Archive for Być kobietą…

O tym co zwykle ostatnio

Dzień dobry, ja z małym apdejtem, bo mi dziecko właśnie odsypia wczorajsze skandaliczne niespanie.

A jeśli o dziecku mowa, to skończyło przedwczoraj 7 tygodni, a wczoraj zaczęło się aktywnie do nas uśmiechać. Wizja niedożywienia dawno odeszła w siną dal, aktualnie mamy początki wałeczków na udach i buźkę szczęśliwego Buddy.

Życie składające się z opieki nad dzieckiem już nie wydaje mi się takie straszne jak na początku. (Wiem, nie pisałam, że się wydawało, ale się wydawało. Szczególnie to uczucie, że NIE MOGĘ tego dziecka nikomu oddać, kiedy mi się znudzi. Że nie mogę PRZESTAĆ, porobić czegoś innego.) Bo potem moje dziecko zaczęło spać po kilka godzin dziennie, grzecznie leżeć i patrzeć na karuzelę z idiotyczną muzyczką, siedzieć na leżaczku i patrzeć co robię, i takie tam. Więc już jakoś dajemy radę, i nawet w Zarze już razem byłyśmy, kupić dla mnie nowy sweter. Na szybciaka i bez mierzenia, modląc się o krótką kolejkę do kasy, ale i tak się liczy!

W kwestii powrotu do formy – jestem zdecydowanie na dobrej drodze. Ten, robiąc sobie zdrowe pudełko do pracy, robi i dla mnie, i nie są to wyszukane potrawy (te gotuje na kolacje), tylko najczęściej pełnoziarnisty makaron lub ryż z jakimś mięsem i warzywem, ale dzięki temu jem coś sycącego i niebędącego chlebem bez konieczności gotowania. W niedzielę zaczęłam rownież pomalutku coś ćwiczyć (przed ciąża popatrzyłabym z politowaniem na taki „workout”) i miałam następnego dnia całkiem porządne zakwasy. Do tej pory udało mi się to już 3 razy, co drugi dzień, bo moje dziecko szczęśliwym trafem akurat miało co drugi dzień strajk senny i następnego dnia musiało te strajki odespać.

A na koniec uraczę was kiczowatą szczęśliwą rodzinką, a co.

Reklamy

Comments (1) »

O powrocie do formy

Jeśli chodzi o mój powrót do formy, to następuje on skokami. Można powiedzieć, że robię dwa kroki do przodu, jeden do tyłu.

Po porodzie miałam mianowicie wciąż wielki brzuch, może nie wyglądałam już jak w dziewiątym miesiącu ciąży, ale w ósmym na pewno. Potem, po powrocie do domu, z każdym dniem było lepiej i po tygodniu nie wyglądałam już jak w ciąży, a położna powiedziała mi, że karmiąc piersią mogę jeść codziennie jakieś 530 kalorii więcej. Całkowicie bezkarnie, hura!

W następnych dniach oddawałam się więc bezkarnemu jedzeniu, nadrabiając ciążowe zakazy. Pizza, sushi, ciasta, wszystko co w ciąży skandalicznie podnosiło mi cukier. I rzeczywiscie, nie wydawało się żeby robiło mi to źle na figurę. Codziennie dopinałam coraz to mniejsze przed ciążowe jeansy. Aż nadszedł dzień, którym położna powiedziała mi, że moje organy wróciły już na swoje miejsce. I prawie dokładnie w tym samym momencie niezdrowe jedzenie, którego unikałam przez dobre 10 lat zaczęło robić to, co zwykle robi niezdrowe jedzenie: nad paskiem spodni zaczął rosnąć mi piękny muffin top. Ukróciłam więc rozpustę i znowu odrobinę zaczęłam panować nad sytuacją, ale w żadne 530 kalorii już nie wierzę. Poza tym, zauważyłam że w porównaniu do okresu sprzed ciąży mam szczuplejsze nogi i bardziej płaski (więc mniejszy) tyłek, a większy brzuch. Następnym etapem będzie oczywiście powrót to ćwiczeń, i tutaj mam dylemat: zgodnie z zaleceniami nie zaczynam przed upływem 6 tygodni, ale akurat wtedy mój lekarz jest na urlopie i wizytę mam dopiero po 8 tygodniach. Powinnam więc czekać do wizyty aż dostanę indywidualne przyzwolenie, czy zacząć ogólnie po sześciu tygodniach? Pewnie zapytam położnej i zacznę rzecz jasna od czegoś łagodnego, jak na przykład pilates.

