Archive for Bla bla bla

O wybuchowych kasztanach

Ten weekend, dla Tego pierwszy od półtora miesiąca, postanowiliśmy spędzić w domu i w SPOKOJU. Nigdzie nie łazić, nikogo nie przyjmować, nikogo nie widzieć. Tylko my, wino i netflix. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy, wyszliśmy jedynie w sobotę w celu zrobić zakupy, i, oprócz innych produktów, zakupiliśmy też kasztany jadalne, z zamiarem przygotowania ich w piekarniku. W drodze powrotnej z kasztanami Ten niósł w objęciach sześciopak ciemnego piwa Köstritzer i prawie przed samym domem, na przejściu dla pieszych dwie flaszki wymsknęły mu się z kartonowego trzymaka i z wielkim impetem rąbnęły o ziemię. Oprócz impetu huk też był porządny, piwo zapieniło nam się pod nogami, cudem chyba nie pryskając na moje nowe, JASNE, zamszowe trampki, więc do domu wróciliśmy z początkiem zawału i migotaniem przedsionków. Rozpakowaliśmy zakupy, nacięliśmy kasztany na krzyż, namoczyliśmy i wystawiliśmy do piekarnika. Po 20 minutach wydawały się dobre, a wyjmując blachę zauważyłam mimochodem i skomentowałam głośno fakt, że jeden z kasztanów nie otworzył się w piecu. Wysypaliśmy pożywienie do miski, Ten chwycił w jedną rękę szklankę z ocalałym piwem, w drugią miskę z kasztanami i ruszył do salonu, a ja za nim, z własnym piwem w dłoni. Słowa, że te kasztany tak dziwnie szumią zamarły Temu na ustach, gdy nieotwarty kasztan zrobił BUM!!!!!! i eksplotował zawartością na przedpokój, buty Tego i, rozlane przez nerwowe wzdrygnięcie piwo, które najwyraźniej nie było nam pisane. Po dwóch minutach ciężkiego oddychania i trzymania się za serce można było posprzątać bajzel w przedpokoju i ostrożnie donieść naczynie z wybuchową zawartością do salonu.

Kasztany spożylismy oglądając się nerwowo za siebie przy każdym dźwięku i trzymając miskę możliwie daleko. Więcej wybuchów tej soboty nie odnotowaliśmy. 

A dziś, spragniona zakwasów, bo dawno nie miałam, wykonałam 51 minut kickboxingu połączonego z treningiem mięśni brzucha i grzbietu. Już czuję, że mnie NIE ZAWIEDZIE. 

Reklamy

Leave a comment »

O tym że urlop

Tadam! Fajrant, urlop, (ostatni) rachunek wystawiony, autoresponder ustawiony, góra ciuchów uprasowana, gacie na 15(!) dni policzone i naszykowane. Nic tylko wrzucić wszystko do walizki (nienawidzę, ale większość uprasowanej góry stanowią sukienki, co eliminuje problem dopasowywania do siebie części garderoby). A dziś zamierzam poczuć już lekki przedsmak wakacji, bo wybieramy się z dużą częścią starej paczki na festiwal wina. Do końca poluzować szelek jednak nie planuję, gdyż jutro, uwaga, idziemy na imprezę poweselną koleżanki z pracy Tego, a PROSTO Z IMPREZY, o godzinie 2 w nocy z soboty na niedzielę, na autobus na lotnisko. No, do domu wpadniemy przedtem na chwilkę, zmienić kieckę i obcasy, względnie garnitur, na coś wygodniejszego, zmyć nieco makijażu i chwycić walizkę. Ten ma to do siebie, że zawsze musi być z jedną dupą na czterech (nomen omen) weselach, a ja razem nim. Zestresowana i niewyspana. Ale cóż, wyśpię się zapewne po śmierci. 

Treningowo natomiast po lipcowym lenistwie dodałam gazu i w chwili obecnej mam na 25 dni sierpnia 14 dni treningowych. Oraz mocne postanowienie kontynuowania procesu, nieteściowa posiada 2 trzykilowe hantelki i uważam że jest to niezły punkt wyjścia.  

Tymczasem idę spróbować zamaskować makijażem fakt, że od 3 tygodni codziennie wstaję o 6:40. 

Leave a comment »

O mignięciu czerwca i początkach lipca

Nie mówiłam, że czerwiec tylko mi mignie przed oczami? No i mignął. (Oraz zgodnie z przewidywaniami treningi mi nieco kulały – na 30 dni tylko 12 było treningowych. Najgorszy wynik od lutego.) Już mamy lipiec, i to trzeciego, co oznacza, że za dwa dni (pojutrze!) lecimy do Madrytu na Madcool. Ze względu na fantastyczne reakcje z Openera najbardziej cieszę się na Foo Fighters i mam nadzieję że w 30 stopniach wyjdzie im tak samo dobrze, jak w polskiej ulewie. Na te 30 stopni też się cieszę, tym bardziej, że ostatniego dnia festiwalu czyli w sobotę raczej go sobie podarujemy, bo nasi gospodarze idą na wesele, i wybierzemy rundkę po madryckich barach. 

