Archive for Na pochyłe drzewo…

O życiu jak w Madrycie

Wróciliśmy. Z bardzo mieszanymi uczuciami, bo:

Po pierwsze pogoda. Naprawdę zaczynam wierzyć, że na festiwalach NIE MOŻE być ładnej pogody. Możliwe też oczywiście, że to my przyciągamy deszcz, ale czy dwie osoby naprawdę mogą sprawić, że dokładnie na czas trwania festiwalu skończy się ponad trzydziestostopniowy upał i spadną deszcze zdolne zalać kilka stacji metra oraz odwołać kilka lotów…? Po zakończeniu festiwalu upał wrócił ma swoje miejsce.

Po drugie rock and roll is not dead. Zarówno Foo Fighters jak i Green Day dowiedli tego nie zostawiając miejsca na wątpliwości. Nigdy nie byłam jakąś zapaloną fanką żadnego z nich, a o tym że wokalista Foo Fighters to ten z Nirvany dowiedziałam się może z 7 lat temu, ale oba koncerty były fantastyczne: ostre darcie japy, świetne gitary i doskonała interakcja z publicznością. A jak Dave na sam koniec zaintonował I’ ve got another confession to make… I’m your fool to łzy same, bez mojej zgody, potoczyły mi się po policzkach. Takie koncerty to ja rozumiem. 

Po trzecie wypadek. Drugiego dnia, przed koncertem Green Day właśnie, podczas występu akrobatów na linie, jeden z nich spadł z wysokości 28 metrów i upadku niestety nie przeżył. Osobiście tego nie widziałam, dowiedziałam się dużo później z szeptanej poczty pantoflowej, nie wiedząc nawet czy to fakt, czy plotka. Plotka okazała się faktem, przy czym Green Day nie zostało powiadomione z uwagi na możliwość odwołania koncertu, w co wielu uczestników festiwalu nie uwierzyło, i dało upust niewierze w komentarzach o braku serca i człowieczeństwa. Osobiście nie mam wątpliwości że nie wiedzieli, dziwne wydaje mi się natomiast zachowanie organizatorów, gdyż w tym samym dniu nie było absolutnie żadnej oficjalnej informacji, wypadek po prostu został pominięty milczeniem, oficjalnie z powodu obaw o wybuch paniki i niemożność zachowania bezpieczeństwa w wypadku przerwania imprezy. Nieoficjalnie, nie wiem czy nie z powodu strachu, że fani zechcą odzyskać pieniądze za odwołane koncerty. 

Po czwarte saturday night in Madrid. Jak już wspomniałam, ostatniego dnia odpuściliśmy sobie festiwal, tym bardziej bez żalu, że po wyżej wymienionym punkcie trzecim, mieliśmy lekki niesmak. Zamiast tego udaliśmy się do centrum i chyba po raz pierwszy w Hiszpanii kolacja była (tylko) okay. Nic więcej. (Wino natomiast doskonale, jak zawsze.)

Po piąte (ale to już nie wina Madrytu) powrót. Lecieliśmy do belgijskiego Charleroi, było potwornie wcześnie, a my niemożliwie niewyspani, i WSZYSTKIE pociągi miały opóźnienie. Aż do dzisiejszego poranka miałam wrażenie, że cierpię na narkolepsję, zasypiałam prawie na stojąco i nie byłam w stanie na dobre się dobudzić. 

I po ostatnie nie związane z tematem chciałam publicznie ogłosić, że kocham Unię Europejską, kocham tę oczywistość, z jaką przy rezerwacji lotu wybieram lotnisko, nie zwracając uwagi czy leży w Niemczech, w Belgii czy w Holandii, a patrząc tylko na dogodność czasową i finansową, bo mogę swobodnie dotrzeć pociągiem gdzie tylko zechcę, nie czując, że zmieniłam kraj pobytu. Kocham za zniesienie roamingu, za możliwość korzystania z telefonu i z internetu praktycznie bez granic ni kordonów. I to są tylko dwa najnowsze powody mojej miłości. 


Ekipa festiwalowa w specjalnie zakupionych płaszczach przeciwdeszczowych. Na szczęście nie musieliśmy z nich korzystać. 