A odbiegając od tematu, to ostatnim wpisem chyba zapeszyłam i Sofijka mi się znowu trochę popsuła. Punktualnie na powrót Tego do pracy. A chodząc z nią przez cały dzień po mieszkaniu (w ramionach) i po mieście (w wózku) oraz nie mając czasu na jedzenie raczej nie będę miała szans na rośnięcie muffin topa. (O, jednak nie odbiegłam od tematu)

Leave a comment »

O życiu, które znowu jest piękne

Po bardzo ciężkim tygodniu od wtorku życie znowu jest piękne. Dlaczego od wtorku, zapytacie? Ano ponieważ we wtorek moje dziecko po raz pierwszy dostało flachę. I, o cudzie, przestało wyć. Od wtorku podajemy więc flaszkę aptamilu dwa razy dziennie, rownież dwa razy flaszkę z ODMIERZONĄ ilością mojego mleka, a w nocy i o poranku Sofia jest przystawiana do piersi i może sobie ciumkać i się tulić ile zechce, podczas gdy ja przysypiam. Cycek jest dostępny rownież na żądanie w każdej stresującej sytuacji typu wychodzenie z kąpieli, jasna sprawa. W ten sposób kontrolujemy ilość spożywanego mleka, a Sofia jest znowu słodkim i zadowolonym dzidziusiem. Oraz porządnie przybiera na wadze. Uff.

(Nie, nie uważam tego za porażkę, nie czuję się złą matką i nie samobiczuję się faktem, że moje dziecko nie najadało się samym moim mlekiem. Żałuję jedynie, że nie wpadliśmy na to od razu.)

A dla uczczenia powrotu pięknego życia, powrotu do normalnej (aczkolwiek jeszcze nieco sflaczałej) figury bez wielkiego brzucha, prawie ukończenia miesiąca życia przez Sofie i rozpoczęcia jesieni, dokonałam zamówionka na asosie. Dwie bluzki i jedna sukienka, OCZYWIŚCIE z założeniem, że nie wszystko mi się spodoba i coś zwrócę. (Prawdopodobnie sukienkę, bo jest midi, a modelka na zdjęciu ma 176 cm wzrostu, co oznacza, że mnie może się ciągnąć po ziemi, cha, cha, cha.)

Oraz wiecie co? Wiele kobiet modli się, żeby im zostały takie cycki jak w ciąży, ja osobiście moich absolutnie nie lubiłam (natomiast wciąż modlę się, żeby mi zostały takie włosy jak w ciąży). Ale cycki matki karmiącej, to całkiem inna historia!

Leave a comment »

O zadbaniu o siebie i poczuciu się lepiej

W zeszłym tygodniu włączyło mi się myślenie pod tytułem „Dziecko muszę urodzić, a ja taka nieuczesana”, co oczywiście sprawiło że zapragnęłam zadbać o siebie JUŻ. Na pierwszy ogień poszły stopy, gdyż jak wiadomo sięgniecie do nich w 9 miesiącu wymaga nieco akrobacji i nie jest moim ulubionym zajęciem, więc poświęcam mu się rzadko. W drogerii zakupiłam sobie świetne sole do kąpieli stóp, krem do ich pielęgnacji, wzięłam miskę z wodą, ręcznik, depilator z nasadką typu frezarka do martwego naskórka, pilnik i lakier do paznokci i przy użyciu tego całego ustrojstwa zafundowałam sobie ponad godzinę całkiem przyzwoitego pedikjuru. Dwa dni później podjęłam męską decyzję odnośnie włosów i zdecydowałam, myślę że dość rozsądnie, że jeżeli mam im szkodzić farbowaniem (a bardzo mi już brakuje jakiejś jasności na głowie, do tego Ten też zaczął przebąkiwać że mi ładnie było w jaśniejszych), to lepiej teraz, gdy są mocne i rosną jak wściekłe, niż po porodzie, kiedy nie wiem co będzie. Pomijając już kwestię czasu i jego braku. W piątek udałam się więc do fryzjera na tak zwane baleyage, zwane też chyba ombre i sombre i nie wiem jak jeszcze, a w efekcie mam około 4-5 cm naturalnego koloru, stopniowo przechodzącego najpierw w coraz jaśniejszy rudobrąz, a potem blond. Brzmi jak tęcza, ale nie jest źle, chociaż wymaga przyzwyczajenia.

