Archive for Być kobietą…

O pluszowym misiu i mumii

Na fali czarnych piątków, sobót, weekendów i tygodni zakupiłam sobie płaszczyk z pluszowego misia. Od ubiegłego roku pragnęłam czegoś futrzanego, ale:

a) w tych futerkach „jak prawdziwe” wyglada się tak nobliwie i odświętnie (a przynajmniej ja czuję się jakbym tak wyglądała), a nie jestem pewna czy chce tak wyglądać na codzień

b) modne w tym roku i przerabiane przez wszystkie sieciówki „skóry” z kożuszkiem od środka wyglądają wprawdzie bardzo przyjemnie, ale nie są z prawdziwej skóry i ja to WIEM. Przez owo nie jestem w stanie używać niczego ze sztucznej skóry, a na prawdziwą (najchętniej oryginalny egzemplarz ACNE) brakuje mi dwóch tysięcy euro. Te trzysta może bym wyskrobała.

Pluszowy miś natomiast nadaje się jak znalazł, był niedrogi, jest cieplutki, a w składzie posiada wełnę. Oraz jest w kolorze głębokiego burgunda, co po moich zwyczajowych czerniach i szarościach (i jednym wielbłądzie) jest miłą odmianą.

A poza tym, muszę jeszcze tylko 5 i pół dnia do pracy (pół jest dzisiejsze, jedna turę zajęć mam za sobą, jeszcze tylko 5 godzinek po południu) i w przyszły piątek lecę ku słońcu. To będą moje drugie święta w Marbelli, więc i w tym roku nie będzie barszczu ani makowca. (Co do pierogów, kto wie.) Będzie za to jamón serrano i krewetki i przede wszystkim prawie dwutygodniowy urlop w nieco przyjemniejszym klimacie.

PS. Wypróbował ktoś tak zwane tissue mask? Ja owszem i co do działania, to nie mam zdania, ale ile z tym zabawy przy nakładaniu! Wyglada się jak mumia i fantastycznie nadaje do straszenia chłopa!

Reklamy

2 Komentarze »

O początku jesieni i swetrach 

Wróciliśmy z Polski i zaczęła się jesień. Zaczął się rownież nowy projekt w pracy, a mianowicie nauczenie od postaw niemieckiego języka grupy indonezyjskich 18-19latków, którzy zamierzają w tym kraju rozpocząć studia. Nie powiem, wiek owej młodzieży nieco mnie przeraża, bo zdecydowanie wolę pracować z dorosłymi, ale podobno ich młodzieńczy zapał do nauki ma swoje plusy. Dziś pierwszy dzień, zobaczymy. 

Z nadejściem jesieni zaczęłam rownież kupowanie swetrów, i w tym roku ciągnie mnie do kolorów (w szafie posiadam z 4 swetry rożnego kroju wprawdzie, ale wszystkie szare. Oprócz tego dwa czarne, jeden ciemnobordowy i jeden neutralno-beżowy), więc oprócz już wspomnianego ceglastoczerwonego, zakupiłam jeszcze musztardowożółty i zamówiłam pudrowy brudnoróżowy. Poza tym lubię tej jesieni spódnice midi i kicham na fakt, że nie służą niewysokim osobom. 

Treningi we wrześniu mi trochę kulały (13 na 30 dni) i postaram się poprawić znowu ten wynik w październiku. Mimo wszystko jednak w Polsce nie przytyłam wcale, co wydaje się cudem zważywszy na fakt, że moja siostra dwa dni przed naszym przyjazdem w całości spędziła w kuchni i usiłowała za wszelką cenę wcisnąć w nas efekty owego stania przy garach. Całe szczęście głównym jej targetem był Ten, a on chętnie dawał w siebie wciskać pożywienie. 

A pod koniec miesiąca znowu dwa dni wolne i mam dużą nadzieję, że znowu się uda na chwilę gdzieś wyskoczyć. 

