Archive for Obyś cudze dzieci uczył!

O pewnym wieku i stresie

Niewątpliwie wchodzę już w PEWIEN WIEK, gdyż zamówiłam sobie kostium kąpielowy. Jednoczęściowy. (Żartowałam, kostium może i jest jednoczęściowy, ale dekolt ma taki, że dopuszczam możliwość wypadnięcia cycków bokami. Coś jakby wysokie gacie na szerokich szelkach, czaicie? Nie żeby miało mi też szczególnie co wypadać, nawet średnio szerokie szelki dałyby radę. A, i w ogóle to na żywo go jeszcze nie widziałam, bo dopiero do mnie idzie, a czekam z żywą emocją, bo kostiumu kąpielowego jednoczęściowego nie miałam na sobie od jakichś… niech no policzę… 23 lat.)

W HaeMie zakupiłam sobie rownież bikini, pewnie dla równowagi. Oraz dla odreagowania, bo dzisiaj miałam spotkanie w celu omówienia zeszłotygodniowej hospitacji. Głowa mnie pobolewa do teraz, nawet to bikini nie pomogło, ale całość mam już za sobą. Na początku przyszłego miesiąca czeka mnie jeszcze jeden stres pracowy, kto wie, co wtedy będę musiała sobie kupić. Dobrze że to już wyprzedaże. No, a na koniec spotkania oczywiście zeszłyśmy na ciuchy, bo miałam na sobie przywiezione przez Tego dziwne buty z Zary, które wzbudziły aprobatę mojej szefowej. 

Obejrzałam piąty odcinek Twin Peaks, pomału rzeczy zaczynają nabierać kształtu, ale ten kształt wciąż jest rozkosznie niewyraźny. Oraz pojawił się Bob i poczułam się znowu jak 25 lat temu, kiedy bałam się, że i u mnie w domu będzie się pojawiał w kątach pokoju oraz wystawał zza wersalki (wtedy nie mówiło się kanapy). Dobra, idę spać, zanim zacznę sobie zbyt dokładnie przypominać jak to było. 

Comments (1) »

O początku semestru i niusach

Wakacje niestety mają to do siebie że najpóźniej na trzeci dzień po, zapomina się że były, i nie inaczej jest w moim osobistym przypadku. W nocy z niedzieli na poniedziałek spałam koszmarnie, bo mimo że semestr rozpoczynam już po raz piąty, to jednak zawsze to POCZĄTEK SEMESTRU, i zgodnie z tradycją rozpoczęłam go z wymiętą facjatą i cieniami pod oczami, które bardzo słabo tuszowała opalenizna. Ogólnie plan mam taki, że wstaję rano 4 razy, więc albo się przyzwyczaję, albo w końcu będę musiała zainwestować w korektor. 

A weekend w całości spędziliśmy na oglądaniu najnowszego serialu Netflixa pod tajemniczym tytułem 13 reasons why. Serial, w założeniu dla nastolatków, wciągnął nas bez reszty, więc albo oglądaliśmy, albo dyskutowaliśmy na temat. A niedługo nowy sezon Fargo i cieszę się niezmiernie! 

Z niusów to jeszcze uprzejmie donoszę (na siebie), że złożyłam zamówienie na asosie. Jedna koszulowa bluzka i jedna sukienka, w końcu jakoś tę wiosnę trzeba przywitać, nie? Oczywiście w ogóle nie wiadomo, czy zostaną, szczególnie sukienka ma potencjał do odesłania, ale przekonamy się w czwartek.

A wracając do wakacji, były to chyba pierwsze, na których nie przytyłam, ani nie straciłam formy, bo jedliśmy bardzo rozsądnie oraz DWA RAZY ćwiczyłam. Co w miesiącu marcu na 31 dni daje nam 15 dni treningowych. Bdb. 

