Archive for Duszne monologi

O błędnym kole 

Czy Wy też zauważyliście że już czerwiec???? Ja właśnie zauważyłam. 

(Maj był treningowo taki sobie, ale na koniec udało mi się wyrównać do 16 dni treningowych na 31 dni maja. Jeśli w sierpniu nie będę miała w bikini pięknej talii i płaskiego brzucha, będzie to miało tylko jeden powód. Więc na pewno będę miała!)

W ubiegłym tygodniu nie miałam czasu mrugać oczami, odpękiwałam sumienne odrabianie godzin lekcyjnych ( już za 10 dni leżak nad basenem!) oraz przygotowywałam zajęcia na hospitację. Ktokolwiek parał się nauczycielstwem wie, jak bardzo stresująca jest hospitacja, chociaż to oczywiście „tylko formalność”. W każdym razie poszło mi chyba dobrze, z godzinami jestem prawie do przodu, a Temu wycięli w piątek dwie cysty z pleców, z których większa miała rozmiar piłeczki do pingponga. I teraz muszę mu głowę myć nad zlewem, bo szwy na plecach utrudniają mu podniesienie rąk. Myślę, że jak z tym nauczycielstwem przestanie mi iść tak dobrze, to będzie to jakaś opcja. Nie wiem tylko czy są jakieś salony, które zatrudniają tylko do mycia, bo obawiam się że z cięciem mogłoby być jak z nauczaniem na przykład matematyki. W klasie maturalnej mat-fiz. 

Pogoda ostatnio dopisywała jak złoto, wyprowadziłam na spacer cała letnią garderobę i doszłam do wniosku, że mam zdecydowanie za dużo wzorzystych gór i równie wzorzystych dołów, co poniekąd utrudnia dobieranie jednych do drugich, a najlepiej na świecie czuję się we wzorzystych górach z poszarpanymi dołem dżinsami. I sukienkach, nieco ponad kolano. Niedużo. Spódnice są ostatnio w wielkiej niełasce, myślałam że tylko zimą z rajstopami, ale nie.  Latem wyglądam i czuję się w nich równie głupio jak zimą, przy czym kupowanie rozmiar większych niewiele pomaga, bo zamiast sprawiać że będę wyglądać szczuplutko, odstają mi na biodrach i wyglada jakby w miejscu odstawania rzeczywiście było więcej mnie, niż jest rzeczywiście. Kupowane we właściwym rozmiarze wydają mi się za krótkie i za bardzo opięte. Błędne koło. 

Oraz kończę oglądać trzeci sezon Fargo i nic nie pobije drugiego sezonu, a cztery dostępne odcinki nowego Tween Peaks obejrzałam z wybałuszonymi oczami, nic absolutnie nie rozumiejąc. Uwielbiam Lyncha. 

Leave a comment »

O miłości do samotności 

Wiecie za co chyba najbardziej cenię moją przyjaciółkę Annabelle? Za to że rozumie i szanuje moją miłość do samotności. Nie żebym była jakimś totalnym odludkiem i dzikusem, nawet nie nazwałabym siebie introwertykiem (chyba trudno by mi było w tym wypadku wykonywać mój zawód), i ogólnie lubię przebywać z Tym, ale kiedy wyjeżdża, szczególnie w tych pierwszych dniach, bo co za dużo to niezdrowo i w końcu mi się znudzi, ale w tych pierwszych dniach czuję się fantastycznie. Jak bohaterka serialu. Albo teledysku. Nic nie musieć. Chodzić w samym tiszercie (Tego). Jeść kolację lub jej nie jeść. Siedzieć na kanapie z ajpadem i winem. Ciurkiem oglądać szwedzkie i duńskie seriale na netfliksie, nie mogąc spuścić oka z napisów, aby nie przegapić nic z dialogów, a jednocześnie delektujac się dziwnym brzmieniem. I winem. Iść spać o dwudziestej albo o drugiej nad ranem. Siedzieć w łazience do wypęku. Każdy punkt z wyżej wymienionych mam na sumieniu, a w sobotę, pierwszy i najlepszy dzień mojej samotności, odrzuciłam dwie propozycje rozrywek. Pierwszej proponującej skłamałam, że mam coś do roboty, bo głupio mi było powiedzieć, że dzięki, ale wolę być sama. Nic mi nie jest, nie jestem chora ani smutna, po prostu lubię. Annabelle natomiast na pytanie czy mam plany na wieczór, bez obaw czy pomyśli że zwariowałam, za to z entuzjazmem, poinformowałam o wyżej wymienionych. I ona tylko się zaśmiała i kazała mi się rozkoszować samotnością. Czy to nie fajne?