Leave a comment »

Chyba o nadchodzącej jesieni

Naprawdę nie wiem dlaczego pourlopowy nastrój trwa tak krótko, ale ten raz nie był żadnym wyjątkiem – niby to tylko 10 dni, a już w ogóle nie pamietam, że na jakimś urlopie byłam. Kurs intensywny niby spokojniejszy, ale oprócz niego dowalili mi jakieś zastępstwa, więc połowę dni wracam do domu prawie o tej samej godzinie, o której z niego wyszłam, tyle że 12 godzin później. Po czym marzę już tylko o łóżku, bo takie długie dni z niedostateczną ilością snu są ZNACZNIE trudniejsze do przełknięcia. 

Najważniejszy ze wszystkiego jest jednak fakt, że WRESZCIE WYSZŁO SŁOŃCE, dni zaczęły przypominać babie lato, a wczoraj i dzisiaj miałam na sobie lekki trencz oraz gołe stopy bez skarpetek i BYŁO MI CIEPŁO. Po tym, jak w zeszłym tygodniu codziennie miałam na sobie botki i prawiezimowy płaszcz, a przy sobie parasol, już prawie zapomniałam, jak to jest, jak człowiek idzie sobie po ulicy, słońce grzeje mu twarz i jest mu ciepło. Oraz skończyłam pracę o godzinie 12:45, naplułam i nakichałam na ambitny plan przygotowania już zajęć na poniedziałek i zamiast tego poszłam do domu pieszo, powolnym spacerkiem, przeszłam się po mieście i zahaczyłam o delikatesy, w których kupiłam bardzo dobre argentyńskie wino z winnicy Finca Las Moras. Wino zamierzam spożywać powolutku przez cały weekend, gdyż jestem znowu sama – Ten integruje się ze swoim biurem w Berlinie na wyjeździe integracyjnym. 

Jeśli zaś chodzi o jesień, to chyba jestem już pogodzona z losem – to słońce i małe zakupki w Zarze tak mnie pokojowo nastroiły. Paczuszka przyjdzie jutro, a w niej spodnie w drobną czarno białą kratkę, gruba, pasiasta spódnica z frędzlami, pomidorowy sweter z obszernymi rękawami i biała, nieco wiktoriańska bluzka. Już nawet prawie się cieszę, a że w tym semestrze będę pracowała głównie po południu, nie zabraknie mi czasu na dobieranie do siebie sztuk odzieży! (Nienawidzę ubierać się w pośpiechu o 7 rano, a przygotować sobie outfit dzień wcześniej udaje mi się rzadko, dlatego podczas intensywnego zwykle jestem mało zadowolona z tego jak wyglądam, co ma wpływ na mój nastrój.) 

A w przyszły weekend jedziemy na chwilę do Polski i polską złotą jesień intensywnie uprasza się o obecność, bo planujemy ognisko z kiełbaskami na działce nad jeziorem!

Leave a comment »

O tym że urlop

Tadam! Fajrant, urlop, (ostatni) rachunek wystawiony, autoresponder ustawiony, góra ciuchów uprasowana, gacie na 15(!) dni policzone i naszykowane. Nic tylko wrzucić wszystko do walizki (nienawidzę, ale większość uprasowanej góry stanowią sukienki, co eliminuje problem dopasowywania do siebie części garderoby). A dziś zamierzam poczuć już lekki przedsmak wakacji, bo wybieramy się z dużą częścią starej paczki na festiwal wina. Do końca poluzować szelek jednak nie planuję, gdyż jutro, uwaga, idziemy na imprezę poweselną koleżanki z pracy Tego, a PROSTO Z IMPREZY, o godzinie 2 w nocy z soboty na niedzielę, na autobus na lotnisko. No, do domu wpadniemy przedtem na chwilkę, zmienić kieckę i obcasy, względnie garnitur, na coś wygodniejszego, zmyć nieco makijażu i chwycić walizkę. Ten ma to do siebie, że zawsze musi być z jedną dupą na czterech (nomen omen) weselach, a ja razem nim. Zestresowana i niewyspana. Ale cóż, wyśpię się zapewne po śmierci. 