Leave a comment »

O noworocznym postanowieniu

O, mam jedno postanowienie na 2017. Nigdy nie mam, więc tak wielkopomne wydarzenie muszę tu odnotować: Będę dbała o włosy. Być może zamienię się w ortodoksyjną wlosomaniaczkę. Przestanę farbować (= z czasem przestanę być blondynką, ciekawe jaki ja mam właściwie naturalny kolor?…). Właściwie zaczęłam te wszystkie czynności już w ostatnich dwóch miesiącach ubiegłego roku, nakupiłam kosmetyków, głównie olejów i masek, i zaczęłam je stosować, oraz zmienilam niektóre włosowe nawyki. W tym roku doszła porządna suszarka (och jak bardzo widzę różnicę!) i jedyne, czego potrzebuję i co właśnie niniejszym postanawiam, to systematyczność i cierpliwość. 

Poza tym dopadł mnie tutejszy ZUS i natychmiast pożałowałam każdego wydanego na wyprzedażach centa, ale hej, mogę przecież postanowić nie kupować niczego od 15.01. prawda? (Powiedziała sprawdzając status znajdującej się w drodze paczuszki z Zary.)

A w weekend straciłam sobie głos, całkowicie. Strasznie dziwne uczucie, niby robisz wszystko jak zawsze, a zamiast normalnych dźwięków wydobywa się z ciebie skrzeczący szept. Dobrze, że w tym tygodniu przez 70% czasu na zajęciach siedzę na tyłku gapiąc się na piszących egzamin studentów. 

Leave a comment »

O tym, że znowu nadchodzi ten czas w roku

…. kiedy dostaję zaproszenie na świąteczną imprezę w biurze Tego. A ma ona to do siebie, że w doborze stroju zawsze ma jakieś motto (które można uwzględnić lub zignorować. My w pierwszych latach ignorowaliśmy, ostatnio uwzględniamy) i nie polega ono na przebraniu się, gdyż nie jest to impreza kostiumowa, a na inspiracji i stworzeniu nastroju. Bla bla bla. W tym roku mottem są baśnie, baśniowe stwory i przeplatanie rzeczywistości z magią, więc Ten wpadł na naprawdę dobry pomysł (czasem mu się zdarza), żeby iść jako Alicja i Kapelusznik. Zajrzałam do internetu, potem na asosa i zamówiłam ostatni egzemplarz długiej do ziemi spódnicy z firanki. Błękitnej, gdyż jak by nie patrzeć, i jak daleka nie byłaby to inspiracja, błękitem Alicja musi dysponować. Teraz tradycyjnie czekam aż przyjdzie, tym razem jeszcze mało nerwowo, gdyż impreza zawsze odbywa się w pierwszy piątek grudnia, w tym roku drugiego, więc mam czas. 

Poza tym zajęta jestem, a może i zestresowana, bo liczba godzin w tygodniu stanęła mi na 32, z czego 10 należy do nowego programu dla libańskich inżynierów, których nauczyć języka trzeba szybciuteńko, i to tak, żeby w ciągu pół roku znaleźli tutaj pracę. Łatwizna, prawda? Dla wzmożenia przyjemności, nie ma w tym celu żadnego jasno określonego planu, istnieje tylko mglisty. 

Poza tym za oknem trzy stopnie, lodowaty deszczyk z możliwością śnieżku, więc możecie sobie wyobrazić mój nastrój. 

Leave a comment »

O mojej martyrologii

Uprzejmie ostrzegam, że w najbliższym czasie będzie królować tu moja martyrologia odnośnie albo

a) kupy roboty związanej ze sprawdzaniem egzaminów i sporządzaniem dokumentacji kursów, w której zatonę od piątku na najbliższe 2 tygodnie albo

b) odzieży na nadchodzące w PIERWSZY WEEKEND LUTEGO wesele w Sewilli.

Słowo stało się bowiem ciałem, a zaproszenie faktem i w piątek piątego startujemy, CO ZROBIĆ. Po oficjalnym potwierdzeniu zaproszenia i rezerwacji lotów rzuciłam się oczywiście na różne sklepy online, aby korzystając z wyprzedaży nabyć coś, co pasowałoby jako tako do okazji (protokół na hiszpańskich weselach dorównuje bez mała urodzinom królowej, gdzie nie spojrzysz powłóczystości i kapelusze), w czym jednakże wciąż czułabym się mną (żadne nakrycia głowy nie wchodzą w grę) i co, last but w żadnym razie least, nie kosztowałoby majątku. Od razu widać że bułka z masłem.

