Archive for Opowiem Wam bajeczkę

O przedświątecznej sytuacji

Google now wita mnie słowami „Jeszcze tylko 3 dni do twojej podróży do Malagi” i powiem wam że są to piękne słowa. Chociaż z drugiej strony walizkę trzeba będzie pakować, a z tym już gorzej. (Zwłaszcza zimą, letnie kiecki miejsca nie zajmują i można wetknąć wszystkie, dobór grubszych rzeczy wymaga znacznie więcej pracy myślowej.)

Do pracy jeszcze tylko dziś, jutro i pojutrze i doprawdy wolałabym mniej nadgorliwych studentów, którzy nie pojawiliby się na zajęciach w ostatnim tygodniu przed świetami, ale cóż. Nie wybieram ich sobie. (Za to można pokserować czytanki o Świętach i część zajęć z głowy, a temat jest wielce socjokulturalny!)

A z tematów nieświątecznych, w niedzielę wieczorem włączyliśmy z Tym „Dark” na netfliksie i dziś zostały nam już tylko dwa odcinki. Wow, fanem zjawisk paranormalnych i podróży w czasie nie jestem, a naprawdę mnie wciągnęło. Nieco przeszkadza mi tylko dramatyczna muzyka na każdym kroku, jakbym sama nie wiedziała, kiedy powinnam poczuć gęsia skórkę, oraz niezwykła tępota prowadzących śledztwo – kamon, ja od pierwszej chwili wiedziałam czyje są znalezione w lesie zwłoki, a komisarz wpadł na to dopiero w ósmym odcinku. Tak czy siak, godne polecenia to jest i najlepiej oglądać z oryginalnym niemieckim audio i napisami (jeśli ktoś oczywiście nie zna niemieckiego). Pomijam fakt, że po niemiecku podobno wszystko brzmi bardziej groźnie, po prostu dubbing jest nieco kulawy, a szkoda.

Treningowo mi ten grudzień też idzie jak po grudzie (ha. ha. ha) i mam jeszcze ostatnią malutką nadzieję na poprawienie wyniku w tym tygodniu (lecę w piątek wieczorem). Ale naprawdę niewielka, bo WIADOMO JAK TO JEST, a grzane wino na jarmarku świątecznym nie wypije się samo. Dziś z Tym urządzamy sobie uroczystą świąteczną kolację przy świecach (Ten leci już w czwartek rano), a jutro zamierzamy zanieść podchoinkowe drobiazgi dzieciom naszych przyjaciół, co BYĆ MOŻE też się skończy jakimś winem.

Więc takto. A dziś mam nawet przyjemny wyraz twarzy i znośne włosy:

Reklamy

3 Komentarze »

O wizycie w konsulacie

Więc udałam się dzisiaj do Konsulatu Generalnego naszego pięknego państwa w Kolonii w celu złożyć wniosek o paszport.

Najpierw wstałam o 5.40 (i przypomniały mi się czasy rannych zmian, brrr), co nie zrobiło na mnie jednak wielkiego wrażenia, gdyż wczoraj położyłam się do łóżka o 22.30 czyli z kurami. W pociągu naprzeciwko mnie (to znaczy w rzędzie naprzeciwko, na szczęście) zaraz w Aachen usiadł pan z wytatuowaną na szyi jaszczurką (której koniec znajdował się za uchem pana) i który to pan przez calutką drogę (56 minut) jedną po drugiej nagrywał wiadomości audio na whatsappie dla swojego (cytuję:) skarba, informując go o tkliwych i gorących uczuciach. Obiecywał rownież kochać skarba: na wieki, bezgranicznie, bezwarunkowo i ponad wszystko. Oraz nigdy nie przestawać. Jako że pociąg nie był bezdźwięcznym poduszkowcem, pan musiał dostosować natężenie głosu do natężenia hałasu pociągu, więc w wyniku powyższego pół wagonu odwracało głowę z zażenowaniem. W tym ja.