Treningowo natomiast po lipcowym lenistwie dodałam gazu i w chwili obecnej mam na 25 dni sierpnia 14 dni treningowych. Oraz mocne postanowienie kontynuowania procesu, nieteściowa posiada 2 trzykilowe hantelki i uważam że jest to niezły punkt wyjścia.  

Tymczasem idę spróbować zamaskować makijażem fakt, że od 3 tygodni codziennie wstaję o 6:40. 

Leave a comment »

O ramionach Rachel i pohulaniu

Każdy, kto kiedykolwiek coś ćwiczył, ma jakieś swoje sylwetkowe cele. Nawet jak ktoś się upiera, że robi to dla zdrowia i takie tam. (Ja ogólnie się upieram, dla zdrowia i niewyglądania staro.) Niewatpliwie jestem dziwna, ale osobiście zawsze chciałam mieć ładnie zdefiniowane ramiona i mięśnie na plecach. Pewnie dlatego, że nogi zawsze uważałam, że mam niezle, brzuch można wciągnąć, tyłek może i nieco płaski, ale i tak nienajgorszy, ale ramiona? Bez ciężarów ni huhu. I moim absolutnym ideałem zawsze była Rachel w sukience bez ramiączek, opalona, z gładką skórą, rzucająca na podłogę świeżo upraną bielizną Moniki. Pamiętacie? Dziś po treningu z wielkim wzruszeniem oglądając się w lustrze, stwierdziłam, że jestem bliżej celu niż nigdy. Nie mogę wyjść ze zdumienia, jak dużo daje konsekwencja i odrobinę systematyczności – niby ćwiczę od jakichś trzech lat, ale po początkowej euforii na fali Chodakowskiej, ćwiczyłam przeciętnie 6-8 razy w miesiącu, a 10 treningów było absolutnym maksimum. Teraz od lutego ciągnę z połową dni miesiąca i różnica jest kolosalna. Do tego stopnia, że dwie ciotki ( z których jedna, to nigdy bym nie przypuściła, że w ogóle na mnie PATRZY i cokolwiek może porównać) i jeden wujek Tego (lekarz, do tego sam trenujący) zagadnęli mnie na plaży na temat tego ILE SCHUDŁAM. Z absolutnym stuporem wybąkałam, że nic, a nawet wręcz przeciwnie, ważę tyle co nigdy. Co zresztą przy stwierdzeniu tego faktu odrobinę mnie zdezorientowało, bo po letnich sukienkach sądząc, też myślałam, że jednak schudłam. Zaraz potem zalała mnie fala wdzięczności do owych ciotek i wujka, bo jednak czyjeś obiektywne o obojętne oko znaczy więcej niż lustro, albo chłop widujący mnie często w skąpym odzieniu. 

Po tym przydługim wstępie bardzo proszę odseparować mnie od mojej karty kredytowej, bo wyprzedaże dopiero się zaczęły, a ja już pohulałam. Gdzie minimalizm, gdzie odwyk zakupowy?!? Doprawdy, wystarczyło kilka tlustszych miesięcy, żebym wyrzuciła za burtę wszelkie chwalebne postanowienia, a termin u szefowej dopiero za pare dni i nie wiem, czy będę po nim bardzo szczęśliwa czy raczej bardzo smutna. (Oba przypadki mogą zaowocować ponownym sięgnięciem po kartę kredytową.) 

A w sobotę Ten stworzył kolejną wariację naszego letniego hitu pijackiego: zmiksowany arbuz z martini, odrobiną dżinu i lodem. Pycha! 

Comments (1) »

O nawrocie dżumy i pewnym szoku. 