Madcool 2017. Bardzo słodko-gorzki. 

Reklamy

2 Komentarze »

O noworocznym postanowieniu

O, mam jedno postanowienie na 2017. Nigdy nie mam, więc tak wielkopomne wydarzenie muszę tu odnotować: Będę dbała o włosy. Być może zamienię się w ortodoksyjną wlosomaniaczkę. Przestanę farbować (= z czasem przestanę być blondynką, ciekawe jaki ja mam właściwie naturalny kolor?…). Właściwie zaczęłam te wszystkie czynności już w ostatnich dwóch miesiącach ubiegłego roku, nakupiłam kosmetyków, głównie olejów i masek, i zaczęłam je stosować, oraz zmienilam niektóre włosowe nawyki. W tym roku doszła porządna suszarka (och jak bardzo widzę różnicę!) i jedyne, czego potrzebuję i co właśnie niniejszym postanawiam, to systematyczność i cierpliwość. 

Poza tym dopadł mnie tutejszy ZUS i natychmiast pożałowałam każdego wydanego na wyprzedażach centa, ale hej, mogę przecież postanowić nie kupować niczego od 15.01. prawda? (Powiedziała sprawdzając status znajdującej się w drodze paczuszki z Zary.)

A w weekend straciłam sobie głos, całkowicie. Strasznie dziwne uczucie, niby robisz wszystko jak zawsze, a zamiast normalnych dźwięków wydobywa się z ciebie skrzeczący szept. Dobrze, że w tym tygodniu przez 70% czasu na zajęciach siedzę na tyłku gapiąc się na piszących egzamin studentów. 

Leave a comment »

O niedzieli

W niedzielę wydarzyły się dwie rzeczy warte opisania. Po pierwsze, robiąc ciasto na pizzę ZAPOMNIAŁAM dodać drożdży (!!!!!) a po drugie kręciliśmy filmik urodzinowy dla kończącej 90 lat babci Tego. 

Pizza bez drożdży była z ciasta że tak powiem makaronowego, płaska i twarda, to znaczy chrupiąca, ale nadspodziewanie zjadliwa (pochwaliłam się osiągnięciem na fejsbuku i w odpowiedzi przeczytałam, że po prostu zrobiłam Flammkuchen, a nie pizzę, nic takiego). 

Do kręcenia filmiku natomiast zasiedliśmy na naszej kanapie w trójkę: Ten, siostra Tego i ja, a przed nami na stoliku umiejscowiony był iPad, który Ten, w przypływie inteligencji usiłował oprzeć o szklankę. (Po przewróceniu się szklanki łagodnym tonem powiadomiłam go, że futerał posiada wgłębienia, służące do ustawienia pionowego.) Efektem specjalnym filmiku miały być dwie świeczuszki ustawione na kartonie z solą (karton był niewidoczny na ekranie, widać było tylko płomienie), do których zdmuchnięcia babcia miała być zachęcana z ekranu, a które Ten zamierzał w niewidoczny na ekranie sposób zdmuchnąć przy pomocy pompki do roweru. W efekcie pompka nie stanęła na wysokości zadania, nawet za czwartym razem, a Ten w nerwach stuknął wyżej wymienioną w kartonik z solą, świeczki spadły oblewając woskiem iPad w nieznacznej ilości i futerał w znacznej ilości, po czym wreszcie zgasły, czego aktorzy w filmiku nie widzieli, bo akurat leżeli na kanapie skręcając się ze śmiechu. 

iPad dał się wyczyścić bez problemu, a do filmiku po namyśle dokręcono drugą część, zawierającą życzenia, i wysłano mejlem obie. 