Do Konsulatu dotarłam o 8.44, termin miałam o 9:00 czyli równo z początkiem godzin urzędowania i do samiutkiej dziewiątej wraz z grupką innych osób czekałam na ulicy bo wrota urzędu skryte były na grubą żaluzją.

Obok mnie wniosek o paszport wypełniał młodzieniec około 25-letni, któremu WSZYSTKIE DANE, (włącznie z własnym nazwiskiem panieńskim, miejscem urodzenia, peselem, wzrostem i ostatnim adresem w Polsce młodzieńca) dyktowała mamusia.

Po czym uiściłam opłatę czterokrotnie wyższą niż opłata za wydanie paszportu w Polsce (postanowiłam podejść do tematu filozoficznie, to TYLKO pieniądze) i już mogłam udać się w drogę powrotną. Tym razem obok siebie miałam czwórkę hiszpańskich studentów medycyny, którzy byli tak rozkosznie nerdowaci, że musiałam odwracać się do okna, żeby nie widzieli mojego rozbawienia. Kiedy zaczęli piętnastominutową dyskusję, kto był uczniem Platona, nie wytrzymałam i sprawdziłam w Wikipedii. (Arystoteles.)

Uwielbiam sama jeździć pociągami.

Leave a comment »

O niezwykle miłym weekendzie w środku tygodnia

Takie tygodnie to ja lubię: weekend – poniedziałek – weekend – czwartek – piątek – weekend. (W tym roku Niemcy świętowali 500 lat od przybicia przez pana Lutra 95 tez do drzwi kościoła w Wittenberdze, co razem ze Wszystkimi Świętymi dało dodatkowy weekend w środku tygodnia.)  Jako że w prawdziwy weekend Ten był z kumplami w Budapeszcie, weekend dodatkowy  spędziliśmy na zasadzie cudze chwalicie, swego nie znacie i wybraliśmy się pociągiem do… Bonn. Ja wprawdzie bywałam tam dość często, kiedy odwiedzałam argentyńską imienniczkę, (co nie znaczy, że miasto znam – znam wyłącznie jej były akademik), Ten nie był nigdy, a to w końcu była stolica. 

Bonn okazało się maciupeńkie. Przez ścisłe centrum nakręciliśmy tyle ósemek, że na każdy placyk wchodziliśmy po kilka razy z każdej strony, i ku naszej rozpaczy widzieliśmy bardzo mało barów. Na dodatek Ten zapomniał ładowarki do telefonu i z racji obecności mojego w naprawie, offline byliśmy obydwoje. Łazilismy więc po wymarłych (w sam raz na Halloween) uliczkach trzymając się za ręce, napiśmy się kawy, zjedliśmy bardzo dobre ciasto z wiśniami i migdałami, trafiliśmy w końcu na jakiś bar i przy białym winie włączyliśmy prawie wyładowany, a wcześniej wyłączony w celu oszczędzać baterię, telefon Tego, wyszukaliśmy restaurację nepalsko-tybetańską, w której zamierzaliśmy zjeść kolację, i wróciliśmy do hotelu żeby się przebrać. A hotel był fantastyczny – jak zwykle wyszukany wśród ofert na booking.com (bo normalnie nie byłoby nas stać), czterogwiazdkowy, z wielkim, miękkim, niebiańsko wygodnym łóżkiem z szeleszczącą białą pościelą, łazienką z wielką wanną i mnóstwem gratisów (poczułam się zupełnie jak Ross Geller), można powiedzieć, że na tym etapie wyprawa opłaciła się już ze względu na sam hotel. Tybetańska kolacja rownież była niczego sobie, a na dodatek całkiem niedroga, a wieczór zakończyliśmy drinkami w barze o wdzięcznej nazwie Che Guevara, który rownież znałam z wcześniejszych odwiedzin u imienniczki. 

