Archive for Opowiem Wam bajeczkę

O pogodzie głównie 

I faktycznie. Dwadzieścia pare stopni w październiku, nowych botków nawet nie zdążyłam wyprowadzić na spacer, a zamiast tego na powrót wyciągnęłam Vagabondy aka kapcie. Jest pięknie. Ten wykorzystuje absolutnie ostatnie dni, kiedy może pójść na rower w ciągu tygodnia zanim zrobi się ciemno i codziennie WSTAJE O SIÓDMEJ żeby szybko skończyć pracę i wskoczyć raz na wyścigówkę, raz na MTB. (Ten ma nienormowany czas pracy i sam może określić jej początek i koniec – musi jedynie wyrobić godziny i zachować wszystkie dedlajny.)

Osobiście rozpoczęłam nowy semestr i, o cudzie, nie muszę rano wstawać w poniedziałki! Uważam że jest to absolutnie fantastyczne, bo wizja poniedziałkowego budzika o 6.40 zawsze skutecznie psuła mi niedzielny wieczór, a w obliczu pierwszych zajęć o 12.15 mogę się nim niezmącenie cieszyć. 

Weekendowe pierogi okazały się sukcesem, sama nie ulepiłam ani jednego, wykonałam tylko 3 farsze, zrobiłam ciasto, wałkowałam je po kawałku, wycinałam kołeczka szklanką, a lepieniem grzecznie zajęli się Ten i Seta. Wyszło ponad sto sztuk, które zostały pożarte co do okruszka. Piękna pogoda ułagodziła mnie do tego stopnia, że w niedzielę – jako że zostało sporo farszu – zgodziłam się zrobić nieco ciasta jeszcze raz, tylko dla Tego, który znowu ulepił wszystkie. Tak to możemy współpracować. 

A w ramach maratonów starych seriali teraz lecimy z Californication – widziałam chyba tylko dwa pierwsze sezony i prawie nic nie pamiętam. A swoją drogą -David Duchovny mnie nie rusza wcale, natomiast Hank Moody jak najbardziej!   


A tak było w niedzielę. 

Reklamy

Leave a comment »

O początku jesieni i swetrach 

Wróciliśmy z Polski i zaczęła się jesień. Zaczął się rownież nowy projekt w pracy, a mianowicie nauczenie od postaw niemieckiego języka grupy indonezyjskich 18-19latków, którzy zamierzają w tym kraju rozpocząć studia. Nie powiem, wiek owej młodzieży nieco mnie przeraża, bo zdecydowanie wolę pracować z dorosłymi, ale podobno ich młodzieńczy zapał do nauki ma swoje plusy. Dziś pierwszy dzień, zobaczymy. 

Z nadejściem jesieni zaczęłam rownież kupowanie swetrów, i w tym roku ciągnie mnie do kolorów (w szafie posiadam z 4 swetry rożnego kroju wprawdzie, ale wszystkie szare. Oprócz tego dwa czarne, jeden ciemnobordowy i jeden neutralno-beżowy), więc oprócz już wspomnianego ceglastoczerwonego, zakupiłam jeszcze musztardowożółty i zamówiłam pudrowy brudnoróżowy. Poza tym lubię tej jesieni spódnice midi i kicham na fakt, że nie służą niewysokim osobom. 

Treningi we wrześniu mi trochę kulały (13 na 30 dni) i postaram się poprawić znowu ten wynik w październiku. Mimo wszystko jednak w Polsce nie przytyłam wcale, co wydaje się cudem zważywszy na fakt, że moja siostra dwa dni przed naszym przyjazdem w całości spędziła w kuchni i usiłowała za wszelką cenę wcisnąć w nas efekty owego stania przy garach. Całe szczęście głównym jej targetem był Ten, a on chętnie dawał w siebie wciskać pożywienie. 

A pod koniec miesiąca znowu dwa dni wolne i mam dużą nadzieję, że znowu się uda na chwilę gdzieś wyskoczyć. 

Leave a comment »

Można by rzec, że o sobocie doskonałej

Tego nie ma do jutra i tak naprawdę brakuje mi go z jednego powodu – chciałabym dalej oglądać Bloodline, a nie oglądam, bo nie jestem świnią i na niego zaczekam. Chociaż mnie świerzbi!