A wczoraj przez Aachen przejeżdżało Tour de France i Aachen oczywiście musiało obronić swoją złą sławę: dokładnie 10 minut przed dotarciem kolarzy do miasta zaczęło lać i dokładnie 5 minut po jego opuszczeniu wyszło słońce. My natomiast zorganizowaliśmy sobie „Tour Party” z paellą i różowym winem oraz dokładnym podziałem na gender: po obiedzie mężczyźni (włącznie z 2-letnim Lorenzo) udali się na balkon w celu palić i pić rum, a kobiety (włącznie z 3-miesięczną Luisą) zostały w salonie w celu oglądać i komentować teledyski na kanale Topreggeaton i pić wino. 

Tymczasem powinnam pakować walizkę, a nie mam bladego pojęcia, co na ten upał do niej włożyć. 

Leave a comment »

O nawrocie dżumy i pewnym szoku. 

Przedwczoraj, zupełnie znienacka i bez ostrzeżenia, po dość długim bezobjawowym czasie, a za sprawą piszącej o modzie Harel, którą obserwuję na instagramie, dostałam ataku. Poważnego ataku dżumy butnej. Nie znaczy to oczywiście, że przez długi czas nie kupowałam butów, skądże znowu. Kupowałam, ale tak nienachalnie, prawie od niechcenia, bo zauważałam że nie posiadam czarnych sandałów na przykład i nieźle byłoby posiadać. I nawet kosztował mnie fakt, że musiałam wybierać i decydować. Możliwe, że nie powinnam była, bo za sprawą ataku, czyli niepohamowanej ochoty, niezależnej ani od stanu konta, ani stanu posiadania butów, ani tym bardziej od rozsądku typu „potrzebuję czarnych sandałów”, stałam się posiadaczką (jeszcze nie fizyczną) tych Vagabondów. Napraaaaaaawdę dziwnych. I czekam teraz z napięciem aż przyjdą, może dlatego, że rozmowa z szefową już za chwileczkę już za momencik i napięcie tak naprawdę dotyczy czegoś innego. 

Jeśli chodzi natomiast o tyfus sukienkowy, to kwitnie i owocuje.

A skoro mowa o instagramie, to odkryłam, raczej z nieprzyjemnością niż przyjemnością, że ogromny wpływ na moje postrzeganie ludzi ma ich głos. Albo nawet i nie tylko głos, także wygląd kiedy mówią. Już wyjaśniam. Większość obserwowanych przeze mnie osób ogladalam przez sporą ilość czasu na zdjęciach. Które jak wiadomo są płaskie i nieme. Aktualnie, za sprawą instastories zaczęłam niektórych rownież słuchać oraz patrzyć na nie, podczas gdy do mnie mówią, i nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym jak BARDZO irytuje mnie głos do tej pory sympatycznych osób, oraz jak fakt pokazywania zębów i ruchów twarzy podczas mówienia zmienia wygląd. Dobra, wiem że to nie ich wina, ani nic z tych rzeczy, po prostu dotarło do mnie jak mało widać na samych zdjęciach. 

Leave a comment »

O planach na weekend 

Właśnie skończyłam układać egzamin z języka dla studentów ekonomii i chyba trochę mi się mózg zlasował. Poszło mi za to bardzo sprawnie, w porównaniu z ubiegłym rokiem wręcz ekspresowo. Dotarło do mnie rownież, że czerwiec zleci potwornie szybko i zanim się obejrzę, będę miała strasznie dużo do roboty, więc muszę się postarać wyodpoczywać niejako na zapas podczas tych 4 dni. Napić wina i najeść krewetek, salmorejo nieteściowej (z pomidorów o smaku  pomidorów!) i wszystkich możliwych tapas. Najlepiej tkwiąc w basenie. (Właśnie usłyszałam od nieteściowej o nadchodzącej bardzo przyjemnej fali gorąca. Doskonale się składa!) Nawet nie wiedziałam, że ja tak bardzo potrzebuję tego miniurlopu – niby Kanary były prawie przedwczoraj, a bateryjki już znowu puste. (Mówię, że się starzeję.) Tymczasem kostium kąpielowy dla starszych pań dotarł i wyglada nieźle, więc zostanie wyprowadzony na spacer w dniu, w którym będę już opalona i będę mogła sobie pozwolić na leżenie na brzuchu. 

Proszę, napyskowałam na Fargo, że drugi sezon był lepszy, i ostatni odcinek wyraźnie podniósł poziom. Oraz, jak bardzo obrzydliwą postać można wykreować, robiąc jej właściwie TYLKO obrzydliwe zęby??? Zastanawia mnie to od momentu, kiedy tylko pojawił się czarny charakter tego sezonu. Mistrzostwo świata! 

A wczoraj skopałam sobie tyłek treningiem z użyciem kettla i dzisiaj chodzę jak koncertowa pokraka. W środę obiecałam sobie skopać go na nowo, ostatni dzień przed wyjazdem, coby nie mieć problemów z zaśnięciem na lotnisku, na walizce zapewne, bo lot o 6.40. Rano. 