Leave a comment »

O pierwszych razach i idiotyzmie

O święta Genowefo, to był naprawdę trudny tydzień. Wszystko było pierwsze, koszmarny chaos pierwszego tygodnia, nicniewiedzący studenci, zrzucające na siebie wzajemnie winę organy (administracji uczelni), dzwoniący bez przerwy telefon, nerwowe wzdryganie na dźwięk nadchodzącego mejla, byłam w stanie to wszystko znieść w stosunkowo dobrym stanie (albo przynajmniej robiąc dobrą minę do złej gry i udając że wszystko pod kontrolą) tylko i wyłącznie dzięki myśli że to jest mój PIERWSZY RAZ i że muszę tylko koniecznie zapamiętać, co zrobiłam źle i więcej tego nie robić oraz, że bardzo niedługo, najpóźniej na firmowej imprezie, to wszystko będzie cholernie śmieszne.

Tymczasem nadszedł piątek, dzień wolny, przeszłam się odrobinę po sklepach i zdałam sobie sprawę z nieprawdopodobnego faktu, że we wrześniu nic sobie nie kupiłam. Serio, całkiem nic, bo jedne zakupione w przypływie zaćmienia umysłu kowbojskie botki (mimo że wahałam się między dwiema parami tak zwanych półbutów) właśnie oddałam.

W sobotę natomiast popełniliśmy idiotyzm światowej klasy, a mianowicie zaprosiliśmy mojego kumpla Pawła na kolację nie zrobiwszy przedtem żadnych zakupów oraz zapomniawszy że jest 3 października, najważniejsze niemieckie święto i wszyściuteńko jest na cztery spusty zamknięte. Przed odwołaniem kolacji tudzież zamówieniem pizzy uratowała nas jak zawsze bliskość zagranicy i na zakupy udaliśmy się w stanie niewielkiej paniki autobusem do Holandii. Rzecz jasna nie byliśmy jedynymi, którzy na ten pomysł wpadli i zakupów dokonywaliśmy przepychając się pomiędzy regałami, zderzając z innymi wózkami i od czasu do czasu wydając z siebie wściekły gulgot. Do domu wróciliśmy obładowani przede wszystkim piwem, bo w Holandii mają mnóstwo rodzajów i niedrogie, oraz składnikami potrzebnymi do ugotowania kolacji, nie zapomniawszy o niczym chyba zwyczajnym cudem. Kolacja udała się nadzwyczajnie, Paweł wyszedł o trzeciej nad ranem, a dzisiaj już lekko dopada mnie typowo niedzielny strach przed nowym tygodniem, niby już nie pierwszym, ale jeszcze wystarczająco NOWYM, by się go trochę obawiać.

Leave a comment »

O przyszłym upale i przeszłej katastrofie

Juhu, wreszcie mogę ponarzekać na upały! (W sumie to mi się nie zdarza, ale zapowiadane 37 stopni na weekend to może być COŚ.) Oraz muszę publicznie przysiąc że już nic nie kupię na wyprzedażach, bo w ubiegłym tygodniu coś mi się palec zakleszczył na numerze karty kredytowej i nagle mam mnóstwo letnich sukienek. Nawet dobrze się składa, nie powiem.

W sobotę natomiast po raz pierwszy w życiu nie udał mi się wypiek. Zapragnęłam mianowicie upiec szalenie zdrowe ciasto czekoladowe, bez mąki i bez cukru, na bazie czerwonej fasoli. I nie wiem czy tej fasoli dałam za dużo (w przepisie była dużą puszka, ja miałam dwie małe, wagowo faktycznie trochę więcej), czy słodzącego zagęszczanego soku z agawy za mało, czy też może jedno i drugie, faktem jest jednakże że ciasto wyszło zupełnie nieciekawe w smaku, fasola przebijała się ordynarnie przez czekoladę, a na domiar nieszczęścia za wcześnie je wyjęłam i było niedopieczone ORAZ przykleiło się do formy i za chińskiego boga nie chciało wyleźć. Jednym słowem katastrofa na całej linii.

Tymczasem idę nalać sobie wina białego schłodzonego i usiąść na balkonie, bo mamy 26 stopni o godzinie 21.31.