Dziś natomiast był dzień doprawdy wielkich sukcesów, bo jedząc obiad poplamilam awokado bluzkę, którą miałam na sobie na zajęciach porannych, a prasując jedyną bluzkę na zmianę, ktora pasowała do reszty ałtfitu, upaliłam jej rąbek. Centralnie, na froncie. I musiałam przebierać się cała, więc na zajęciach popołudniowych wystąpiłam w kiecce. 

A jutro ostatni dzień mojej samotności i nie powiem, gdyby nie było takiej ładnej pogody, wizja Tego w słonecznej Hiszpanii pewnie irytowałyby mnie znacznie bardziej. Oraz gdyby nie miał mi przywieźć dziwnych butów z Zary.

Leave a comment »

Głównie o rozgoryczeniu pogodą, chociaż trochę też o niefarbowaniu włosów 

Naprawdę nie wiem co takiego uczyniliśmy bogowi pogody, ale niewątpliwie coś dużego, bo w każdy, ale to każdy wypad wielkanocny jest wściekły ziąb. I prawie za każdym razem długodystansowe prognozy są optymistyczne, po czym pogarszają się z dnia na dzień, aby w końcu stać się wietrzną, pochmurną i zimną rzeczywistością. O, padać raczej nie zwykło, ciekawe dlaczego, może jednak aż tak bardzo się nie naraziliśmy. Ale jako że miałam już w tym roku na sobie lekką sukienkę i prawie odkryte buty, i to wcale nie tylko na Kanarach, oświadczam że czuję się rozgoryczona i rozczarowana. Gupią pogodą.

A jutro jak zechcę, mogę świętować. Półocznicę niefarbowania włosów! Nie powiem, czasem mnie denerwują, był też czas, kiedy czułam się zgoła brzydka i wydawało mi się, że to przez niebycie tak bardzo blond jak kiedyś, ale ogólnie nigdy nie pomyślałabym, że aż tyle wytrzymam i to bez wielkich cierpień. Poza tym wczoraj poprosiłam Tego, żeby mi zmierzył te najkrótsze włoski ma karku, które trzy miesiące temu miały najwyżej 2 cm, i on mi mówi że mają teraz prawie 7! Jak to nie jest powód do świętowania…!

Prezentują się jak poniżej i nie był to ani szczególnie bad ani szczególnie good hair day. (Ale wyjątkowo piękna pogoda, chlip, chlip). Przy takiej perspektywie w styczniu praktycznie nie były dłuższe niż kolczyki. 

Post włosowy pewnie będzie w listopadzie, po roku od zmiany wprowadzenia pielęgnacji. 

Poza tym nic nowego, dalej robię formę życia, i staram się chociaż raz w tygodniu trenować też kickboxing i aktualnie mam po nim takie zakwasy w korpusie, że boli mnie jak kaszlę. Czy nawet głębiej odetchnę, właśnie to sprawdziłam. I chociaż bywałam w życiu CHUDA (teraz nie jestem), to właśnie teraz najlepiej leżą na mnie ubrania. 