A wczoraj zdarzyło się coś, co wprawdzie źle o mnie świadczy, ale bardzo dobrze mi zrobiło. Byliśmy mianowicie sporą wycieczką, złożoną głównie ze znajomych rodzin z licznymi dziećmi w takim ośrodku nad wodą, w którym można grillować, kąpać się, grać w paintball, a dzieci mają do dyspozycji cudne place zabaw z trampolinami. Pogoda na początku była bardzo średnia, ale potem wyszło słońce, więc postanowiliśmy zrobić użytek z zabranych strojów kąpielowych i jednak wleźć do jeziora. Osobiście miałam obawy odnośnie odstraszenia obecnych moim wyeksponowanym dziewięciomiesięcznym brzucholem, ale w końcu stwierdziłam, że większość albo sama była w ciąży albo dzieliła codzienność z ciężarną, więc aż tak wrażliwa być nie może, i beztrosko pozbyłam się sukienki. Na co jedna z obecnych mam, o dychę ode mnie młodsza, oznajmiła z lekkim fochem, że ona się w takim razie w życiu nie rozbierze, skoro osoba tak bardzo ciężarna jak ja, w bikini prezentuje się lepiej niż ona. Niezależnie od obiektywnej prawdy lub fałszu tego stwierdzenia, w obliczu samej autentyczności tego focha, od razu poczułam się lepiej. Oraz gorzej, z powodu poczucia się lepiej…

Tymczasem rozpoczęłam 37 tydzień, jeśli podoba w brzuchu zechce go opuścić później niż w najbliższy piątek (a nie wątpię, że tak będzie), oficjalnie nie będzie już uznawana za wcześniaka!

Jedno z nas chowa arbuza!

4 Komentarze »

O momencie, który nadszedł i malowaniu

Nadszedł ten moment, kiedy nie mogę już patrzeć na ciążowe ciuchy. Ani na posiadane, ani na te w internecie, kuszące obniżonymi cenami. (Jedynie na tą najnowszą sukienkę w panterę jeszcze trochę mogę, szkoda że nie da rady chodzić w niej codziennie.) Mam wielką nadzieję, że moment „w nic już nie wchodzę” nie nadejdzie, bo doprawdy nie zamierzam na tym etapie kupować już nic z miejscem na brzuchol. (Jestem tu raczej optymistką, od 6 czerwca nie przytyłam, brzuch niby trochę urósł, ale dopóki będzie to sam brzuch, nie mam problemu.)

Poza tym to Ten wpadł na doskonały pomysł, żeby odmalować całe mieszkanie, zanim dziecię się urodzi i od soboty tak pomalutku wywalamy graty, ustawiamy na środku pomieszczenia to czego nie wywalamy, przykrywamy to folią, malujemy, pucujemy, ustawiamy z powrotem, przechodzimy do następnego pomieszczenia, repeat. Przy takim tempie trochę nam schodzi, ale przynajmniej nieczynne jest tylko jedno pomieszczenie na raz. Ja osobiście nic nie maluję, ale mycie okien, podłóg i mebli to już moja działka. Kładziemy się więc codziennie okropnie zmęczeni, telewizor aktualnie mamy w sypialni z uwagi na nieczynność salonu, oglądamy jeden odcinek „Mostu nad Sundem” i zasypiamy. Dodatkowo panują okropne upały, niewątpliwie specjalnie dla mnie, gdyż na współczujące komentarze, że będę na ostatnich nogach w szczycie lata, lekceważąco odpowiadałam, że przecież tu jest Aachen nie Sewilla, tu w lato nie ma upałów, tu są deszcze. No i mam, nieustająco od ponad miesiąca piękna pogoda, ostatni tydzień oscylujący wokół 30 stopni, w prognozie brak zmian. Sprzątanie w tych warunkach jest na pewno bardziej wyczerpujące niż normalnie, ale mnie nawet kostki nie puchną! Zlana potem jestem może szybciej niż normalnie, ale bywają gorsze przypadłości.

W pracy oficjalnie jestem do 3 sierpnia, ale ostatnie zajęcia odbywam jutro, potem tylko sprawdzanie różnych egzaminów i inne takie. Robi się poważnie. I dziwnie.

2 Komentarze »

O stanie rzeczy w połowie lipca

Huh, już połowa lipca. Do oficjalnego terminu porodu zostało mi mniej niż 2 miesiące, a stopień przygotowania na narodziny potomstwa zmienił się o wózek i wizytę w klinice, w której potomstwo ma się narodzić. (Która to wizyta, tak na marginesie troszkę zestresowała Tego – ale na krótko, już mu przeszło.)