W niebiańskim łożu spało nam się wyśmienicie, a pierwszy listopada powitał nas ciepłym słońcem i doskonałym bufetem śniadaniowym. Po śniadaniu zostawiliśmy walizki w hotelu i udaliśmy się do pobliskiego miasteczka Königswinter, gdzie zamierzaliśmy udać się na stromą wędrówkę na szczyt podobno opiewanej w Pieśni o Nibelungach góry Drachenfels. Miasteczko okazało się ślicznym nadreńskimi kurortem, w którym w swoim czasie bywał i lord Byron,i nie można było wyobrazić sobie lepszej pogody na nasza wędrówkę. Płaszcz chwilami musieliśmy nieść ręku, widoczność była tak dobra, że z góry dawało się dojrzeć wieże katedry w Kolonii, a spożyta na słoneczku kiełbaska z frytkami smakowała wybornie. Jedyne, czego żałowaliśmy, to brak aparatu, ale weekend offline był jednak więcej wart niż jakiekolwiek zdjęcia.  

Do Aachen  wróciliśmy około osiemnastej i zaraz po powrocie zajęłam się googlowaniem nurtującego mnie pytania, dlaczego takie za przeproszeniem zadupie zostało stolicą. Okazało się, że w roku 1949, kiedy nawet nie istniały jeszcze dwa państwa niemieckie, a Berlin podzielony był na 4 sektory, slowa „stolica”  nikt nawet do ust nie brał, szukano jedynie tymczasowej siedziby dla organów rządowych, których obecność w Berlinie wraz z władzami sowieckimi wydawała się cokolwiek niepożądana. Bonn posiadało nienaruszone podczas wojny reprezentacyjne budowle, było faworytem pochodzącego z Kolonii Adenauera i wygrało – podobno niezupełnie czystą – walkę z Frankfurtem. Jako oficjalna stolica Bonn zaczęło figurować w dokumentach dopiero w połowie lat 70. Jako że jestem fanką powojennej historii Niemiec, poczułam się wielce zadowolona z poznanego nowego faktu. 

Tylko zdjęć nie ma. A update mojego telefonu jest taki, że naprawa przedłuży się z uwagi na brakującą cześć zamienną. 

Leave a comment »

O pogodzie głównie 

I faktycznie. Dwadzieścia pare stopni w październiku, nowych botków nawet nie zdążyłam wyprowadzić na spacer, a zamiast tego na powrót wyciągnęłam Vagabondy aka kapcie. Jest pięknie. Ten wykorzystuje absolutnie ostatnie dni, kiedy może pójść na rower w ciągu tygodnia zanim zrobi się ciemno i codziennie WSTAJE O SIÓDMEJ żeby szybko skończyć pracę i wskoczyć raz na wyścigówkę, raz na MTB. (Ten ma nienormowany czas pracy i sam może określić jej początek i koniec – musi jedynie wyrobić godziny i zachować wszystkie dedlajny.)

Osobiście rozpoczęłam nowy semestr i, o cudzie, nie muszę rano wstawać w poniedziałki! Uważam że jest to absolutnie fantastyczne, bo wizja poniedziałkowego budzika o 6.40 zawsze skutecznie psuła mi niedzielny wieczór, a w obliczu pierwszych zajęć o 12.15 mogę się nim niezmącenie cieszyć. 

Weekendowe pierogi okazały się sukcesem, sama nie ulepiłam ani jednego, wykonałam tylko 3 farsze, zrobiłam ciasto, wałkowałam je po kawałku, wycinałam kołeczka szklanką, a lepieniem grzecznie zajęli się Ten i Seta. Wyszło ponad sto sztuk, które zostały pożarte co do okruszka. Piękna pogoda ułagodziła mnie do tego stopnia, że w niedzielę – jako że zostało sporo farszu – zgodziłam się zrobić nieco ciasta jeszcze raz, tylko dla Tego, który znowu ulepił wszystkie. Tak to możemy współpracować. 

