Archive for Być kobietą…

O zadbaniu o siebie i poczuciu się lepiej

W zeszłym tygodniu włączyło mi się myślenie pod tytułem „Dziecko muszę urodzić, a ja taka nieuczesana”, co oczywiście sprawiło że zapragnęłam zadbać o siebie JUŻ. Na pierwszy ogień poszły stopy, gdyż jak wiadomo sięgniecie do nich w 9 miesiącu wymaga nieco akrobacji i nie jest moim ulubionym zajęciem, więc poświęcam mu się rzadko. W drogerii zakupiłam sobie świetne sole do kąpieli stóp, krem do ich pielęgnacji, wzięłam miskę z wodą, ręcznik, depilator z nasadką typu frezarka do martwego naskórka, pilnik i lakier do paznokci i przy użyciu tego całego ustrojstwa zafundowałam sobie ponad godzinę całkiem przyzwoitego pedikjuru. Dwa dni później podjęłam męską decyzję odnośnie włosów i zdecydowałam, myślę że dość rozsądnie, że jeżeli mam im szkodzić farbowaniem (a bardzo mi już brakuje jakiejś jasności na głowie, do tego Ten też zaczął przebąkiwać że mi ładnie było w jaśniejszych), to lepiej teraz, gdy są mocne i rosną jak wściekłe, niż po porodzie, kiedy nie wiem co będzie. Pomijając już kwestię czasu i jego braku. W piątek udałam się więc do fryzjera na tak zwane baleyage, zwane też chyba ombre i sombre i nie wiem jak jeszcze, a w efekcie mam około 4-5 cm naturalnego koloru, stopniowo przechodzącego najpierw w coraz jaśniejszy rudobrąz, a potem blond. Brzmi jak tęcza, ale nie jest źle, chociaż wymaga przyzwyczajenia.

A wczoraj zdarzyło się coś, co wprawdzie źle o mnie świadczy, ale bardzo dobrze mi zrobiło. Byliśmy mianowicie sporą wycieczką, złożoną głównie ze znajomych rodzin z licznymi dziećmi w takim ośrodku nad wodą, w którym można grillować, kąpać się, grać w paintball, a dzieci mają do dyspozycji cudne place zabaw z trampolinami. Pogoda na początku była bardzo średnia, ale potem wyszło słońce, więc postanowiliśmy zrobić użytek z zabranych strojów kąpielowych i jednak wleźć do jeziora. Osobiście miałam obawy odnośnie odstraszenia obecnych moim wyeksponowanym dziewięciomiesięcznym brzucholem, ale w końcu stwierdziłam, że większość albo sama była w ciąży albo dzieliła codzienność z ciężarną, więc aż tak wrażliwa być nie może, i beztrosko pozbyłam się sukienki. Na co jedna z obecnych mam, o dychę ode mnie młodsza, oznajmiła z lekkim fochem, że ona się w takim razie w życiu nie rozbierze, skoro osoba tak bardzo ciężarna jak ja, w bikini prezentuje się lepiej niż ona. Niezależnie od obiektywnej prawdy lub fałszu tego stwierdzenia, w obliczu samej autentyczności tego focha, od razu poczułam się lepiej. Oraz gorzej, z powodu poczucia się lepiej…

Tymczasem rozpoczęłam 37 tydzień, jeśli podoba w brzuchu zechce go opuścić później niż w najbliższy piątek (a nie wątpię, że tak będzie), oficjalnie nie będzie już uznawana za wcześniaka!

Jedno z nas chowa arbuza!

Reklamy

Leave a comment »

O momencie, który nadszedł i malowaniu

Nadszedł ten moment, kiedy nie mogę już patrzeć na ciążowe ciuchy. Ani na posiadane, ani na te w internecie, kuszące obniżonymi cenami. (Jedynie na tą najnowszą sukienkę w panterę jeszcze trochę mogę, szkoda że nie da rady chodzić w niej codziennie.) Mam wielką nadzieję, że moment „w nic już nie wchodzę” nie nadejdzie, bo doprawdy nie zamierzam na tym etapie kupować już nic z miejscem na brzuchol. (Jestem tu raczej optymistką, od 6 czerwca nie przytyłam, brzuch niby trochę urósł, ale dopóki będzie to sam brzuch, nie mam problemu.)