A dziś rano obudziłam się o 9, po rozkosznych 10 godzinach snu, poprzedzonych połową sezonu Friends from college (można sobie darować, mimo że gra Robin z HIMYM), śniadanie zjadłam w łóżku, kawę wypiłam w łóżku, kurier przyniósł paczuszkę z Zary, której zawartość w pełni mnie usatysfakcjonowała, a potem, koło 11, wylazłam z łóżka i ogarnęłam chatę. Z bardzo prostego powodu – kiedy jest posprzątane i ładnie, jeszcze bardziej cieszę się byciem sama w domu. Po skończeniu wywloklam matę i kettle i odpracowałam 45 minut machania żelastwem.  Następnie nałożyłam maskę na włosy i miałam czas żeby potrzymać ją ponad pół godziny. Po prysznicu spożyłam obiad, ubrałam się w nowy sweter i nowe portki, umalowałam usta czerwoną szminką od nieteściowej, doskonale pasującą do swetra, i wyszłam na spacer i zakupy, bo świeciło piękne słońce i miasto było pełne życia i sąsiadów zza holenderskiej granicy. Wróciłam z żarciem, łańcuchem z papierowych lampioników i płaską miseczką w kształcie ananasa. Lampioniki udrapowałam tak, żeby zwisały z karnisza w salonie, a miseczkę uplasowałem na stoliku nocnym i zapełniłam najczęściej używaną biżuterią (głównie kolczykami), która do tej pory walała mi się tam luzem. Po czym ustabilizowałem się na kanapie z autobiografią Chmielewskiej w jednym tomie, bo bardzo miałam ochotę na coś babskiego i mojego. 

Na kolację przygotowałam sobie w piekarniku frytki z batatów, dodałam jajko sadzone i pół awokado, wlałam sobie kieliszek wina i zakończyłam sezon Friends from college (wciąż nie polecam jakoś szczególnie gorąco). Potem obejrzałam dość niepokojący film dokumentalny What the health, traktujący o szkodliwości jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych, pocieszałam się, że osobiście jem coraz mniej, mleka nie piję, ser ograniczam, cóż, jedynie te jajka zostają, może przejdą mi jakoś ulgowo, przeleciałam Instagram, napisałam tego posta i postanowiłam iść spać. 

Niedziela ma to do siebie że czuje się już na karku oddech poniedziałku, ale wieczorem wróci Ten i obejrzymy Bloodline! 

Leave a comment »

O skończonych wakacjach

Zaprawdę powiadam Wam, dwa tygodnie to jednak dwa tygodnie. Bez obowiązków, bez budzika, bez gnębiących myśli. Trzy dni sam na sam na najpiękniejszej plaży świata zaowocowały czekoladową opalenizną i mnóstwem tuńczyków w ustroju oraz tortillą i gazpacho w charakterze obiadu na kocyku i nieskończonymi historiami opowiedzianymi przy zimnym piwku i oliwkach, rownież na kocyku. Przysięgłabym, że większość czasu spędziłam w cieniu, bo z wiekiem coraz gorzej znoszę smażalnie w pełnym słońcu, ale prawie brunatny odcień mojej skóry lekko przeczy temu stwierdzeniu. 

Tymczasem od wczoraj jesteśmy znowu w domu i strasznie marzniemy. Nie rozumiem dokładnie zjawiska – 16 stopni i okazjonalne przebłyski słońca to przecież NIE AŻ TAK ZIMNO?!? A ja mam ochotę wyciągnąć co najmniej botki i cieplejszy płaszcz. (Dla ścisłości – w Marbelli też nie było potwornych upałów, wieczorami było zgoła zimno, a przez pierwsze trzy dni prawie nie było słońca i padało.) Oraz jestem przeziębiona, smarkam i kicham. Mimo wszystko nie narzekam, bo bardzo na urlopie odpoczęłam, bateryjki doładowałam oraz w ogóle nie przytyłam. Działałam po prostu z fitnessblenderem jak gdyby nigdy nic, nie odmawiałam sobie niczego i mimo to żadna cześć garderoby nie opina mnie bardziej niż przed wyjazdem. 

W międzyczasie zrobiłam się rownież rok starsza i dostałam od Tego między innymi piękny, nowiutki, 10-kilowy kettlebell. Odpaliłam więc dziś stosowny filmik i hoho! Z 4 do wyboru (2,5; 6; 8 i 10 kg) mogę wreszcie prawidłowo dostosować ciężar do ćwiczenia. No prawie – pomiędzy pierwszym i drugim jest spora różnica i taka czwóreczka pomiędzy byłaby idealna. Chociaż możliwe, że wtedy 2,5 stałoby się zbędne, ale to sprawdzę, jak dorobię się czwóreczki. 