PS. A tutaj proszę uprzejmie najnowsze obuwie z Zary. Nogi nie moje. A buty bardzo wygodne. 

Leave a comment »

O miłości do samotności 

Wiecie za co chyba najbardziej cenię moją przyjaciółkę Annabelle? Za to że rozumie i szanuje moją miłość do samotności. Nie żebym była jakimś totalnym odludkiem i dzikusem, nawet nie nazwałabym siebie introwertykiem (chyba trudno by mi było w tym wypadku wykonywać mój zawód), i ogólnie lubię przebywać z Tym, ale kiedy wyjeżdża, szczególnie w tych pierwszych dniach, bo co za dużo to niezdrowo i w końcu mi się znudzi, ale w tych pierwszych dniach czuję się fantastycznie. Jak bohaterka serialu. Albo teledysku. Nic nie musieć. Chodzić w samym tiszercie (Tego). Jeść kolację lub jej nie jeść. Siedzieć na kanapie z ajpadem i winem. Ciurkiem oglądać szwedzkie i duńskie seriale na netfliksie, nie mogąc spuścić oka z napisów, aby nie przegapić nic z dialogów, a jednocześnie delektujac się dziwnym brzmieniem. I winem. Iść spać o dwudziestej albo o drugiej nad ranem. Siedzieć w łazience do wypęku. Każdy punkt z wyżej wymienionych mam na sumieniu, a w sobotę, pierwszy i najlepszy dzień mojej samotności, odrzuciłam dwie propozycje rozrywek. Pierwszej proponującej skłamałam, że mam coś do roboty, bo głupio mi było powiedzieć, że dzięki, ale wolę być sama. Nic mi nie jest, nie jestem chora ani smutna, po prostu lubię. Annabelle natomiast na pytanie czy mam plany na wieczór, bez obaw czy pomyśli że zwariowałam, za to z entuzjazmem, poinformowałam o wyżej wymienionych. I ona tylko się zaśmiała i kazała mi się rozkoszować samotnością. Czy to nie fajne?

Dziś natomiast był dzień doprawdy wielkich sukcesów, bo jedząc obiad poplamilam awokado bluzkę, którą miałam na sobie na zajęciach porannych, a prasując jedyną bluzkę na zmianę, ktora pasowała do reszty ałtfitu, upaliłam jej rąbek. Centralnie, na froncie. I musiałam przebierać się cała, więc na zajęciach popołudniowych wystąpiłam w kiecce. 

A jutro ostatni dzień mojej samotności i nie powiem, gdyby nie było takiej ładnej pogody, wizja Tego w słonecznej Hiszpanii pewnie irytowałyby mnie znacznie bardziej. Oraz gdyby nie miał mi przywieźć dziwnych butów z Zary.

Leave a comment »

O serniku i opatrzności

Jak ja jednak zrobię sernik, to nie ma wiecie czego wiecie gdzie. Ten uwielbia cytrynowe desery, ja osobiście nie bardzo, ale wczoraj miał urodziny i oczywiście mógł wyrazić życzenie odnośnie ciasta, a ja życzenie obiecałam spełnić. Życzeniem był sernik cytrynowy i zupełnie przypadkiem (przepis wyszukałam w internecie na chybił trafił) udało mi się nie tylko stanąć na wysokości zadania, ale nawet powiedziałabym, że nieco ponad zadaniem. Oraz okazało się że nie bardzo lubię tylko serniki z AROMATEM cytrynowym, a te zawierajace w sobie sok i skórkę z trzech prawdziwych cytryn i mnie nadzwyczajnie smakują, a jeśli na wierzchu mają cytrynowy sos, to już w ogóle. Optyką oczywiście nie oddaje smaku, ale popatrzcie sami:


Dzisiaj za to zapomniałam portfela do pracy, a zajęcia miałam od 8.15 do 15.45. I nie miałam ani na kawę (wstałam o 6.30), ani na nic do zjedzenia (śniadanie jadłam o 7.15) ani na autobus z powrotem, a lało. Parasola też nie miałam. Opatrzność jednak była dla mnie łaskawa, bo w torebce znalazłam jeden chrupki chlebek (nie Wasa, tylko taki grubszy i bardziej ścisły, ze słonecznikiem i innymi ziarenkami), co pozwoliło mi nie umrzeć z głodu, a rano nie mogąc znaleźć skórzanej kurtki, którą zamierzałam włożyć (później znalazłam ja wisząca spokojnie na wieszaku, więc musiała to być opatrzność), chwyciłam oliwkową nieprzemakalną parkę z kapturem, co z kolei pozwoliło mi dotrzeć do domu w stanie dość suchym. 

Teraz cziluję na kanapie i nawet się cieszę na samotny weekend (Ten dzisiaj w nocy wyrusza w podróż do Marbelli). Chociaż oczywiście słońca i ciepła będę mu bardzo zazdrościć. Oraz posiadam wino i nie zawaham się go otworzyć, mimo że samotne spożycie może WIADOMO JAK o mnie świadczyć. 

Leave a comment »