Poza tym to Ten wpadł na doskonały pomysł, żeby odmalować całe mieszkanie, zanim dziecię się urodzi i od soboty tak pomalutku wywalamy graty, ustawiamy na środku pomieszczenia to czego nie wywalamy, przykrywamy to folią, malujemy, pucujemy, ustawiamy z powrotem, przechodzimy do następnego pomieszczenia, repeat. Przy takim tempie trochę nam schodzi, ale przynajmniej nieczynne jest tylko jedno pomieszczenie na raz. Ja osobiście nic nie maluję, ale mycie okien, podłóg i mebli to już moja działka. Kładziemy się więc codziennie okropnie zmęczeni, telewizor aktualnie mamy w sypialni z uwagi na nieczynność salonu, oglądamy jeden odcinek „Mostu nad Sundem” i zasypiamy. Dodatkowo panują okropne upały, niewątpliwie specjalnie dla mnie, gdyż na współczujące komentarze, że będę na ostatnich nogach w szczycie lata, lekceważąco odpowiadałam, że przecież tu jest Aachen nie Sewilla, tu w lato nie ma upałów, tu są deszcze. No i mam, nieustająco od ponad miesiąca piękna pogoda, ostatni tydzień oscylujący wokół 30 stopni, w prognozie brak zmian. Sprzątanie w tych warunkach jest na pewno bardziej wyczerpujące niż normalnie, ale mnie nawet kostki nie puchną! Zlana potem jestem może szybciej niż normalnie, ale bywają gorsze przypadłości.

W pracy oficjalnie jestem do 3 sierpnia, ale ostatnie zajęcia odbywam jutro, potem tylko sprawdzanie różnych egzaminów i inne takie. Robi się poważnie. I dziwnie.

2 Komentarze »

O stanie rzeczy w połowie lipca

Huh, już połowa lipca. Do oficjalnego terminu porodu zostało mi mniej niż 2 miesiące, a stopień przygotowania na narodziny potomstwa zmienił się o wózek i wizytę w klinice, w której potomstwo ma się narodzić. (Która to wizyta, tak na marginesie troszkę zestresowała Tego – ale na krótko, już mu przeszło.)

Tymczasem zdiagnozowano u mnie cukrzycę ciążową, wyposażono w aparacik do mierzenia poziomu cukru we krwi i zabroniono spożywania słodyczy oraz nakazano ograniczenie węglowodanów i stałą obserwację skoków cukru po spożyciu różnych produktów. Nie powiem, z początku przyjęłam tę nowinę z umiarkowanym entuzjazmem, ale już po kilku tygodniach przyzwyczaiłam się do ograniczeń, wciągnęłam w mierzenie i doszłam do sensacyjnego wniosku, że najbardziej skacze mi cukier po zjedzeniu… płatków owsianych. Wiadomo, sama cukrzyca to nic fajnego, nawet taka, przy której zalecają samą dietę, bez insuliny, natomiast efekt uboczny spodobał mi się bardzo, kiedy na ostatniej wizycie u ginekologa okazało się że w ciągu 4 tygodni od poprzedniej nie przytyłam nic, a nawet straciłam pół kilo. Jutro idę znowu (na tym etapie wizyty co 2 tygodnie) i zobaczę, czy ta tendencja się utrzyma. (Dzieciątko przytyło jak najbardziej, pan doktor oszacował na jakieś półtora kilo, co odpowiadało prawie dokładnie 50 percentylom, więc się uspokoiłam.)

A na zakończenie opowiem wam o odysei sukienkowej, czyli o tym że do trzej razy sztuka. Otóż spodobała mi się bardzo na asosie ciążowa sukienka w panterę, rozpinana na całej długości, z przewiewnej wiskozy. Była drogawa, więc trochę się czaiłam, ale w końcu nie wytrzymałam i zamówiłam. 36, jak wszystkie ciuchy ciążowe. Po otwarciu paczuszki okazało się, że chała, może dam radę ja dopiąć TERAZ, ale za 2 tygodnie już raczej nie. Sukienka na żywo była piękna, rzuciłam się do zamówienia 38, nie było. Oczywiście się nie poddałam, kontrolowałam sytuację codziennie, aż wreszcie 38 się pojawiło, zamówiłam, przyszła… i w ogóle nie różniła się od 36 (albo ja w międzyczasie urosłam, chociaż nie minęło więcej niż 10 dni). Z bólem serca odesłałam paczuszkę i zakończyłam temat. Aż do momentu kiedy w ubiegłym tygodniu odkryłam, że moją kieckę w końcu przecenili! Nie zastanawiając się nic, zamówiłam 40 i pół godziny temu odebrałam ją z rak kuriera. W końcu jest dobra! A nawet ma sporo miejsca na ewentualne przesunięcie guzików! Jak to nie jest dobry nius na rozliczenie tygodnia, to ja nie wiem co jest.

2 Komentarze »

Tradycyjnie trochę o wyprzedażach

Jeśli chodzi o piłkarskie akcenty, to Ten nazywa mnie pelotita (czyli piłeczka) i pyta, czy myśle, że jakbym się przewróciła i upadła na brzuch, to bym się odbiła. Cha. Cha. Cha. A poza tym to dajcie spokój.