Przedwczoraj, zupełnie znienacka i bez ostrzeżenia, po dość długim bezobjawowym czasie, a za sprawą piszącej o modzie Harel, którą obserwuję na instagramie, dostałam ataku. Poważnego ataku dżumy butnej. Nie znaczy to oczywiście, że przez długi czas nie kupowałam butów, skądże znowu. Kupowałam, ale tak nienachalnie, prawie od niechcenia, bo zauważałam że nie posiadam czarnych sandałów na przykład i nieźle byłoby posiadać. I nawet kosztował mnie fakt, że musiałam wybierać i decydować. Możliwe, że nie powinnam była, bo za sprawą ataku, czyli niepohamowanej ochoty, niezależnej ani od stanu konta, ani stanu posiadania butów, ani tym bardziej od rozsądku typu „potrzebuję czarnych sandałów”, stałam się posiadaczką (jeszcze nie fizyczną) tych Vagabondów. Napraaaaaaawdę dziwnych. I czekam teraz z napięciem aż przyjdą, może dlatego, że rozmowa z szefową już za chwileczkę już za momencik i napięcie tak naprawdę dotyczy czegoś innego. 

Jeśli chodzi natomiast o tyfus sukienkowy, to kwitnie i owocuje.

A skoro mowa o instagramie, to odkryłam, raczej z nieprzyjemnością niż przyjemnością, że ogromny wpływ na moje postrzeganie ludzi ma ich głos. Albo nawet i nie tylko głos, także wygląd kiedy mówią. Już wyjaśniam. Większość obserwowanych przeze mnie osób ogladalam przez sporą ilość czasu na zdjęciach. Które jak wiadomo są płaskie i nieme. Aktualnie, za sprawą instastories zaczęłam niektórych rownież słuchać oraz patrzyć na nie, podczas gdy do mnie mówią, i nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym jak BARDZO irytuje mnie głos do tej pory sympatycznych osób, oraz jak fakt pokazywania zębów i ruchów twarzy podczas mówienia zmienia wygląd. Dobra, wiem że to nie ich wina, ani nic z tych rzeczy, po prostu dotarło do mnie jak mało widać na samych zdjęciach. 

Leave a comment »

O tym jak (o dziwo) nie popsułam sukienki

Wczoraj wieczorem, dłubiąc w sukience nożyczkami do paznokci, byłam pewna, że ten wpis będzie się nazywał: O tym jak popsułam sukienkę. 

Jako że mamy obecnie 32 stopnie, nieustannie zastanawiam się co na siebie włożyć. Mam bowiem sporo bardzo letnich ciuchów, doskonałych na upały, ale niestety zupełnie nienadających się do pracy (za to do siedzenia w barze przy plaży). Więc wracając wczoraj do domu i opływając potem, wpadłam na pomysł odprucia rękawów od jednej sukienki (czerwonej w czarne kwiatki, niedokładnie widocznej na zdjęciu z Lanzarote we wpisie o Kanarach). Sukienka jest bowiem z wiskozy, miła i przewiewna, o przyzwoitej długości do kolan, ale za to z rękawem 3/4. Do tego na ramionach ma jakby skrzydełka, taką falbankę znaczy, doskonale zasłaniającą moje zdolności szwalnicze. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, do prucia zabrałam się praktycznie od progu, i już godzinę później rękawki przestały bęc częścią kiecki. Mamo, co to była za kakorżnicza praca, sukienka była uszyta rozpaczliwie porządnie, miała trzy przeszycia, które musiałam przeciąć, szarpiąc uszkadzałam bowiem materiał. Szylam krócej niż prułam! Nie wiem oczywiście, jak sprawa będzie wyglądała po praniu, czy nie wyjdą, tylko raz podszyte przeze mnie nierówne brzegi, na razie jednak jestem z siebie niezmiernie dumna i zaraz wkładam własne dzieło na grzbiet i udaję się do pracy.

Leave a comment »