jako że (zawsze to powtarzam i powtarzać będę) Opatrzność czuwa nad półgłówkami, w obliczu nieodbieranego telefonu zrealizowałam zuchwały pomysł odwiedzenia dziekanatu poza godzinami urzędowania i spotkałam odpowiednią panią NA KORYTARZU.

No, a potem to już poszło gładko – druk, odmowa zajrzenia do środka przed oprawieniem (jeszcze nie zgłupiałam! Czy proponujący mi to pan zastanowił się aby, co by było, gdybym zajrzała i odkryła jakiś błąd???????), oprawienie, odczekanie do otwarcia dziekanatu, powitanie mnie słowami A, to znowu pani, proszę proszę. 

Następnie w podskokach wybiegłam z dziekanatu i dałam postawić sobie piwo. A godzina była czternasta.

PS Wyraz twarzy ze zdjęcia czuję że mi zostanie na cały dzień.

Reklamy

3 Komentarze »

O ciężkiej grypie z komplikacjami

Powiem jedno: gdybym wiedziała jakie ciężkie kłody los rzuci pod nogi mojej magisterce, zamiast do Niemiec wyemigrowałabym do puszczy amazońskiej lub innego miejsca, w którym moje wykształcenie znaczyłoby mniej więcej tyle co populacja much owocówek w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym. (Tym bardziej że mam już jedną magisterkę i doprawdy nie wiem na jaką ciężką grypę z komplikacjami mi druga.)

W każdym razie najnowszy hajlajt z ostatniej chwili jest tak,i że muszę ZŁOŻYĆ WNIOSEK do komisji egzaminacyjnej o zezwolenie na pisanie wyżej wymienionej w języku hiszpańskim. (Przypominam że wyżej wymieniona jest już dawno napisana. Owszem, w języku hiszpańskim.)

Leave a comment »

O odysei

Dzień dobry Państwu, jak się Państwu prezentuje nowy tydzień?

Mnie tak sobie. Odkąd w ubiegły czwartek dostałam informację, że odyseja pod tytułem „Kto zostanie promotorem mojej magisterki”, (która to magisterka, nota bene, jest prawie ukończona, bez promotora), w wielkim stylu ciągnie się dalej, i to w kierunku całkowicie niezgodnym z moimi życzeniami, nastrój mam BARDZO ŚREDNI. Tak bardzo średni, że w niedzielę ryczałam do obecnego po drugiej stronie skajpa tego od jednego kierunku ruchu, a on łagodnie przekonywał mnie, że wyrzucenie do kosza OWOCA ponad półrocznej pracy nie jest wcale aż takim świetnym pomysłem, przynajmniej dopóki nie porozmawiam z nowym profesorem i nie upewnię się, że to co napisałam, to w jego opinii faktycznie stek idiotyzmów, niewartych podtarcia sobie nimi tyłka, oraz że lżenie plugawymi słowy własnej osoby mogę pouprawiać do upojenia ewentualnie innym razem, a teraz niech się lepiej zastanowię co zrobić. W efekcie to on zastanowił się za mnie, ale przynajmniej wczoraj już nie ryczałam, a napisałam mejla do profesora i nawet dostałam odpowiedź. (Co nie znaczy że już nie myślę, że nie skończę nigdy tych studiów i że przyjdzie mi w końcu nauczyć się sprzątać, bo innego zajęcia w celu zarobienia na buty nie znajdę.)

W piątek natomiast w mieście była Ina, a jako że była niecałe 24 godziny i miała mnóstwo do załatwienia, widziałyśmy się dość dziwnie. Najpierw odebrałam ją z dworca i w galopie opowiedziałyśmy sobie z grubsza najważniejsze, potem nabyłyśmy kawę u mafii (Strarbucksa, pfui – przyp. autora) i wypiłyśmy ją siedząc na słoneczku na zimnej kamiennej ławce i rozmawiając o facetach. Potem ona musiała lecieć do swoich terminów, a ja do pracy. Fajrant zrobiłam o siódmej, a ona miała czas do ósmej, więc tę godzinkę spędziłyśmy razem ze Stefkiem, Wisamem i Manim najpierw szukając otwartego kiosku z zimnym piwem, a potem stojąc wokół tej samej kamiennej ławki  na Rynku (już bez słoneczka) z flaszkami w dłoniach i WSPOMINAJĄC. (Na przykład jak nas prawie wyrzucili z pola namiotowego za zakłócanie ciszy nocnej, i to nie przez gitarę, nie przez perkusję, nie przez śpiewy, a przez mój śmiech.) Fajny to był piątek, ale już się niestety skończył.

A wczoraj byłam u fryzjera (ten od jednego kierunku ruchu wciąż myśli, że jestem naturalną blondynką) i nie przytrafił mi się żaden kataklizm. Podejrzane.