Jutro początek intensywnego, hejho! W tym semestrze chyba wreszcie nieco spokojniejszy. 

A na zakończenie pare impresji.

Zachód słońca w Marbelli

Niebo w moje urodziny.

Moje urodziny w niejednokrotnie tu wspomnianym barze Francisco. Za barem sam Francisco czyli Paquito. 

Paella w barze na plaży.

Ten i ja podczas spacero-dżogingu.

Pierwsze, zachmurzone dni. Chmury też są fotogeniczne.

Widok z pomostu na plażę. 

 

Leave a comment »

O andaluzyjskich chrzcinach

Już prawie tydzień wakacji za nami i wczoraj nastąpiło wydarzenie ekstraordynaryjne: urodzone w kwietniu bliźniaki kuzyna nieteściowej zostały ochrzczone, a celebracja wyżej wymienionego odbyła się na feria de Estepa, festynie w miejscowości, z której pochodzi cała rodzina Tego oraz mantecados, tradycyjne bożonarodzeniowe hiszpańskie słodycze. (Nieistotne dla rozwoju akcji, podaję tylko jako ciekawostkę.) Przygotowania do chrzcin trwały od jakiegoś czasu, a najwięcej uwagi poświęcono – jakżeby inaczej – odzieży. Z uwagi na miejsce celebracji, w zaproszeniach zachęcono kobiety do wystąpienia w tradycyjnych sukniach gitana (a tak, ja też taką posiadam), jednak rodzina Tego nie zdecydowała się na taką opcję i zamiast tego postawiła na AKCENTY. Podczas poszukiwania stosownego outfitu dostałam od nieteściowej wyraźne wytyczne odnośnie tych AKCENTÓW: miało być radośnie, kolorowo, z falbanami i/lub w kropki, z kwiatami we włosach, wyrazistym makijażem i dużymi kolczykami. Kwiaty we włosach skreśliłam od razu, nie miałabym jak ich w te włosy wczepić, w poszukiwaniach przeszłam przez najróżniejsze opcje, a sukienkę doskonałą znalazłam chyba z 2 tygodnie przed wyjazdem: w ogólnie przeze mnie nielubianym żółtym kolorze, w szare kwiaty, z falbaniastym dekoltem i dołem, a na jej widok od razu doznałam wizji skombinowania jej z czerwonymi koralowymi dodatkami: paznokciami, kolczykami, szminką i butami. Jak pomyślałam tak zrobiłam, problem miałam tylko ze szminką: nigdzie nie mogłam dostać koralowo-pomarańczowawego odcienia czerwieni. Już miałam zamiar udać się do jednej z drogerii, w której ekspedientki od progu rzucają się do pomagania, i poprosić żeby mi taką znalazła, kiedy któregoś dnia nieteściowa po powrocie z zakupów w ichniejszej Biedronce rzuciła od niechcenia Ach, proszę, kupiłam ci szmineczkę, kolorek bardzo ładny, co? (Andaluzyjczycy UWIELBIAJĄ zdrobnienia.) I faktycznie. Kolorek jakiego szukałam tygodniami, znaleziony w trzy sekundy w supermarkecie. 

W wielki dzień wyruszyliśmy wczesnym rankiem o 9, każdy miał swój outfit na wieszakach, dzień zapowiadał się upalny, nieteściowa miała przygotowaną białą koszulę i czarne spodnie z własnoręcznie pomalowaną tradycyjną chustą, a że jest z tych, którym zawsze gorąco, w ostatniej chwili wrzuciła do torby sukienkę, na ewentualną zmianę. Każdy chwycił swoje wieszaki, swoje torby, auto zostało zapakowane i w piątkę, wraz z siostrą Tego i chłopakiem nieteściowej ruszyliśmy w drogę. Półtorej godziny zleciało nam szybko, w ostatniej części głównie na podśmiechujkach z kuzyna Tego, który ZAPOMNIAŁ GARNITURU i musiał wracać się po niego do Sewilli. Niedowierzające hahahajakmożnazapomniećgarnituru przeszło nam (na chwilę) jak ręką odjął, kiedy po opuszczeniu samochodu okazało się, że nieteściowa zostawiła swoje wieszaki na kanapie w salonie. Na szczęście w torbie była awaryjna sukienka, oryginalne buty i chusta oraz wszystkie dodatki, i kiedy okazało się że wyglada fantastycznie, wszyscy śmiali się z niej już otwarcie. Niestety nie był to koniec jej pecha, bo po zaparkowaniu przed hostelem, w którym miała nocować ona i jej chłopak (Ten, jego siostra i ja mieliśmy łóżko w domu babci), okazało się, że po rezerwacji na jej nazwisko nie ma śladu ni popiołu. Rownież i to znalazło rozwiązanie w postaci materaca na podłodze w salonie babci, a godziny, jakie spędziliśmy na zabawie będziemy jeszcze długo wspominać. Wieczór zakończył się o trzeciej nad ranem, jedzeniem churros maczanych w gęstej czekoladzie, a dzisiaj rano nikt nie miał kaca, a wszyscy zakwasy w brzuchach od śmiechu. 