Nadeszły wyprzedaże i tradycyjnie udałam się do Zary i Mango, starannie kierując wzrok w dół (na buty) i unosząc go jedynie przy regałach z torebkami. Nie będę w żadnym wypadku kupowała nic „na po ciąży”, gdyż jestem realistką i nie mam bladego pojęcia jaki będę nosiła rozmiar. A potem przyszłam do domu i kliknęłam kolejną sukienkę na asosie (naprawdę chciałabym wierzyć, że ostatnią, zgodnie z tym co powiedziałam Temu) oraz espadryle i kolczyki w Mango. Ostatnie dni gorszej pogody trochę mnie zmartwiły, bo było na tyle chłodno, że musiałam nosić spodnie, ale już od poniedziałku znowu ma wrócić słońce i ciepełko. Oraz mam szczerą nadzieję, że te wszystkie ciążowe sukienki z łatwością dadzą się przerobić na nieciążowe, niektóre z resztą chyba żadnych przeróbek nie będą wymagać, bo ja zawsze lubiłam workowate fasony. (Najlepszy dowód – mimo siedmiomiesięcznego brzucha wciąż pasuje mi większość bluzek i koszul.)

Tymczasem czeka mnie tydzień z małą ilością zajęć, ale dużą ilością stukania w komputer i siedzenia na zebraniach, a potem już rusza lipiec i nasz wychuchany Sprachsommer czyli kursy letnie. A kiedy się skończy, godnie odtoczę się na macierzyński, a do terminu porodu zostanie mi 6 tygodni. Wbrew pozorom, to nie maj zleciał mi jak z bicza strzelił, a czerwiec właśnie. I tak się zastanawiam CO do licha będę robić, siedząc w domu 6 tygodni?!? Chyba od zakończenia edukacji w Polsce nie miałam tyle wolnego. (Bo tutaj ferie semestralne nie są tak naprawdę feriami, tylko czasem egzaminów i zaliczeń, a poza tym pracowałam w czasie studiów.)

A teraz chyba trochę poćwiczę, bo czuję jak mi endorfiny spadają!

Leave a comment »

O aktualnym stadium

Aktualnie osiągnęłam stadium, w którym zielenieję i żółknę z zazdrości widząc kogoś w dżinsach z wysokim stanem i luźną koszulą włożoną do środka. Kto ma TALIĘ. Wcale nie musi być to talia osy, może być szeroka, albo i z wałeczkami, wszystko jedno. (Jeszcze tylko 15 tygodni!!!)

Ah, jeszcze z nowości, to wiemy już, że osoba w brzuchu jest dziewczynką i prawdopodobnie ma zadarty nos, zupełnie jak ja, to ci zbieg okoliczności!

Niby nie chciałam być #teampink i dzieciątko na pewno nie będzie ubierane od stóp do głów w róże, ale jedna znajoma rodziny Tego własnoręcznie wykonała TAKIE CUDA, że nie ma siły, bez różu się nie obędzie. Nie wiem czemu, ale widok tej paczuszki (na razie na zdjęciach, paczuszka przyszła do Marbelli) strasznie mnie wzruszył, no ale nie muszę w sumie wiedzieć czemu, JA MAM HORMONY, MNIE WOLNO!

A jeśli chodzi o prezenty, Ten dostał od jednego kumpla trampki w krokodyle, oczywiście też dla małej i w związku z tym nasuwa się natrętna refleksja, że oni, to znaczy Ten i jego latynoscy kumple, namiętnie zapuszczają brody, są wielkimi maczo, spotykają się w środku nocy żeby pić wino i palić papierosy…. a potem obdarowują się artykułami dla niemowląt, prawie przy tym płacząc.

Poza tym chyba nic nowego. Odwalam dedlajny i w połowie czerwca może będę już odrobinę bardziej wyluzowana, a mniej zawalona robotą, odliczam dni, cieszę się, że da się nosić sukienki i nie trzeba portek ani rajtek, pomału załatwiam sprawy urzędowe typu uznanie ojcostwa, a w wolnym czasie leżę z ręka na brzuchu i delektuję się (na razie) delikatnym pukaniem i kuksańcami.

A to paczuszka pełna cudów.

Comments (1) »

O weekendzie, przeszłym i przyszłym

Więc jeśli chodzi o to, co mnie boli, to przez ostatnie 4 dni głowa, w dodatku wyłącznie zaraz po obudzeniu (po śniadaniu przestaje) i miejmy ten temat już z głowy.

W czwartek Ten poleciał do Sewilli na wesele jednego kumpla ze studiów, i tym razem gorzej znosiło mi się samotność z oczywistego powodu braku wina. W ogóle jakaś niemrawa byłam, pogoda była piękna, a ja nawet na porządny spacer nie poszłam, głównie leżałam, a i korzystanie z pogody ograniczyłam do LEŻENIA na balkonie. Co ciekawe, osoba w moim brzuchu, zwykle aktywna podczas mojej nieaktywności, na słoneczku leżała spokojnie i nieruchomo.