Leave a comment »

O nieprzyjemności i rozweselaczu

Złota myśl na dziś – niemanie aktywnej karty sim w telefonie komórkowym to nic dobrego. Osobiście odczuwam aktualnie kolejną nieprzyjemność z tego wynikającą, a mianowicie w paczkomacie tkwią mi już dwie paczuszki, których nijak nie mogę wydostać, bo pin otwierający drzwiczki przesyłają esemesem. (Oczywiście przykrości dałoby się zdecydowanie ograniczyć, gdybym była nieco mniej głupia i bardziej przytomna i nie podała adresu paczkomatu, tylko własny domowy. Albo chociaż Tego do biura.) Mejle do DHL nic nie dały, chyba znowu będę zmuszona zapomnieć, że nienawidzę rozmawiać przez telefon i poszukać jakiejś infolinii, bo na zawartości paczek jednak mi zależy. Szczególnie że w jednej jest prezent urodzinowy dla Tego.

Ahahahahah, jeśli mowa o prezencie urodzinowym (innym, który już doszedł) – Ten zażyczył sobie fachowego odzienia na rower, między innymi gaci z pieluchą NA SZELKACH, coby mu nie zjeżdżały, jak będzie pedałował. Matko, jak on w tym wygląda!… Widok prawie wypalił mi dziurę w siatkówce i będę go przywoływać zawsze, gdy zrobi mi się smutno.

A w niedzielę znowu będziemy żłopać sidrę! Od kwietnia do czerwca chwilami bardziej lubię moje życie, a zwłaszcza w długie weekendy!

 

 

Leave a comment »

Jeszcze o przedmiotach martwych acz złośliwych

No to namieszałam z tym laptopem, aż się dziwię że tak mi ładnie wyszło

Już w niedzielę wieczorem, jak mi zaczęły wyskakiwać jakieś idiotyczne okienka, wydając przy tym dźwięki, jak chciałam wetkąć płytę i szukałam jak by tu otworzyć tę prymitywną szufladę, i jak ją w końcu wetknęłam, i zamiast otworzyć się odpowiedni program i zacząć odtwarzać płyty zawartość, wyskoczyły mi jakieś multimediacośtamcośtam, poczułam wyraźnie i dokładnie, że ja tego laptopa NIE CHCĘ. Nie chcę, nie mogę, on nigdy nie będzie mój, i w ogóle chętnie dopłacę, przepłacę za jabłko, ale ja chcę Maka i już.

Ten przyjął tę decyzję z ulgą, chociaż jest antymak, możliwe że miał dość różnych moich zdań, zaczynających się od: „Bo w maku…”

W poniedziałek zapakowaliśmy więc acera w jego kartonik, i we wtorek po pracy udałam się do Mediamarktu w celu oddać acera i zamówić Macbooka Air. A tam bardzo antypatyczny pan z wąsem, spoglądając z góry na mą małość, z włosami w myckę, twarzą bez makijażu, trampkach na stopach, z wyższością oznajmił mi że nic z tego, że karton jest otwarty, a laptop został użyty, więc nie jest nowy, a zwroty produktu tylko nowego i w opakowaniu oryginalnym. Głupia jaka jestem, probowałam wprawdzie dyskutować, ale Wąsaty uciął w zarodku moje argumenty, oznajmił, że tak się sprawy mają, a nie inaczej, i odwrócił się na pięcie, a ja jak niepyszna wróciłam do domu, prawie łykając łzy.

Kiedy historię mojej porażki usłyszał Ten, zakipiał w nim andaluzyjski temperament, a właściciel temperamentu oświadczył że jutro, czyli wczoraj pójdzie on. I zażąda widzenia z szefem.

I rzeczywiście. Ten oczywiście postąpił dużo bardziej strategicznie, włożył swój camelowy płaszcz, który gonił po calych Wyspach Kanaryjskich, a który znalazł w końcu w Kolonii, kiedy z Wysp wróciliśmy, i w którym świat leży mu u stóp, wzrostem niczym Wąsatemu nie ustępował, poszedł, i po wysłuchaniu tej samej przemowy, którą wysłuchałam ja dnia poprzedniego, spokojnie poprosił o nazwisko pana i rozmowę z szefem. Po czym wyszedł po 15 minutach z plikiem banknotów, równowartością laptopa, w kieszeni i triumfalną pieśnią na ustach.

W przyszłym tygodniu kupuję Maka. Na pewno nie w Mediamarkcie.

Leave a comment »