Archive for Być kobietą…

O aktualnym stadium

Aktualnie osiągnęłam stadium, w którym zielenieję i żółknę z zazdrości widząc kogoś w dżinsach z wysokim stanem i luźną koszulą włożoną do środka. Kto ma TALIĘ. Wcale nie musi być to talia osy, może być szeroka, albo i z wałeczkami, wszystko jedno. (Jeszcze tylko 15 tygodni!!!)

Ah, jeszcze z nowości, to wiemy już, że osoba w brzuchu jest dziewczynką i prawdopodobnie ma zadarty nos, zupełnie jak ja, to ci zbieg okoliczności!

Niby nie chciałam być #teampink i dzieciątko na pewno nie będzie ubierane od stóp do głów w róże, ale jedna znajoma rodziny Tego własnoręcznie wykonała TAKIE CUDA, że nie ma siły, bez różu się nie obędzie. Nie wiem czemu, ale widok tej paczuszki (na razie na zdjęciach, paczuszka przyszła do Marbelli) strasznie mnie wzruszył, no ale nie muszę w sumie wiedzieć czemu, JA MAM HORMONY, MNIE WOLNO!

A jeśli chodzi o prezenty, Ten dostał od jednego kumpla trampki w krokodyle, oczywiście też dla małej i w związku z tym nasuwa się natrętna refleksja, że oni, to znaczy Ten i jego latynoscy kumple, namiętnie zapuszczają brody, są wielkimi maczo, spotykają się w środku nocy żeby pić wino i palić papierosy…. a potem obdarowują się artykułami dla niemowląt, prawie przy tym płacząc.

Poza tym chyba nic nowego. Odwalam dedlajny i w połowie czerwca może będę już odrobinę bardziej wyluzowana, a mniej zawalona robotą, odliczam dni, cieszę się, że da się nosić sukienki i nie trzeba portek ani rajtek, pomału załatwiam sprawy urzędowe typu uznanie ojcostwa, a w wolnym czasie leżę z ręka na brzuchu i delektuję się (na razie) delikatnym pukaniem i kuksańcami.

A to paczuszka pełna cudów.

Reklamy

Leave a comment »

O weekendzie, przeszłym i przyszłym

Więc jeśli chodzi o to, co mnie boli, to przez ostatnie 4 dni głowa, w dodatku wyłącznie zaraz po obudzeniu (po śniadaniu przestaje) i miejmy ten temat już z głowy.

W czwartek Ten poleciał do Sewilli na wesele jednego kumpla ze studiów, i tym razem gorzej znosiło mi się samotność z oczywistego powodu braku wina. W ogóle jakaś niemrawa byłam, pogoda była piękna, a ja nawet na porządny spacer nie poszłam, głównie leżałam, a i korzystanie z pogody ograniczyłam do LEŻENIA na balkonie. Co ciekawe, osoba w moim brzuchu, zwykle aktywna podczas mojej nieaktywności, na słoneczku leżała spokojnie i nieruchomo.

A dziś nawet udało mi się nieco popracować (też na balkonie!), w związku z czym jestem z siebie niezwykle dumna i nie czuję się winna znowu leżąc. W sumie czas był już najwyższy, bo w środę lecę na 4 dni do Polski, a dedlajn wciąż goni dedlajn. A na długi weekend z okazji Bożego Ciała zarezerwowaliśmy lot na Majorkę i strrrrrasznie się cieszę. Mieliśmy nigdzie nie lecieć, tylko pojechać gdzieś blisko, ale Majorka kosztowała śmieszne pieniądze, nawet nie połowę tego, co zapłacilibyśmy za pociąg gdzieś blisko, więc doprawdy grzechem byłoby nie polecieć. Będzie to też niewątpliwie mój ostatni lot, zanim osoba opuści mój brzuch. A na Majorce jeszcze nigdy nie byłam, a słyszałam, że pięknie jest (pomijając turystyczne molochy, ale zamierzamy wynająć samochód i jak zwykle odkrywać ciekawe plaże)!

A poza tym, to taaaaak, OCZYWIŚCIE, idiotyczne odzieżowe problemy to moje absolutnie jedyne zmartwienie i wcale, ale to wcale nie mam obaw, jak to będzie mieć dziecko i tworzyć rzeczywistość w trójkę. Cha cha cha.