Leave a comment »

O nieadekwatnej beztrosce

Tak się zastanawiam ostatnio co mi jest, i czy to bardzo ciężka choroba, bo ostatnio w ogóle się nie zamartwiam. Pieniędzy tyle co kot napłakał, bo rok rozpoczął się naprawdę fatalnie jeśli chodzi o finanse, w marcu mamy zaplanowany tydzień wakacji na Kanarach (tym razem Fuerteventura i Lanzarote, juhuuuuu), a ja zamiast się martwić, że w kwietniu nie będę miała co jeść – nic. Całkiem, zupełnie nic. (Czy można umrzeć z głodu w ciągu miesiąca? Chyba nie, co? Z pragnienia nie umrę, woda w kranie tu jest bardzo dobra.) Stara ja pewnie w popłochu odwołałaby całą akcję, bo loty były naprawdę tanie, nowa ja myśli, że przecież tak źle nie będzie, a w ogóle to kto wie, co będzie w kwietniu, a tydzień ciepełka i beztroski może mi zrobić wyłącznie dobrze. Albo: grozi mi całkowite embargo na ciuchowe zakupy przez wieeele miesięcy, a ja co? Myślę, że w końcu będę mogła się naprawdę nacieszyć posiadanymi ubraniami, bo nie oszukujmy się, gdybym chciała, dałabym radę przez trzy tygodnie ubierać się codziennie inaczej i NICZEGO oprócz dżinsów czy butów, oraz takich na przykład rajstop, nie powtarzać. Przy odrobinie uporu pewnie i miesiąc bym dała. Więc czy ja potrzebuję czegokolwiek nowego? Nie. Czy mam czas naprawdę wyeksploatować wszystkie ubrania i się nimi cieszyć? Też nie. Tym bardziej, że co jakiś (krótki) czas dochodzi coś nowego i starsze niknie coraz dalej w głębi szafy, co ostatnio potwornie mnie denerwuje.

Moja nieadekwatna do sytuacji beztroska wynikać może z dwóch faktów: albo jestem obrzydliwie rozsądna i wiem, że poza wzięciem większej ilości godzin i oszczędzaniem, nie bardzo mogę cokolwiek zmienić, ALBO, i to wydaje mi się dużo bardziej prawdopodobne, tak działa suplementowana przeze mnie od trzech tygodni witamina D. 

Więc albo wyjdzie mi ten nienaturalny dla mnie optymizm bokiem, albo nie. Jakby wyszedł, to żeby nie było że nie ostrzegałam, witamina D okazuje się potwornie groźnym narkotykiem. 

Leave a comment »

Trochę o serialach, trochę o rzeczywistości

Nawet nie wiecie JAKA TO ULGA że Rachel i Joey byli razem tylko przez dwa odcinki. I to nawet dobrze nie byli razem. Od kiedy bowiem, kilka lat temu, obejrzałam na jutubie odcinek, w którym Ross is fine,  zupełnie nie mogłam się pogodzić z tym faktem, no bo JOEY?…. Ogólnie dziesiąty sezon trzyma poziom, wcale nie wiedziałam, że fantastyczny odcinek, w którym Joey mówi po francusku (rownież widziany kiedyś na jutubie), to też sezon 10. Pomału jednak zbliżamy się ku końcowi i naprawdę będzie mi ich wszystkich brakować. (Nawet Rossa, chociaż go nie cierpię.)

(Przy okazji widać, jak silną bazą i inspiracją byli „Przyjaciele” dla takiego „Jak poznałem waszą matkę” czy innej „Teorii wielkiego podrywu”)

Jeśli chodzi o rzeczywistość natomiast, to koszmarnie nie mam pieniędzy i nie będę ich miała pewnie co najmniej do marca, ale mam bardzo BARDZO podejrzany napad optymizmu i konieczność ograniczania wydatków do jedzenia i podstawowej chemii napawa mnie jakby ekscytacją – ciekawe z iloma eurami dam radę tak przeżyć miesiąc??? (Pewnie niedługo mi przejdzie i jeszcze wpadnę w depresję z powodu niemożności zakupu jakieś szmaty z Zary albo Mango, spokojnie.) Poza tym zaczął się w końcu luty, adiós styczniu, w pracy zamknęłam stres końca semestru i prawie delektuję się nową grupą Libańczyków i zupełnie innym niż podczas semestru rytmem pracy. Nie mogę uwierzyć, że tylko dwa lata minęły odkąd pracuję w mojej firmie, mam wrażenie że w styczniu 2015 obudziłam się po długim letargu i zaczęłam być znowu SOBĄ. Czas przed owym styczniem to jakieś niewyraźne majaki. 