A w ramach maratonów starych seriali teraz lecimy z Californication – widziałam chyba tylko dwa pierwsze sezony i prawie nic nie pamiętam. A swoją drogą -David Duchovny mnie nie rusza wcale, natomiast Hank Moody jak najbardziej!   


A tak było w niedzielę. 

Leave a comment »

O początku jesieni i swetrach 

Wróciliśmy z Polski i zaczęła się jesień. Zaczął się rownież nowy projekt w pracy, a mianowicie nauczenie od postaw niemieckiego języka grupy indonezyjskich 18-19latków, którzy zamierzają w tym kraju rozpocząć studia. Nie powiem, wiek owej młodzieży nieco mnie przeraża, bo zdecydowanie wolę pracować z dorosłymi, ale podobno ich młodzieńczy zapał do nauki ma swoje plusy. Dziś pierwszy dzień, zobaczymy. 

Z nadejściem jesieni zaczęłam rownież kupowanie swetrów, i w tym roku ciągnie mnie do kolorów (w szafie posiadam z 4 swetry rożnego kroju wprawdzie, ale wszystkie szare. Oprócz tego dwa czarne, jeden ciemnobordowy i jeden neutralno-beżowy), więc oprócz już wspomnianego ceglastoczerwonego, zakupiłam jeszcze musztardowożółty i zamówiłam pudrowy brudnoróżowy. Poza tym lubię tej jesieni spódnice midi i kicham na fakt, że nie służą niewysokim osobom. 

Treningi we wrześniu mi trochę kulały (13 na 30 dni) i postaram się poprawić znowu ten wynik w październiku. Mimo wszystko jednak w Polsce nie przytyłam wcale, co wydaje się cudem zważywszy na fakt, że moja siostra dwa dni przed naszym przyjazdem w całości spędziła w kuchni i usiłowała za wszelką cenę wcisnąć w nas efekty owego stania przy garach. Całe szczęście głównym jej targetem był Ten, a on chętnie dawał w siebie wciskać pożywienie. 

A pod koniec miesiąca znowu dwa dni wolne i mam dużą nadzieję, że znowu się uda na chwilę gdzieś wyskoczyć. 

Leave a comment »

Można by rzec, że o sobocie doskonałej

Tego nie ma do jutra i tak naprawdę brakuje mi go z jednego powodu – chciałabym dalej oglądać Bloodline, a nie oglądam, bo nie jestem świnią i na niego zaczekam. Chociaż mnie świerzbi!

A dziś rano obudziłam się o 9, po rozkosznych 10 godzinach snu, poprzedzonych połową sezonu Friends from college (można sobie darować, mimo że gra Robin z HIMYM), śniadanie zjadłam w łóżku, kawę wypiłam w łóżku, kurier przyniósł paczuszkę z Zary, której zawartość w pełni mnie usatysfakcjonowała, a potem, koło 11, wylazłam z łóżka i ogarnęłam chatę. Z bardzo prostego powodu – kiedy jest posprzątane i ładnie, jeszcze bardziej cieszę się byciem sama w domu. Po skończeniu wywloklam matę i kettle i odpracowałam 45 minut machania żelastwem.  Następnie nałożyłam maskę na włosy i miałam czas żeby potrzymać ją ponad pół godziny. Po prysznicu spożyłam obiad, ubrałam się w nowy sweter i nowe portki, umalowałam usta czerwoną szminką od nieteściowej, doskonale pasującą do swetra, i wyszłam na spacer i zakupy, bo świeciło piękne słońce i miasto było pełne życia i sąsiadów zza holenderskiej granicy. Wróciłam z żarciem, łańcuchem z papierowych lampioników i płaską miseczką w kształcie ananasa. Lampioniki udrapowałam tak, żeby zwisały z karnisza w salonie, a miseczkę uplasowałem na stoliku nocnym i zapełniłam najczęściej używaną biżuterią (głównie kolczykami), która do tej pory walała mi się tam luzem. Po czym ustabilizowałem się na kanapie z autobiografią Chmielewskiej w jednym tomie, bo bardzo miałam ochotę na coś babskiego i mojego. 