(A zarówno kiecka, jak i dżinsy mnie usatysfakcjonowały, więc jedno i drugie zostaje. Pogoda przez najbliższe dni też będzie sprzyjać kieckom!)

Leave a comment »

O tęsknocie i problemach odzieżowych

Zastanawiam się, czy wino tęskni za mną tak samo, jak ja za nim. Piwo, ani tym bardziej mocniejsze napitki nie obchodzą mnie ani trochę, ale lampeczka zimnego białego wina na balkonie… Martini z tonikiem i plasterkiem grejpfruta… Musujące prosecco z sokiem pomarańczowym i truskawkami… Dobra lampka czerwonego shiraz w ciemnym salonie przy jakimś filmie… Tak, za tym tęsknię zdecydowanie i intensywnie i obawiam się, że wraz z postępem lata i wzrostem temperatur NIE BĘDZIE LEPIEJ.

Dodatkowo muszę przyznać, że bardzo się nie lubimy z ciążowymi portkami – bardzo. Z uwagi na mikry wzrost zawsze lubiłam koszule wtykać do spodni i spódnic, co razem z wyższymi butami bardzo poprawiało mi proporcje, a idiotyczne ciążowe odzienie albo ma ten golf na brzuch, który mi się cały czas ZSUWA, albo kończy się pod brzuchem, i mimo że w tym przypadku wetknięcie do środka jest możliwe, to proporcjom robi straszną krzywdę. Najlepiej czuję się więc w sukienkach, ale pogoda niestety nie zawsze daje się z sukienkami pogodzić, a wiadomo że rajstopy nie wchodzą w grę. Więc znowu poczyniłam zamówienie na asosie: ciemne rurki BEZ golfa (z golfem posiadam jasnoniebieski egzemplarz z h&m i zsuwanie doprowadza mnie do szewskiej pasji) i czarna rozpinana sukienka. W bluzki i koszule wciąż wchodzę praktycznie we wszystkie. I tak, ja też mam wrażenie, że moje życie to pasmo idiotycznych problemów odzieżowych (poczekajcie co będzie PO ciąży). W Zarze mam upatrzone dwie pary butów i nie wiem czy ryzykować i czekać do wyprzedaży, czy zamawiać już i cieszyć się, że przynajmniej na tym froncie nic mi się nie zmieniło.

Majówki też nie mamy (może to i lepiej, bo dziś i jutro 12 stopni i deszczyk), bo w nawale dni świątecznych w tym miesiącu, nie da się mieć każdego weekendu przedłużonego, a i tak chyba żaden tydzień nie jest kompletnie pracujący. Poza tym w następny weekend Ten leci na wesele kumpla ze studiów, w kolejny ja lecę wreszcie do Polski (i odbiorę czekający na mnie od października dowód osobisty), potem będzie wolny poniedziałek ze względu ma Zielone Świątki, a w ostatni weekend majowy, przedłużony z kolei dzięki Bożemu Ciału, chcemy urządzić sobie małą wycieczkę wspólnie. Maj niewątpliwie zleci mi jak z bicza strzelił, w czerwcu będę miała zdecydowanie mniej zajęć, a lipiec będzie ostatnim miesiącem chodzenia do pracy z okrągłym brzuchem. (W sierpniu już raczej ciężko będzie nazwać to CHODZENIEM, niezależnie od celu.)

Comments (1) »

O wrednej kokardzie i pytaniu retorycznym

A dziś boli mnie znowu kark. (Może powinnam przemianować tego bloga na „O tym co mnie boli”…) I chociaż Ten mi nie wierzy, przysięgam że boli mnie z winy bluzki – bardzo ładnej, czarnej w białe kropeczki i ze stójką, a problem jest w tym, że stójka jest z tyłu wiązana, i te wiązania to są naprawdę jakieś pięciometrowe wstęgi, z których zrobiłam potężną kokardę. I właśnie jestem przekonana, że to dźwiganie na karku tej kokardy spowodowało ból. Ostatnio potrafi mnie boleć kark nawet od głupiej torebki, wcale niewypchanej książkami, a Ten w życiu nie nosił ani torebki, ani tym bardziej kokardy, więc niech się nie wypowiada, skoro się nie zna.