Ten i ja, jak widać.

Ja z żeńską częścią bliźniaków. Ja zjadłam już szminkę a Trianie zdjęto już sukienkę z falbanami.


Feria z zewnątrz. Nie wszyscy byli częścią chrzcin. 

Leave a comment »

O tym że nic nie zepsułam, a naprawdę mogłam

Odkryłam u siebie przedziwny, a do tej pory starannie ukryty talent do szycia. Chociaż nie, do szycia to odrobinę za dużo powiedziane, do PRZERABIANIA. Zaczęło się od pamiętnej kiecki, której odprułam rękawy, potem doszły dżinsy tak zwane szwedy, obecnie zwane raczej culottes, chociaż możliwe że to nie całkiem to samo, które, niezależnie od nazwy, kupiłam online i nie zauważyłam na zdjęciu, że od połowy łydki mają rozporki na nogawkach. Rozporki wydały mi się idiotyczne, więc je zwyczajnie zaszyłam. Następny był wspomniany w ostatnim wpisie kombinezon (uwielbiam fakt, że po hiszpańsku kombinezon to mono, czyli małpa) (i owszem, zostawiłam wszystkie zamówione artykuły, a eLka w Mango to jakiś pic na wodę, albo mam taką wielką dupę), który okazał się bardzo fajny, poza faktem, że miał długie rękawy z falbaniastych dziurami na ramionach. Nie wiem czy zrozumiale się wyrażam. To oczywiście na zdjęciu było doskonale widoczne, ale jako że nigdy przedtem nie miałam niczego z takimi rękawami, nie wiedziałam, jak bardzo będą mnie denerwować. Dowiedziałam się w 5 sekund po założeniu, denerwowały mnie potwornie, w ogóle nie wiem jak można w czymś takim chodzić! Zanim jeszcze oderwałam metkę i zdążyłam się zastanowić, czy ja tę małpę chcę, miałam odprute pół lewego rękawa, a pytanie odpowiedziało się same. Falbanki tak samo jak w przypadku sukienki zrobiły mi uprzejmość i zamaskowały krzywe szycie, więc bez rękawów kombinezonowi nie mam nic do zarzucenia, a nawet wręcz przeciwnie. Dzisiaj natomiast  wspięłam się na przeróbkowy szczyt kunsztu. Zamówiłam mianowicie spodnie dżinsowe w kolorze ecru (serio, juz z tym kończę, ale ostatnie dni wyprzedaży to dla mnie prawdziwy hazard, wszystko kosztuje jedną dziesiątą pierwotnej ceny i za portki zapłaciłam tyle samo, co za kupioną w tym samym dniu odżywkę do włosów), z bardzo fajnym wysokim stanem, zapinane na guziki i dobrze leżące w rozmiarze 36, czyli u góry wszystko w porządku, od kolan z kolei rozszerzane. Rozszerzane od kolan nosiłam za wczesnego gowniarza, czyli jakieś 10 lat temu, No, thank you. Zanim wpadniecie w zachwyt nad moimi zdolnościami, dodam, że rozszerzenie zostało osiągnięte za pomocą wszytego trójkąta, wypisz wymaluj jak w latach 70, kiedy cool było posiadanie nogawek szerokich co najmniej na długość stopy i wszyscy pruli portki na szwach i wszywali trojkat o stosownie szerokiej podstawie, aż do osiągnięcia pożądanej coolness. Wiem, bo tatuś mi opowiadał. Ja zrobiłam więc dokładnie odwrotnie, trójkąt wyprułam, nogawkę zaszyłam i mam teraz proste. Za każdym razem myślałam, że ani chybi szmata za chwile wyląduje w koszu na śmieci, a tu proszę, wszystkie żyją i maja się dobrze, powiedziałabym, że lekka duma jest jak najbardziej usprawiedliwiona!