Na kolację przygotowałam sobie w piekarniku frytki z batatów, dodałam jajko sadzone i pół awokado, wlałam sobie kieliszek wina i zakończyłam sezon Friends from college (wciąż nie polecam jakoś szczególnie gorąco). Potem obejrzałam dość niepokojący film dokumentalny What the health, traktujący o szkodliwości jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych, pocieszałam się, że osobiście jem coraz mniej, mleka nie piję, ser ograniczam, cóż, jedynie te jajka zostają, może przejdą mi jakoś ulgowo, przeleciałam Instagram, napisałam tego posta i postanowiłam iść spać. 

Niedziela ma to do siebie że czuje się już na karku oddech poniedziałku, ale wieczorem wróci Ten i obejrzymy Bloodline! 

Leave a comment »

O skończonych wakacjach

Zaprawdę powiadam Wam, dwa tygodnie to jednak dwa tygodnie. Bez obowiązków, bez budzika, bez gnębiących myśli. Trzy dni sam na sam na najpiękniejszej plaży świata zaowocowały czekoladową opalenizną i mnóstwem tuńczyków w ustroju oraz tortillą i gazpacho w charakterze obiadu na kocyku i nieskończonymi historiami opowiedzianymi przy zimnym piwku i oliwkach, rownież na kocyku. Przysięgłabym, że większość czasu spędziłam w cieniu, bo z wiekiem coraz gorzej znoszę smażalnie w pełnym słońcu, ale prawie brunatny odcień mojej skóry lekko przeczy temu stwierdzeniu. 

Tymczasem od wczoraj jesteśmy znowu w domu i strasznie marzniemy. Nie rozumiem dokładnie zjawiska – 16 stopni i okazjonalne przebłyski słońca to przecież NIE AŻ TAK ZIMNO?!? A ja mam ochotę wyciągnąć co najmniej botki i cieplejszy płaszcz. (Dla ścisłości – w Marbelli też nie było potwornych upałów, wieczorami było zgoła zimno, a przez pierwsze trzy dni prawie nie było słońca i padało.) Oraz jestem przeziębiona, smarkam i kicham. Mimo wszystko nie narzekam, bo bardzo na urlopie odpoczęłam, bateryjki doładowałam oraz w ogóle nie przytyłam. Działałam po prostu z fitnessblenderem jak gdyby nigdy nic, nie odmawiałam sobie niczego i mimo to żadna cześć garderoby nie opina mnie bardziej niż przed wyjazdem. 

W międzyczasie zrobiłam się rownież rok starsza i dostałam od Tego między innymi piękny, nowiutki, 10-kilowy kettlebell. Odpaliłam więc dziś stosowny filmik i hoho! Z 4 do wyboru (2,5; 6; 8 i 10 kg) mogę wreszcie prawidłowo dostosować ciężar do ćwiczenia. No prawie – pomiędzy pierwszym i drugim jest spora różnica i taka czwóreczka pomiędzy byłaby idealna. Chociaż możliwe, że wtedy 2,5 stałoby się zbędne, ale to sprawdzę, jak dorobię się czwóreczki. 

Jutro początek intensywnego, hejho! W tym semestrze chyba wreszcie nieco spokojniejszy. 

A na zakończenie pare impresji.

Zachód słońca w Marbelli

Niebo w moje urodziny.

Moje urodziny w niejednokrotnie tu wspomnianym barze Francisco. Za barem sam Francisco czyli Paquito. 

Paella w barze na plaży.

Ten i ja podczas spacero-dżogingu.

Pierwsze, zachmurzone dni. Chmury też są fotogeniczne.

Widok z pomostu na plażę. 

 

Leave a comment »