Archive for Być kobietą…

O wrednej kokardzie i pytaniu retorycznym

A dziś boli mnie znowu kark. (Może powinnam przemianować tego bloga na „O tym co mnie boli”…) I chociaż Ten mi nie wierzy, przysięgam że boli mnie z winy bluzki – bardzo ładnej, czarnej w białe kropeczki i ze stójką, a problem jest w tym, że stójka jest z tyłu wiązana, i te wiązania to są naprawdę jakieś pięciometrowe wstęgi, z których zrobiłam potężną kokardę. I właśnie jestem przekonana, że to dźwiganie na karku tej kokardy spowodowało ból. Ostatnio potrafi mnie boleć kark nawet od głupiej torebki, wcale niewypchanej książkami, a Ten w życiu nie nosił ani torebki, ani tym bardziej kokardy, więc niech się nie wypowiada, skoro się nie zna.

Tymczasem w pracy mam mały sajgon, dedlajn za dedlajnem i pomału zaczynam myśleć, że byle do końca lipca, kiedy to godnie potoczę się na tak zwany Mutterschutz, który rozpoczyna się tutaj 6 tygodni przed spodziewanym porodem. W sumie toczyć to się pewnie zacznę już dużo szybciej, gdyż do niedawna jeszcze byłam pewna, że brzuszek to ja mam malutki, ale teraz jakoś zupełnie mi przeszło i widzę całkiem sporą piłkę na froncie. Już nawet się nie łudzę że „na pewno nikt nie zauważył, bo przecież jeszcze nic nie widać.”

A w piątek są urodziny jednego kumpla Tego i po raz pierwszy pójdę na domówkę w odmiennym stanie, a Ten mnie przeraził wiadomością, że będę musiała zostać przynajmniej do wręczenia prezentu (którego się nie wręcza przed północą). O matko, co ja tam będę robić?? Bez wina?? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, jacy ludzie są nudni bez wina??

Reklamy

Leave a comment »

O różnych nadziejach

Mam wielką i gorącą nadzieję, że nie zapeszę pisząc to, ale zdaje się że moja alergia ma się nieco lepiej. A na pewno da się powiedzieć, że od 4 nocy mogę bezproblemowo oddychać i dziś nawet wyjęłam zwinięte ręczniki spod poduszki, wsunięte tam, żeby głowa była wyżej (co z kolei powodowało bóle karku, ale z dwojga złego zdecydowanie wolę bóle karku). Oby tendencja się utrzymała, bo dawno nie było mi tak źle, jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Jednej nocy, nawet kilka łez z bezsilności uroniłam, ale natychmiast musiałam przestać, bo płacz rzecz jasna jeszcze bardziej zatykał mój i tak już kompletnie zatkany nos.

Dałam sobie rownież chwilowo spokój z zakupami ciężarowych ciuchów, bo przegląd letniej garderoby zaowocował wnioskiem, że pasuje mi jeszcze całe mnóstwo posiadanych gór oraz sukienek. (Oby tylko nie było tak, jak z takimi jednymi spodniami – nie dalej jak dwa tygodnie temu miałam je na sobie i miałam MNÓSTWO miejsca, aktualnie natomiast wprawdzie je zapnę, ale poruszać się, a tym bardziej usiąść w żaden sposób nie dam już rady.)

A wczoraj miałam fantastyczny dzień z Tym – obudziliśmy się wcześnie (to dziwnie łatwe, kiedy się nie pije!), zjedliśmy duże, spokojne śniadanie i poszliśmy na spacer do Holandii, zrobiliśmy zakupy na piknik, wróciliśmy autobusem i wysiedliśmy przy parku, gdzie piknikowalismy przez kilka godzin półleżąc na słoneczku. Wygoniło nas w końcu moje nasilające się kichanie, ale i tak było fajnie. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na lody, stanowiące ostatnio moje ulubione pożywienie. Pewnie dlatego było mi dziś tak ciężko przyjąć do wiadomości fakt nadejścia poniedziałku, mimo że nie miałam zajęć i musiałam „tylko” zająć się przygotowaniem materiałów na kurs letni, a zabrać się za to mogłam w dowolnej chwili. (Dowolna chwila nadeszła około 14.00).