Tymczasem jeszcze tylko 3 razy rano wstać oraz w myślach pakuję już walizkę.  

Leave a comment »

O życiu jak w Madrycie

Wróciliśmy. Z bardzo mieszanymi uczuciami, bo:

Po pierwsze pogoda. Naprawdę zaczynam wierzyć, że na festiwalach NIE MOŻE być ładnej pogody. Możliwe też oczywiście, że to my przyciągamy deszcz, ale czy dwie osoby naprawdę mogą sprawić, że dokładnie na czas trwania festiwalu skończy się ponad trzydziestostopniowy upał i spadną deszcze zdolne zalać kilka stacji metra oraz odwołać kilka lotów…? Po zakończeniu festiwalu upał wrócił ma swoje miejsce.

Po drugie rock and roll is not dead. Zarówno Foo Fighters jak i Green Day dowiedli tego nie zostawiając miejsca na wątpliwości. Nigdy nie byłam jakąś zapaloną fanką żadnego z nich, a o tym że wokalista Foo Fighters to ten z Nirvany dowiedziałam się może z 7 lat temu, ale oba koncerty były fantastyczne: ostre darcie japy, świetne gitary i doskonała interakcja z publicznością. A jak Dave na sam koniec zaintonował I’ ve got another confession to make… I’m your fool to łzy same, bez mojej zgody, potoczyły mi się po policzkach. Takie koncerty to ja rozumiem. 

Po trzecie wypadek. Drugiego dnia, przed koncertem Green Day właśnie, podczas występu akrobatów na linie, jeden z nich spadł z wysokości 28 metrów i upadku niestety nie przeżył. Osobiście tego nie widziałam, dowiedziałam się dużo później z szeptanej poczty pantoflowej, nie wiedząc nawet czy to fakt, czy plotka. Plotka okazała się faktem, przy czym Green Day nie zostało powiadomione z uwagi na możliwość odwołania koncertu, w co wielu uczestników festiwalu nie uwierzyło, i dało upust niewierze w komentarzach o braku serca i człowieczeństwa. Osobiście nie mam wątpliwości że nie wiedzieli, dziwne wydaje mi się natomiast zachowanie organizatorów, gdyż w tym samym dniu nie było absolutnie żadnej oficjalnej informacji, wypadek po prostu został pominięty milczeniem, oficjalnie z powodu obaw o wybuch paniki i niemożność zachowania bezpieczeństwa w wypadku przerwania imprezy. Nieoficjalnie, nie wiem czy nie z powodu strachu, że fani zechcą odzyskać pieniądze za odwołane koncerty. 

Po czwarte saturday night in Madrid. Jak już wspomniałam, ostatniego dnia odpuściliśmy sobie festiwal, tym bardziej bez żalu, że po wyżej wymienionym punkcie trzecim, mieliśmy lekki niesmak. Zamiast tego udaliśmy się do centrum i chyba po raz pierwszy w Hiszpanii kolacja była (tylko) okay. Nic więcej. (Wino natomiast doskonale, jak zawsze.)

Po piąte (ale to już nie wina Madrytu) powrót. Lecieliśmy do belgijskiego Charleroi, było potwornie wcześnie, a my niemożliwie niewyspani, i WSZYSTKIE pociągi miały opóźnienie. Aż do dzisiejszego poranka miałam wrażenie, że cierpię na narkolepsję, zasypiałam prawie na stojąco i nie byłam w stanie na dobre się dobudzić. 

I po ostatnie nie związane z tematem chciałam publicznie ogłosić, że kocham Unię Europejską, kocham tę oczywistość, z jaką przy rezerwacji lotu wybieram lotnisko, nie zwracając uwagi czy leży w Niemczech, w Belgii czy w Holandii, a patrząc tylko na dogodność czasową i finansową, bo mogę swobodnie dotrzeć pociągiem gdzie tylko zechcę, nie czując, że zmieniłam kraj pobytu. Kocham za zniesienie roamingu, za możliwość korzystania z telefonu i z internetu praktycznie bez granic ni kordonów. I to są tylko dwa najnowsze powody mojej miłości. 


Ekipa festiwalowa w specjalnie zakupionych płaszczach przeciwdeszczowych. Na szczęście nie musieliśmy z nich korzystać. 


Madcool 2017. Bardzo słodko-gorzki. 

2 Komentarze »