2 komentarze »

O tym, że koniec z ekscesami

Po imprezie świątecznej znowu wylądowaliśmy w łóżkach po piątej rano i stanowczo był to ostatni raz co najmniej do Wigilii*. Tym razem jednak inteligencja działała mi lepiej niż ostatnio i oprócz beczki wina i prosecco wypiłam rownież około litra wody. Wczoraj byłam więc wykończona i przespałam większość dnia, ale kac mi nie dokuczał.

Kapelusznik na sam koniec stanął pod niewielkim znakiem zapytania, bo Ten, chcąc nadać marynarce patyny, spryskał ją farbą w spreju, która to farba dobrze chwytała tekstylia z zawartością co najmniej 20% włókien sztucznych. Marynarka natomiast była ze 100% wełny i ze spreju, poza farbowaniem wszystkiego, co tylko się do niej zbliżyło, nic sobie nie robiła. Widok nieszczęśliwego i ufarbowanego na fioletowo Tego z marynarką w ręku, zmusił mnie do zdławienia chichotu, rozłożenia na kuchennym stole rozprutego worka na śmieci, na nim wściekle farbującej marynarki i przystapienia do tarcia farby. Poszło na to półtorej rolki papieru kuchennego i szczotka do paznokci, oraz dwie pary gumowych rękawiczek i dwie godziny z życia, ale wytarliśmy scierwo na tyle, że bez zbytniego pocierania dało się Tego dotknąć.  

*Wigilia nie bywa u nas okazją do imprezowania do rana, ale w tym roku lecę spędzać ją z rodziną Tego. U nich tradycja polega na późnej kolacji na 10-15 osób w zależności od roku, a później drinkach, śpiewach i tańcach do rana, w których aktywnie uczestniczą wszyscy, włącznie z 90-letnią babcią. Po kolacjach we własnych domach, około 1 w nocy, do towarzystwa zwykle dołączają kumple Tego. W tym roku po raz pierwszy zaplanowano urządzenie Secret Santa (czy ktoś wie czy to ma jakaś nazwę po polsku???), internetowa strona dokonała losowania i każdy dostał mejlem nazwisko osoby, której musi zrobić prezent. 

A w bonusie dam Wam moje zmarszczki czyli zdjęcie absolutnie saute, bez żadnego makijażu. Uważam, że jak na moje lata i ekscesy, nie jest źle. 

Leave a comment »

O tym, że znowu nadchodzi ten czas w roku

…. kiedy dostaję zaproszenie na świąteczną imprezę w biurze Tego. A ma ona to do siebie, że w doborze stroju zawsze ma jakieś motto (które można uwzględnić lub zignorować. My w pierwszych latach ignorowaliśmy, ostatnio uwzględniamy) i nie polega ono na przebraniu się, gdyż nie jest to impreza kostiumowa, a na inspiracji i stworzeniu nastroju. Bla bla bla. W tym roku mottem są baśnie, baśniowe stwory i przeplatanie rzeczywistości z magią, więc Ten wpadł na naprawdę dobry pomysł (czasem mu się zdarza), żeby iść jako Alicja i Kapelusznik. Zajrzałam do internetu, potem na asosa i zamówiłam ostatni egzemplarz długiej do ziemi spódnicy z firanki. Błękitnej, gdyż jak by nie patrzeć, i jak daleka nie byłaby to inspiracja, błękitem Alicja musi dysponować. Teraz tradycyjnie czekam aż przyjdzie, tym razem jeszcze mało nerwowo, gdyż impreza zawsze odbywa się w pierwszy piątek grudnia, w tym roku drugiego, więc mam czas. 

Poza tym zajęta jestem, a może i zestresowana, bo liczba godzin w tygodniu stanęła mi na 32, z czego 10 należy do nowego programu dla libańskich inżynierów, których nauczyć języka trzeba szybciuteńko, i to tak, żeby w ciągu pół roku znaleźli tutaj pracę. Łatwizna, prawda? Dla wzmożenia przyjemności, nie ma w tym celu żadnego jasno określonego planu, istnieje tylko mglisty. 

Poza tym za oknem trzy stopnie, lodowaty deszczyk z możliwością śnieżku, więc możecie sobie wyobrazić mój nastrój. 

Leave a comment »