A za nieco więcej niż tydzień, jeśli dzieciątko łaskawie zezwoli, może w końcu uda się dojrzeć jego płeć!

Leave a comment »

O wiośnie, alergii i rozterkach odzieżowych

Bardzo Wam dziękuję za gratulacje i miłe słowa oraz za kciuki! Za kciuki najbardziej! Kciuków w ogóle najlepiej nie puszczajcie. A i owszem, niby to prawie półmetek, ale jakiś taki oszukany, bo te pierwsze tygodnie nieświadomości tak naprawdę w ogóle się nie liczą.

Z nostalgii zamówiłam sobie na Amazonie czytaną we wczesnym dzieciństwie książeczkę „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat”. (Tak, wiem, jako dziecko miewałam interesującą lekturę, ale ja jako dziecko czytałam WSZYSTKO, dla samej satysfakcji rozszyfrowywania literek i układania ich w słowa.) Po pierwsze, książeczka okazała się strasznie cienka i przeczytałam ją w pół godziny, a po drugie ho ho ho. Mamusia bohatera (a bohaterem jest mieszkaniec brzucha) w czasie ciąży pali papierosy oraz w siódmym miesiącu urządza imprezę, na której pije dżin z wermutem i rum z kolą, od których to napitków bohatera szczypią oczy. Aż musiałam spojrzeć na rok wydania – 1972.

Poza tym WRESZCIE przyszła wiosna i umieram na alergie. Znaczy alergie mam już od połowy lutego, ale objawiała się jak dotąd tylko kichaniem, tymczasem od piątku mamy temperatury oscylujące wokół 20 stopni i punktualnie z ich nadejściem nos zatyka mi się w nocy dokumentnie, co skutecznie uniemożliwia zarówno spanie, jak i oddychanie. Ale temperatura jak najbardziej mi odpowiada, wczoraj nawet wyprowadziłam na spacer nowe buty z wolną piętą – na gołe stopy! (Wielkanoc spędziliśmy w Marbelli, więc moje stopy nie przypominają już kolorem mrożonego kurczaka.)

A, moim ulubionym zajęciem ostatnimi czasy jest odsyłanie paczuszkę do asosa. Z uwagi na odmienny stan, ze sklepów stacjonarnych do dokonywania zakupów odzieżowych został mi jedynie h&m, więc namiętnie zamawiam na asosie, stwierdzam, że sztuki odzieży szyte są na słonie w 25 miesiącu, po czym pakuję je i odnoszę z powrotem do paczkomatu. Możliwe, że już niedługo będę musiała wszystko odszczekać, ale na razie wciąż pasują mi moje normalne nieciążowe bluzki, a nawet jedne spodnie, więc żyję w ciągłym strachu, że nagle się to zmieni i nie będę miała w co się ubrać. (A pracować zamierzam do końca lipca, więc jakiejś odzieży będę potrzebować.)

3 Komentarze »

O pluszowym misiu i mumii

Na fali czarnych piątków, sobót, weekendów i tygodni zakupiłam sobie płaszczyk z pluszowego misia. Od ubiegłego roku pragnęłam czegoś futrzanego, ale:

a) w tych futerkach „jak prawdziwe” wyglada się tak nobliwie i odświętnie (a przynajmniej ja czuję się jakbym tak wyglądała), a nie jestem pewna czy chce tak wyglądać na codzień

b) modne w tym roku i przerabiane przez wszystkie sieciówki „skóry” z kożuszkiem od środka wyglądają wprawdzie bardzo przyjemnie, ale nie są z prawdziwej skóry i ja to WIEM. Przez owo nie jestem w stanie używać niczego ze sztucznej skóry, a na prawdziwą (najchętniej oryginalny egzemplarz ACNE) brakuje mi dwóch tysięcy euro. Te trzysta może bym wyskrobała.

