Archive for Bla bla bla

O nawrocie dżumy i pewnym szoku. 

Przedwczoraj, zupełnie znienacka i bez ostrzeżenia, po dość długim bezobjawowym czasie, a za sprawą piszącej o modzie Harel, którą obserwuję na instagramie, dostałam ataku. Poważnego ataku dżumy butnej. Nie znaczy to oczywiście, że przez długi czas nie kupowałam butów, skądże znowu. Kupowałam, ale tak nienachalnie, prawie od niechcenia, bo zauważałam że nie posiadam czarnych sandałów na przykład i nieźle byłoby posiadać. I nawet kosztował mnie fakt, że musiałam wybierać i decydować. Możliwe, że nie powinnam była, bo za sprawą ataku, czyli niepohamowanej ochoty, niezależnej ani od stanu konta, ani stanu posiadania butów, ani tym bardziej od rozsądku typu „potrzebuję czarnych sandałów”, stałam się posiadaczką (jeszcze nie fizyczną) tych Vagabondów. Napraaaaaaawdę dziwnych. I czekam teraz z napięciem aż przyjdą, może dlatego, że rozmowa z szefową już za chwileczkę już za momencik i napięcie tak naprawdę dotyczy czegoś innego. 

Jeśli chodzi natomiast o tyfus sukienkowy, to kwitnie i owocuje.

A skoro mowa o instagramie, to odkryłam, raczej z nieprzyjemnością niż przyjemnością, że ogromny wpływ na moje postrzeganie ludzi ma ich głos. Albo nawet i nie tylko głos, także wygląd kiedy mówią. Już wyjaśniam. Większość obserwowanych przeze mnie osób ogladalam przez sporą ilość czasu na zdjęciach. Które jak wiadomo są płaskie i nieme. Aktualnie, za sprawą instastories zaczęłam niektórych rownież słuchać oraz patrzyć na nie, podczas gdy do mnie mówią, i nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym jak BARDZO irytuje mnie głos do tej pory sympatycznych osób, oraz jak fakt pokazywania zębów i ruchów twarzy podczas mówienia zmienia wygląd. Dobra, wiem że to nie ich wina, ani nic z tych rzeczy, po prostu dotarło do mnie jak mało widać na samych zdjęciach. 

Leave a comment »

O planach na weekend 

Właśnie skończyłam układać egzamin z języka dla studentów ekonomii i chyba trochę mi się mózg zlasował. Poszło mi za to bardzo sprawnie, w porównaniu z ubiegłym rokiem wręcz ekspresowo. Dotarło do mnie rownież, że czerwiec zleci potwornie szybko i zanim się obejrzę, będę miała strasznie dużo do roboty, więc muszę się postarać wyodpoczywać niejako na zapas podczas tych 4 dni. Napić wina i najeść krewetek, salmorejo nieteściowej (z pomidorów o smaku  pomidorów!) i wszystkich możliwych tapas. Najlepiej tkwiąc w basenie. (Właśnie usłyszałam od nieteściowej o nadchodzącej bardzo przyjemnej fali gorąca. Doskonale się składa!) Nawet nie wiedziałam, że ja tak bardzo potrzebuję tego miniurlopu – niby Kanary były prawie przedwczoraj, a bateryjki już znowu puste. (Mówię, że się starzeję.) Tymczasem kostium kąpielowy dla starszych pań dotarł i wyglada nieźle, więc zostanie wyprowadzony na spacer w dniu, w którym będę już opalona i będę mogła sobie pozwolić na leżenie na brzuchu. 

Proszę, napyskowałam na Fargo, że drugi sezon był lepszy, i ostatni odcinek wyraźnie podniósł poziom. Oraz, jak bardzo obrzydliwą postać można wykreować, robiąc jej właściwie TYLKO obrzydliwe zęby??? Zastanawia mnie to od momentu, kiedy tylko pojawił się czarny charakter tego sezonu. Mistrzostwo świata! 