Leave a comment »

O tygodniu bez głowy

No naprawdę. Tak bardzo bez głowy jak w tym tygodniu, to ja już bardzo dawno nie byłam. Po pierwsze primo to wstawanie – piąta czterdzieści to może jest dobra godzina do udoju rogacizny, ale zdecydowanie nie do udoju lingwistów. Jak słowo daję, już drugiego dnia takiego wstawania byłam tak nieprzytomna, że prawie napisałam w pracy magisterskiej, że hiszpańską ortografię wymyślił Andrés Bello. (Co tak na marginesie może wcale nie byłoby takie głupie, bo nie mieliby teraz na przykład głupiego niewymawianego ha sobie a muzom, ani podwójnej wymowy ce. Ale co. Nie posłuchali go, to teraz mają.)
Po drugie primo, całkowitej kołowacizny dostaję już z tymi wszystkimi językami. Jako że w charakterze wielbiciela (o niepotwierdzonym statusie) posiadam obecnie Hiszpana, mówię prawie wyłącznie po hiszpańsku, na tematy, których raczej nie poruszam ani z Heleną ani z Hansem, i zatrważająco często często brakuje mi słów. A odwrotnie proporcjonalnie do brakowania, rośnie mi natomiast poziom frustracji, bo w kwestiach językowych jestem potworną perfekcjonistką. Jak rozmawiam z Viki z kolei, po niemiecku, jak na złość umysł mam pełen uprzednio złośliwie niedostępnych pojęć hiszpańskich.
Po trzecie primo, w wyniku zmieniania, skreślania, formatowania, wycinania i innych takich, które wyrabiam obecnie z magisterką, NIE MOGĘ PRZEJŚĆ ZE STRONY 49 NA 50, CO DOPROWADZA MNIE DO BIAŁEJ GORĄCZKI. Dostaję cholery, pryszczy i parchów, a co mi się zdaje że już już za chwilę, widzę że muszę wywalić inny kawałek, i furt wracam do 49. Królestwo za pięćdziesiątą stronę!

Jak prędko nie odzyskam odrobiny równowagi, nie wiem co będzie, uprzedzam.

2 Komentarze »

O poniedziałku

Jako że wczoraj udałam się do łóżka ekstraordynaryjnie wcześnie, a mianowicie około dwudziestej trzeciej, i jestem raczej wyspana, napadło mnie dziś światłe przemyślenie: JEDYNYM SPOSOBEM NA POZBYCIE SIĘ WYRZUTÓW SUMIENIA ŻE NIC NIE ROBIĘ, JEST ZACZĄĆ COŚ ROBIĆ.

(Odkrywcze, nie?)

W związku z powyższym od ósmej dwadzieścia pięć rezyduję dziś przy biurku.

I katar jakby mi nieco przechodzi.

I plasterki zdjęłam z ponacinanych manikjurem paluchów.

I z oskrobanych pięt.

I słońce świeci.

(Ale niech nikt nie myśli, że to optymizm jakiś, czy coś)

2 Komentarze »

GRRRRRRRRRRRRRRRRRR

Za chwilę mnie trafi jasny i ognisty szlag (kurwacholerapsiakrew).

Dlaczego w tym GUPIM INTERNECIE nie mogę znaleźć jasno i przejrzyście napisanej informacji o cholernych pracach nad cholernym Słownikiem Historycznym Języka Hiszpańskiego?????? Dlaczego GUPIE KSIĄŻKI podają tylko informacje o stanie rzeczy aktualnym w momencie ich wydania (no dobra, to akurat jest zrozumiałe), a GUPI INTERNET takoż wyłącznie aktualny stan rzeczy, podczas gdy między jednym a drugim leży sobie (odłogiem), bagatela, CZTERDZIEŚCI LAT?????? Czy ja mogę ze spokojnym sumieniem wyjść z założenia że w ciągu tych 40 lat nic się w temacie nie działo??????

Praca naukowa też kuwa nie dla mnie, zaraz pizgnę laptopem o ścianę i skupię sie na karierze kelnerki. ZA NERWOWA JESTEM i WYCHODZĄ MI SŁOWA KLUCZOWE (bokiem).

Leave a comment »

Ich träum’, ich treff’ dich ganz tief unten

Więc dziś, dla odmiany, strasznie mi się nie chce, a poza tym zaspałam. (I zamiast iść pod przysznic, siedzę tu i to piszę)

Praca magisterska rośnie mi w tempie ZASTRASZAJĄCYM, z trzech stron zrobiło się PIĘĆ, a ja jestem tak potwornie niezorganizowana, że normalnie nie wiem jak udało mi się dożyć trzydziestych drugich urodzin w jednym kawałku, nie zgubiwszy przedtem gdzieś jakiejś ręki, obojczyka, ucha, albo palca u stopy.

Irlandczyka chyba sobie owinęłam wokół palca. (u ręki, jak przypuszczam)

Głupio jakoś, straszniem do tego nieprzyzwyczajona.

Idę pod ten prysznic.

Leave a comment »