Pluszowy miś natomiast nadaje się jak znalazł, był niedrogi, jest cieplutki, a w składzie posiada wełnę. Oraz jest w kolorze głębokiego burgunda, co po moich zwyczajowych czerniach i szarościach (i jednym wielbłądzie) jest miłą odmianą.

A poza tym, muszę jeszcze tylko 5 i pół dnia do pracy (pół jest dzisiejsze, jedna turę zajęć mam za sobą, jeszcze tylko 5 godzinek po południu) i w przyszły piątek lecę ku słońcu. To będą moje drugie święta w Marbelli, więc i w tym roku nie będzie barszczu ani makowca. (Co do pierogów, kto wie.) Będzie za to jamón serrano i krewetki i przede wszystkim prawie dwutygodniowy urlop w nieco przyjemniejszym klimacie.

PS. Wypróbował ktoś tak zwane tissue mask? Ja owszem i co do działania, to nie mam zdania, ale ile z tym zabawy przy nakładaniu! Wyglada się jak mumia i fantastycznie nadaje do straszenia chłopa!

2 Komentarze »

O początku jesieni i swetrach 

Wróciliśmy z Polski i zaczęła się jesień. Zaczął się rownież nowy projekt w pracy, a mianowicie nauczenie od postaw niemieckiego języka grupy indonezyjskich 18-19latków, którzy zamierzają w tym kraju rozpocząć studia. Nie powiem, wiek owej młodzieży nieco mnie przeraża, bo zdecydowanie wolę pracować z dorosłymi, ale podobno ich młodzieńczy zapał do nauki ma swoje plusy. Dziś pierwszy dzień, zobaczymy. 

Z nadejściem jesieni zaczęłam rownież kupowanie swetrów, i w tym roku ciągnie mnie do kolorów (w szafie posiadam z 4 swetry rożnego kroju wprawdzie, ale wszystkie szare. Oprócz tego dwa czarne, jeden ciemnobordowy i jeden neutralno-beżowy), więc oprócz już wspomnianego ceglastoczerwonego, zakupiłam jeszcze musztardowożółty i zamówiłam pudrowy brudnoróżowy. Poza tym lubię tej jesieni spódnice midi i kicham na fakt, że nie służą niewysokim osobom. 

Treningi we wrześniu mi trochę kulały (13 na 30 dni) i postaram się poprawić znowu ten wynik w październiku. Mimo wszystko jednak w Polsce nie przytyłam wcale, co wydaje się cudem zważywszy na fakt, że moja siostra dwa dni przed naszym przyjazdem w całości spędziła w kuchni i usiłowała za wszelką cenę wcisnąć w nas efekty owego stania przy garach. Całe szczęście głównym jej targetem był Ten, a on chętnie dawał w siebie wciskać pożywienie. 

A pod koniec miesiąca znowu dwa dni wolne i mam dużą nadzieję, że znowu się uda na chwilę gdzieś wyskoczyć. 

Leave a comment »

Chyba o nadchodzącej jesieni

Naprawdę nie wiem dlaczego pourlopowy nastrój trwa tak krótko, ale ten raz nie był żadnym wyjątkiem – niby to tylko 10 dni, a już w ogóle nie pamietam, że na jakimś urlopie byłam. Kurs intensywny niby spokojniejszy, ale oprócz niego dowalili mi jakieś zastępstwa, więc połowę dni wracam do domu prawie o tej samej godzinie, o której z niego wyszłam, tyle że 12 godzin później. Po czym marzę już tylko o łóżku, bo takie długie dni z niedostateczną ilością snu są ZNACZNIE trudniejsze do przełknięcia. 