Tymczasem zdiagnozowano u mnie cukrzycę ciążową, wyposażono w aparacik do mierzenia poziomu cukru we krwi i zabroniono spożywania słodyczy oraz nakazano ograniczenie węglowodanów i stałą obserwację skoków cukru po spożyciu różnych produktów. Nie powiem, z początku przyjęłam tę nowinę z umiarkowanym entuzjazmem, ale już po kilku tygodniach przyzwyczaiłam się do ograniczeń, wciągnęłam w mierzenie i doszłam do sensacyjnego wniosku, że najbardziej skacze mi cukier po zjedzeniu… płatków owsianych. Wiadomo, sama cukrzyca to nic fajnego, nawet taka, przy której zalecają samą dietę, bez insuliny, natomiast efekt uboczny spodobał mi się bardzo, kiedy na ostatniej wizycie u ginekologa okazało się że w ciągu 4 tygodni od poprzedniej nie przytyłam nic, a nawet straciłam pół kilo. Jutro idę znowu (na tym etapie wizyty co 2 tygodnie) i zobaczę, czy ta tendencja się utrzyma. (Dzieciątko przytyło jak najbardziej, pan doktor oszacował na jakieś półtora kilo, co odpowiadało prawie dokładnie 50 percentylom, więc się uspokoiłam.)

A na zakończenie opowiem wam o odysei sukienkowej, czyli o tym że do trzej razy sztuka. Otóż spodobała mi się bardzo na asosie ciążowa sukienka w panterę, rozpinana na całej długości, z przewiewnej wiskozy. Była drogawa, więc trochę się czaiłam, ale w końcu nie wytrzymałam i zamówiłam. 36, jak wszystkie ciuchy ciążowe. Po otwarciu paczuszki okazało się, że chała, może dam radę ja dopiąć TERAZ, ale za 2 tygodnie już raczej nie. Sukienka na żywo była piękna, rzuciłam się do zamówienia 38, nie było. Oczywiście się nie poddałam, kontrolowałam sytuację codziennie, aż wreszcie 38 się pojawiło, zamówiłam, przyszła… i w ogóle nie różniła się od 36 (albo ja w międzyczasie urosłam, chociaż nie minęło więcej niż 10 dni). Z bólem serca odesłałam paczuszkę i zakończyłam temat. Aż do momentu kiedy w ubiegłym tygodniu odkryłam, że moją kieckę w końcu przecenili! Nie zastanawiając się nic, zamówiłam 40 i pół godziny temu odebrałam ją z rak kuriera. W końcu jest dobra! A nawet ma sporo miejsca na ewentualne przesunięcie guzików! Jak to nie jest dobry nius na rozliczenie tygodnia, to ja nie wiem co jest.

2 Komentarze »

Tradycyjnie trochę o wyprzedażach

Jeśli chodzi o piłkarskie akcenty, to Ten nazywa mnie pelotita (czyli piłeczka) i pyta, czy myśle, że jakbym się przewróciła i upadła na brzuch, to bym się odbiła. Cha. Cha. Cha. A poza tym to dajcie spokój.

Nadeszły wyprzedaże i tradycyjnie udałam się do Zary i Mango, starannie kierując wzrok w dół (na buty) i unosząc go jedynie przy regałach z torebkami. Nie będę w żadnym wypadku kupowała nic „na po ciąży”, gdyż jestem realistką i nie mam bladego pojęcia jaki będę nosiła rozmiar. A potem przyszłam do domu i kliknęłam kolejną sukienkę na asosie (naprawdę chciałabym wierzyć, że ostatnią, zgodnie z tym co powiedziałam Temu) oraz espadryle i kolczyki w Mango. Ostatnie dni gorszej pogody trochę mnie zmartwiły, bo było na tyle chłodno, że musiałam nosić spodnie, ale już od poniedziałku znowu ma wrócić słońce i ciepełko. Oraz mam szczerą nadzieję, że te wszystkie ciążowe sukienki z łatwością dadzą się przerobić na nieciążowe, niektóre z resztą chyba żadnych przeróbek nie będą wymagać, bo ja zawsze lubiłam workowate fasony. (Najlepszy dowód – mimo siedmiomiesięcznego brzucha wciąż pasuje mi większość bluzek i koszul.)

Tymczasem czeka mnie tydzień z małą ilością zajęć, ale dużą ilością stukania w komputer i siedzenia na zebraniach, a potem już rusza lipiec i nasz wychuchany Sprachsommer czyli kursy letnie. A kiedy się skończy, godnie odtoczę się na macierzyński, a do terminu porodu zostanie mi 6 tygodni. Wbrew pozorom, to nie maj zleciał mi jak z bicza strzelił, a czerwiec właśnie. I tak się zastanawiam CO do licha będę robić, siedząc w domu 6 tygodni?!? Chyba od zakończenia edukacji w Polsce nie miałam tyle wolnego. (Bo tutaj ferie semestralne nie są tak naprawdę feriami, tylko czasem egzaminów i zaliczeń, a poza tym pracowałam w czasie studiów.)

A teraz chyba trochę poćwiczę, bo czuję jak mi endorfiny spadają!

Leave a comment »