Tymczasem w pracy mam mały sajgon, dedlajn za dedlajnem i pomału zaczynam myśleć, że byle do końca lipca, kiedy to godnie potoczę się na tak zwany Mutterschutz, który rozpoczyna się tutaj 6 tygodni przed spodziewanym porodem. W sumie toczyć to się pewnie zacznę już dużo szybciej, gdyż do niedawna jeszcze byłam pewna, że brzuszek to ja mam malutki, ale teraz jakoś zupełnie mi przeszło i widzę całkiem sporą piłkę na froncie. Już nawet się nie łudzę że „na pewno nikt nie zauważył, bo przecież jeszcze nic nie widać.”

A w piątek są urodziny jednego kumpla Tego i po raz pierwszy pójdę na domówkę w odmiennym stanie, a Ten mnie przeraził wiadomością, że będę musiała zostać przynajmniej do wręczenia prezentu (którego się nie wręcza przed północą). O matko, co ja tam będę robić?? Bez wina?? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, jacy ludzie są nudni bez wina??

Leave a comment »

O różnych nadziejach

Mam wielką i gorącą nadzieję, że nie zapeszę pisząc to, ale zdaje się że moja alergia ma się nieco lepiej. A na pewno da się powiedzieć, że od 4 nocy mogę bezproblemowo oddychać i dziś nawet wyjęłam zwinięte ręczniki spod poduszki, wsunięte tam, żeby głowa była wyżej (co z kolei powodowało bóle karku, ale z dwojga złego zdecydowanie wolę bóle karku). Oby tendencja się utrzymała, bo dawno nie było mi tak źle, jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Jednej nocy, nawet kilka łez z bezsilności uroniłam, ale natychmiast musiałam przestać, bo płacz rzecz jasna jeszcze bardziej zatykał mój i tak już kompletnie zatkany nos.

Dałam sobie rownież chwilowo spokój z zakupami ciężarowych ciuchów, bo przegląd letniej garderoby zaowocował wnioskiem, że pasuje mi jeszcze całe mnóstwo posiadanych gór oraz sukienek. (Oby tylko nie było tak, jak z takimi jednymi spodniami – nie dalej jak dwa tygodnie temu miałam je na sobie i miałam MNÓSTWO miejsca, aktualnie natomiast wprawdzie je zapnę, ale poruszać się, a tym bardziej usiąść w żaden sposób nie dam już rady.)

A wczoraj miałam fantastyczny dzień z Tym – obudziliśmy się wcześnie (to dziwnie łatwe, kiedy się nie pije!), zjedliśmy duże, spokojne śniadanie i poszliśmy na spacer do Holandii, zrobiliśmy zakupy na piknik, wróciliśmy autobusem i wysiedliśmy przy parku, gdzie piknikowalismy przez kilka godzin półleżąc na słoneczku. Wygoniło nas w końcu moje nasilające się kichanie, ale i tak było fajnie. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na lody, stanowiące ostatnio moje ulubione pożywienie. Pewnie dlatego było mi dziś tak ciężko przyjąć do wiadomości fakt nadejścia poniedziałku, mimo że nie miałam zajęć i musiałam „tylko” zająć się przygotowaniem materiałów na kurs letni, a zabrać się za to mogłam w dowolnej chwili. (Dowolna chwila nadeszła około 14.00).

A za nieco więcej niż tydzień, jeśli dzieciątko łaskawie zezwoli, może w końcu uda się dojrzeć jego płeć!

Leave a comment »

O wiośnie, alergii i rozterkach odzieżowych

Bardzo Wam dziękuję za gratulacje i miłe słowa oraz za kciuki! Za kciuki najbardziej! Kciuków w ogóle najlepiej nie puszczajcie. A i owszem, niby to prawie półmetek, ale jakiś taki oszukany, bo te pierwsze tygodnie nieświadomości tak naprawdę w ogóle się nie liczą.