Najważniejszy ze wszystkiego jest jednak fakt, że WRESZCIE WYSZŁO SŁOŃCE, dni zaczęły przypominać babie lato, a wczoraj i dzisiaj miałam na sobie lekki trencz oraz gołe stopy bez skarpetek i BYŁO MI CIEPŁO. Po tym, jak w zeszłym tygodniu codziennie miałam na sobie botki i prawiezimowy płaszcz, a przy sobie parasol, już prawie zapomniałam, jak to jest, jak człowiek idzie sobie po ulicy, słońce grzeje mu twarz i jest mu ciepło. Oraz skończyłam pracę o godzinie 12:45, naplułam i nakichałam na ambitny plan przygotowania już zajęć na poniedziałek i zamiast tego poszłam do domu pieszo, powolnym spacerkiem, przeszłam się po mieście i zahaczyłam o delikatesy, w których kupiłam bardzo dobre argentyńskie wino z winnicy Finca Las Moras. Wino zamierzam spożywać powolutku przez cały weekend, gdyż jestem znowu sama – Ten integruje się ze swoim biurem w Berlinie na wyjeździe integracyjnym. 

Jeśli zaś chodzi o jesień, to chyba jestem już pogodzona z losem – to słońce i małe zakupki w Zarze tak mnie pokojowo nastroiły. Paczuszka przyjdzie jutro, a w niej spodnie w drobną czarno białą kratkę, gruba, pasiasta spódnica z frędzlami, pomidorowy sweter z obszernymi rękawami i biała, nieco wiktoriańska bluzka. Już nawet prawie się cieszę, a że w tym semestrze będę pracowała głównie po południu, nie zabraknie mi czasu na dobieranie do siebie sztuk odzieży! (Nienawidzę ubierać się w pośpiechu o 7 rano, a przygotować sobie outfit dzień wcześniej udaje mi się rzadko, dlatego podczas intensywnego zwykle jestem mało zadowolona z tego jak wyglądam, co ma wpływ na mój nastrój.) 

A w przyszły weekend jedziemy na chwilę do Polski i polską złotą jesień intensywnie uprasza się o obecność, bo planujemy ognisko z kiełbaskami na działce nad jeziorem!

Leave a comment »

O tym że urlop

Tadam! Fajrant, urlop, (ostatni) rachunek wystawiony, autoresponder ustawiony, góra ciuchów uprasowana, gacie na 15(!) dni policzone i naszykowane. Nic tylko wrzucić wszystko do walizki (nienawidzę, ale większość uprasowanej góry stanowią sukienki, co eliminuje problem dopasowywania do siebie części garderoby). A dziś zamierzam poczuć już lekki przedsmak wakacji, bo wybieramy się z dużą częścią starej paczki na festiwal wina. Do końca poluzować szelek jednak nie planuję, gdyż jutro, uwaga, idziemy na imprezę poweselną koleżanki z pracy Tego, a PROSTO Z IMPREZY, o godzinie 2 w nocy z soboty na niedzielę, na autobus na lotnisko. No, do domu wpadniemy przedtem na chwilkę, zmienić kieckę i obcasy, względnie garnitur, na coś wygodniejszego, zmyć nieco makijażu i chwycić walizkę. Ten ma to do siebie, że zawsze musi być z jedną dupą na czterech (nomen omen) weselach, a ja razem nim. Zestresowana i niewyspana. Ale cóż, wyśpię się zapewne po śmierci. 

Treningowo natomiast po lipcowym lenistwie dodałam gazu i w chwili obecnej mam na 25 dni sierpnia 14 dni treningowych. Oraz mocne postanowienie kontynuowania procesu, nieteściowa posiada 2 trzykilowe hantelki i uważam że jest to niezły punkt wyjścia.  

Tymczasem idę spróbować zamaskować makijażem fakt, że od 3 tygodni codziennie wstaję o 6:40. 

Leave a comment »