Po godzinach wertowania stron z kieckami, zamówiłam JEDNĄ. W kolorze szmaragdowej zieleni (czarny był wykluczony, wcale nie ze względu na skojarzenie z pogrzebem, a dlatego, że wesele zaczyna się za dnia. Gdy zaczyna się późnym wieczorem, w Hiszpanii czarne można), z jednym ramieniem całkowicie odsłoniętym i korzystną długą falbaną na froncie, umożliwiającą nawet niezałożenie biustonosza. O długości przed kolanko. (Długie też wykluczone, gdy wesele jest za dnia. Nie żeby mnie to martwiło.) Serwis okazał się pierwszorzędny, kiecka doszła po dwóch dniach, równie ładna jak na zdjęciu i… zamówioną emkę włożyłam bez rozpinania suwaka. Niby nie widać zadużości, ale niedostatecznie wypełniona mną góra po stronie bez ramiączka opada trochę za nisko pod pachą, co oznacza również lekką asymetrię w długości. Klnąc pod nosem zamówiłam eskę, na szczęście była, i teraz czekam co dalej. Możliwe że się nie wcisnę, chociaż w emce mam luzu ze dwa centymetry, ale czy ja wiem, może akurat ten egzemplarz taki wypadł?

Wyczytałam również że luty to w Sewilli najchłodniejszy miesiąc roku, więc złowieszczo nadciąga również temat czegoś na wierzch. Buty posiadam. (O cudzie.)

Poszkodowanemu na umyśle odnośnie dat chłopu chyba w życiu nie wybaczę.

 

 

 

 

Leave a comment »

O pierwszych razach i idiotyzmie

O święta Genowefo, to był naprawdę trudny tydzień. Wszystko było pierwsze, koszmarny chaos pierwszego tygodnia, nicniewiedzący studenci, zrzucające na siebie wzajemnie winę organy (administracji uczelni), dzwoniący bez przerwy telefon, nerwowe wzdryganie na dźwięk nadchodzącego mejla, byłam w stanie to wszystko znieść w stosunkowo dobrym stanie (albo przynajmniej robiąc dobrą minę do złej gry i udając że wszystko pod kontrolą) tylko i wyłącznie dzięki myśli że to jest mój PIERWSZY RAZ i że muszę tylko koniecznie zapamiętać, co zrobiłam źle i więcej tego nie robić oraz, że bardzo niedługo, najpóźniej na firmowej imprezie, to wszystko będzie cholernie śmieszne.

Tymczasem nadszedł piątek, dzień wolny, przeszłam się odrobinę po sklepach i zdałam sobie sprawę z nieprawdopodobnego faktu, że we wrześniu nic sobie nie kupiłam. Serio, całkiem nic, bo jedne zakupione w przypływie zaćmienia umysłu kowbojskie botki (mimo że wahałam się między dwiema parami tak zwanych półbutów) właśnie oddałam.

W sobotę natomiast popełniliśmy idiotyzm światowej klasy, a mianowicie zaprosiliśmy mojego kumpla Pawła na kolację nie zrobiwszy przedtem żadnych zakupów oraz zapomniawszy że jest 3 października, najważniejsze niemieckie święto i wszyściuteńko jest na cztery spusty zamknięte. Przed odwołaniem kolacji tudzież zamówieniem pizzy uratowała nas jak zawsze bliskość zagranicy i na zakupy udaliśmy się w stanie niewielkiej paniki autobusem do Holandii. Rzecz jasna nie byliśmy jedynymi, którzy na ten pomysł wpadli i zakupów dokonywaliśmy przepychając się pomiędzy regałami, zderzając z innymi wózkami i od czasu do czasu wydając z siebie wściekły gulgot. Do domu wróciliśmy obładowani przede wszystkim piwem, bo w Holandii mają mnóstwo rodzajów i niedrogie, oraz składnikami potrzebnymi do ugotowania kolacji, nie zapomniawszy o niczym chyba zwyczajnym cudem. Kolacja udała się nadzwyczajnie, Paweł wyszedł o trzeciej nad ranem, a dzisiaj już lekko dopada mnie typowo niedzielny strach przed nowym tygodniem, niby już nie pierwszym, ale jeszcze wystarczająco NOWYM, by się go trochę obawiać.