A dziś nawet udało mi się nieco popracować (też na balkonie!), w związku z czym jestem z siebie niezwykle dumna i nie czuję się winna znowu leżąc. W sumie czas był już najwyższy, bo w środę lecę na 4 dni do Polski, a dedlajn wciąż goni dedlajn. A na długi weekend z okazji Bożego Ciała zarezerwowaliśmy lot na Majorkę i strrrrrasznie się cieszę. Mieliśmy nigdzie nie lecieć, tylko pojechać gdzieś blisko, ale Majorka kosztowała śmieszne pieniądze, nawet nie połowę tego, co zapłacilibyśmy za pociąg gdzieś blisko, więc doprawdy grzechem byłoby nie polecieć. Będzie to też niewątpliwie mój ostatni lot, zanim osoba opuści mój brzuch. A na Majorce jeszcze nigdy nie byłam, a słyszałam, że pięknie jest (pomijając turystyczne molochy, ale zamierzamy wynająć samochód i jak zwykle odkrywać ciekawe plaże)!

A poza tym, to taaaaak, OCZYWIŚCIE, idiotyczne odzieżowe problemy to moje absolutnie jedyne zmartwienie i wcale, ale to wcale nie mam obaw, jak to będzie mieć dziecko i tworzyć rzeczywistość w trójkę. Cha cha cha.

(A zarówno kiecka, jak i dżinsy mnie usatysfakcjonowały, więc jedno i drugie zostaje. Pogoda przez najbliższe dni też będzie sprzyjać kieckom!)

Leave a comment »

O tęsknocie i problemach odzieżowych

Zastanawiam się, czy wino tęskni za mną tak samo, jak ja za nim. Piwo, ani tym bardziej mocniejsze napitki nie obchodzą mnie ani trochę, ale lampeczka zimnego białego wina na balkonie… Martini z tonikiem i plasterkiem grejpfruta… Musujące prosecco z sokiem pomarańczowym i truskawkami… Dobra lampka czerwonego shiraz w ciemnym salonie przy jakimś filmie… Tak, za tym tęsknię zdecydowanie i intensywnie i obawiam się, że wraz z postępem lata i wzrostem temperatur NIE BĘDZIE LEPIEJ.

Dodatkowo muszę przyznać, że bardzo się nie lubimy z ciążowymi portkami – bardzo. Z uwagi na mikry wzrost zawsze lubiłam koszule wtykać do spodni i spódnic, co razem z wyższymi butami bardzo poprawiało mi proporcje, a idiotyczne ciążowe odzienie albo ma ten golf na brzuch, który mi się cały czas ZSUWA, albo kończy się pod brzuchem, i mimo że w tym przypadku wetknięcie do środka jest możliwe, to proporcjom robi straszną krzywdę. Najlepiej czuję się więc w sukienkach, ale pogoda niestety nie zawsze daje się z sukienkami pogodzić, a wiadomo że rajstopy nie wchodzą w grę. Więc znowu poczyniłam zamówienie na asosie: ciemne rurki BEZ golfa (z golfem posiadam jasnoniebieski egzemplarz z h&m i zsuwanie doprowadza mnie do szewskiej pasji) i czarna rozpinana sukienka. W bluzki i koszule wciąż wchodzę praktycznie we wszystkie. I tak, ja też mam wrażenie, że moje życie to pasmo idiotycznych problemów odzieżowych (poczekajcie co będzie PO ciąży). W Zarze mam upatrzone dwie pary butów i nie wiem czy ryzykować i czekać do wyprzedaży, czy zamawiać już i cieszyć się, że przynajmniej na tym froncie nic mi się nie zmieniło.

Majówki też nie mamy (może to i lepiej, bo dziś i jutro 12 stopni i deszczyk), bo w nawale dni świątecznych w tym miesiącu, nie da się mieć każdego weekendu przedłużonego, a i tak chyba żaden tydzień nie jest kompletnie pracujący. Poza tym w następny weekend Ten leci na wesele kumpla ze studiów, w kolejny ja lecę wreszcie do Polski (i odbiorę czekający na mnie od października dowód osobisty), potem będzie wolny poniedziałek ze względu ma Zielone Świątki, a w ostatni weekend majowy, przedłużony z kolei dzięki Bożemu Ciału, chcemy urządzić sobie małą wycieczkę wspólnie. Maj niewątpliwie zleci mi jak z bicza strzelił, w czerwcu będę miała zdecydowanie mniej zajęć, a lipiec będzie ostatnim miesiącem chodzenia do pracy z okrągłym brzuchem. (W sierpniu już raczej ciężko będzie nazwać to CHODZENIEM, niezależnie od celu.)

Comments (1) »