Z nostalgii zamówiłam sobie na Amazonie czytaną we wczesnym dzieciństwie książeczkę „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat”. (Tak, wiem, jako dziecko miewałam interesującą lekturę, ale ja jako dziecko czytałam WSZYSTKO, dla samej satysfakcji rozszyfrowywania literek i układania ich w słowa.) Po pierwsze, książeczka okazała się strasznie cienka i przeczytałam ją w pół godziny, a po drugie ho ho ho. Mamusia bohatera (a bohaterem jest mieszkaniec brzucha) w czasie ciąży pali papierosy oraz w siódmym miesiącu urządza imprezę, na której pije dżin z wermutem i rum z kolą, od których to napitków bohatera szczypią oczy. Aż musiałam spojrzeć na rok wydania – 1972.

Poza tym WRESZCIE przyszła wiosna i umieram na alergie. Znaczy alergie mam już od połowy lutego, ale objawiała się jak dotąd tylko kichaniem, tymczasem od piątku mamy temperatury oscylujące wokół 20 stopni i punktualnie z ich nadejściem nos zatyka mi się w nocy dokumentnie, co skutecznie uniemożliwia zarówno spanie, jak i oddychanie. Ale temperatura jak najbardziej mi odpowiada, wczoraj nawet wyprowadziłam na spacer nowe buty z wolną piętą – na gołe stopy! (Wielkanoc spędziliśmy w Marbelli, więc moje stopy nie przypominają już kolorem mrożonego kurczaka.)

A, moim ulubionym zajęciem ostatnimi czasy jest odsyłanie paczuszkę do asosa. Z uwagi na odmienny stan, ze sklepów stacjonarnych do dokonywania zakupów odzieżowych został mi jedynie h&m, więc namiętnie zamawiam na asosie, stwierdzam, że sztuki odzieży szyte są na słonie w 25 miesiącu, po czym pakuję je i odnoszę z powrotem do paczkomatu. Możliwe, że już niedługo będę musiała wszystko odszczekać, ale na razie wciąż pasują mi moje normalne nieciążowe bluzki, a nawet jedne spodnie, więc żyję w ciągłym strachu, że nagle się to zmieni i nie będę miała w co się ubrać. (A pracować zamierzam do końca lipca, więc jakiejś odzieży będę potrzebować.)

3 Komentarze »

O pluszowym misiu i mumii

Na fali czarnych piątków, sobót, weekendów i tygodni zakupiłam sobie płaszczyk z pluszowego misia. Od ubiegłego roku pragnęłam czegoś futrzanego, ale:

a) w tych futerkach „jak prawdziwe” wyglada się tak nobliwie i odświętnie (a przynajmniej ja czuję się jakbym tak wyglądała), a nie jestem pewna czy chce tak wyglądać na codzień

b) modne w tym roku i przerabiane przez wszystkie sieciówki „skóry” z kożuszkiem od środka wyglądają wprawdzie bardzo przyjemnie, ale nie są z prawdziwej skóry i ja to WIEM. Przez owo nie jestem w stanie używać niczego ze sztucznej skóry, a na prawdziwą (najchętniej oryginalny egzemplarz ACNE) brakuje mi dwóch tysięcy euro. Te trzysta może bym wyskrobała.

Pluszowy miś natomiast nadaje się jak znalazł, był niedrogi, jest cieplutki, a w składzie posiada wełnę. Oraz jest w kolorze głębokiego burgunda, co po moich zwyczajowych czerniach i szarościach (i jednym wielbłądzie) jest miłą odmianą.

A poza tym, muszę jeszcze tylko 5 i pół dnia do pracy (pół jest dzisiejsze, jedna turę zajęć mam za sobą, jeszcze tylko 5 godzinek po południu) i w przyszły piątek lecę ku słońcu. To będą moje drugie święta w Marbelli, więc i w tym roku nie będzie barszczu ani makowca. (Co do pierogów, kto wie.) Będzie za to jamón serrano i krewetki i przede wszystkim prawie dwutygodniowy urlop w nieco przyjemniejszym klimacie.

PS. Wypróbował ktoś tak zwane tissue mask? Ja owszem i co do działania, to nie mam zdania, ale ile z tym zabawy przy nakładaniu! Wyglada się jak mumia i fantastycznie nadaje do straszenia chłopa!

2 Komentarze »