Leave a comment »

O sztuce oraz idiotycznych problemach

Chyba muszę być nienormalna, bo po tygodniu przebimbanym jak w opisie niżej, z rekreacyjnym kursem wieczornym we wtorek i czwartek w charakterze jedynego obowiązku zawodowego, już trzeciego dnia poczułam jakby wyrzuty sumienia że nic nie robię i zapragnęłam mieć normalny tydzień pracy. (Krótki tydzień, dodam, bo piątki mam w tym semestrze oficjalnie wolne.)

Co nie zmienia faktu, że w przebimbany tydzień zregenerowałam się jak rzadko, spałam bez umiaru bo miałam czas, sport uprawiałam prawie codziennie bo miałam czas oraz jadłam dobrze i zdrowo, bo miałam czas.

Weekend natomiast był intensywny. W sobotę poszliśmy na  WYSTAWĘ SZTUKI z okazji OTWARCIA ATELIER na którą zaproszony został Ten przez koleżankę z pracy, będącą jednocześnie narzeczoną otwierającego atelier artysty. I całe szczęście że nie ubrałam się w wieczorową suknię i etolę z norek, gdyż WYSTAWA odbywała się w nieotynkowanej salce rozmiarów naszej sypialni, salka z kolei była jednym z dwóch pomieszczeń owego atelier (dobra, plus wychodek), wolno stojącego na czymś jakby podwórku, a w charakterze eksponatów występowały: 1. dwie fotografie z kilku nałożonych na siebie ujęć tego samego motywu, ale w innym położeniu, co dawało wprawdzie dość interesujący, ale też niepokojący efekt, a mianowicie wrażenie, że ma się coś nieteges z oczami, rozbieżnego zeza na przykład, 2. dwóch kawałków drewna, małego i dużego, mały był pomalowany na biało, a duży na niebiesko, 3. jednej normalnej fotografii, przedstawiającej człowieka na przystanku autobusowym, jakby studiującego rozkład, z tym że tabliczka z rozkładem była nienaturalnie wielka i zasłaniała człowiekowi łeb, 4. trzech marmurowych płytek w kwadracie, zawieszonych jedna obok drugiej, 5. jednego malutkiego obrazka, przedstawiającego nie wiem co, jakby gwiaździste niebo w dużym zbliżeniu, w tonach żółci. 6. kilku płyt nagrobnych, uplasowanych na zewnątrz. Otwarcie uświetnił swoją gitarą mąż Isy Mark, będący zupełnie przypadkowo sąsiadem artysty, mieszkającym z nim balkon w balkon, co w połączeniu ze zgubnym nałogiem palenia papierosów przez obu w krótkim czasie doprowadziło do intensywnej przyjaźni. Bankiet po części artystycznej stanowiły kiełbaski z grilla i piwo, a wszystko to na świeżym powietrzu. Po półtorej godziny przestałam czuć palce u stóp, a po trzech, kiedy byłam już jednym sztywnym i trzęsącym się soplem, udało nam się wreszcie opuścić imprezę.

Aby z kolei udać się na kolejną, a mianowicie pożegnanie jednego kumpla Tego, którego żona jest z kolei moją koleżanką z nowej pracy. (Serio, Aachen ma ponad 250 tysięcy mieszkańców.) To znaczy była moją koleżanką, przez dwa tygodnie, pożegnanie bowiem było również jej, oboje przeprowadzają się do Poczdamu. Najwidoczniej skazana byłam owego dnia na idiotyczne problemy atmosferyczno odzieżowe, gdyż od razu zaczęło mi być potwornie gorąco, a w koszulce na ramiączkach zostać nie mogłam, bo zupełnie nic nie myśląc przy ubieraniu, do czarnej podkoszulki włożyłam biały stanik. Więc na wszystkich zdjęciach jestem czerwona jak pomidor, nie z nadużycia piwa a z dobrego ukrwienia przez gwałtowne zmiany temperatur.

A dzisiaj wreszcie zaczynam normalny tydzień pracy, i boję się jak cholera.

Leave a comment »