A wczoraj skopałam sobie tyłek treningiem z użyciem kettla i dzisiaj chodzę jak koncertowa pokraka. W środę obiecałam sobie skopać go na nowo, ostatni dzień przed wyjazdem, coby nie mieć problemów z zaśnięciem na lotnisku, na walizce zapewne, bo lot o 6.40. Rano. 

PS. A tutaj proszę uprzejmie najnowsze obuwie z Zary. Nogi nie moje. A buty bardzo wygodne. 

Leave a comment »

O miłości do samotności 

Wiecie za co chyba najbardziej cenię moją przyjaciółkę Annabelle? Za to że rozumie i szanuje moją miłość do samotności. Nie żebym była jakimś totalnym odludkiem i dzikusem, nawet nie nazwałabym siebie introwertykiem (chyba trudno by mi było w tym wypadku wykonywać mój zawód), i ogólnie lubię przebywać z Tym, ale kiedy wyjeżdża, szczególnie w tych pierwszych dniach, bo co za dużo to niezdrowo i w końcu mi się znudzi, ale w tych pierwszych dniach czuję się fantastycznie. Jak bohaterka serialu. Albo teledysku. Nic nie musieć. Chodzić w samym tiszercie (Tego). Jeść kolację lub jej nie jeść. Siedzieć na kanapie z ajpadem i winem. Ciurkiem oglądać szwedzkie i duńskie seriale na netfliksie, nie mogąc spuścić oka z napisów, aby nie przegapić nic z dialogów, a jednocześnie delektujac się dziwnym brzmieniem. I winem. Iść spać o dwudziestej albo o drugiej nad ranem. Siedzieć w łazience do wypęku. Każdy punkt z wyżej wymienionych mam na sumieniu, a w sobotę, pierwszy i najlepszy dzień mojej samotności, odrzuciłam dwie propozycje rozrywek. Pierwszej proponującej skłamałam, że mam coś do roboty, bo głupio mi było powiedzieć, że dzięki, ale wolę być sama. Nic mi nie jest, nie jestem chora ani smutna, po prostu lubię. Annabelle natomiast na pytanie czy mam plany na wieczór, bez obaw czy pomyśli że zwariowałam, za to z entuzjazmem, poinformowałam o wyżej wymienionych. I ona tylko się zaśmiała i kazała mi się rozkoszować samotnością. Czy to nie fajne?

Dziś natomiast był dzień doprawdy wielkich sukcesów, bo jedząc obiad poplamilam awokado bluzkę, którą miałam na sobie na zajęciach porannych, a prasując jedyną bluzkę na zmianę, ktora pasowała do reszty ałtfitu, upaliłam jej rąbek. Centralnie, na froncie. I musiałam przebierać się cała, więc na zajęciach popołudniowych wystąpiłam w kiecce. 

A jutro ostatni dzień mojej samotności i nie powiem, gdyby nie było takiej ładnej pogody, wizja Tego w słonecznej Hiszpanii pewnie irytowałyby mnie znacznie bardziej. Oraz gdyby nie miał mi przywieźć dziwnych butów z Zary.

Leave a comment »

O serniku i opatrzności

Jak ja jednak zrobię sernik, to nie ma wiecie czego wiecie gdzie. Ten uwielbia cytrynowe desery, ja osobiście nie bardzo, ale wczoraj miał urodziny i oczywiście mógł wyrazić życzenie odnośnie ciasta, a ja życzenie obiecałam spełnić. Życzeniem był sernik cytrynowy i zupełnie przypadkiem (przepis wyszukałam w internecie na chybił trafił) udało mi się nie tylko stanąć na wysokości zadania, ale nawet powiedziałabym, że nieco ponad zadaniem. Oraz okazało się że nie bardzo lubię tylko serniki z AROMATEM cytrynowym, a te zawierajace w sobie sok i skórkę z trzech prawdziwych cytryn i mnie nadzwyczajnie smakują, a jeśli na wierzchu mają cytrynowy sos, to już w ogóle. Optyką oczywiście nie oddaje smaku, ale popatrzcie sami:


Dzisiaj za to zapomniałam portfela do pracy, a zajęcia miałam od 8.15 do 15.45. I nie miałam ani na kawę (wstałam o 6.30), ani na nic do zjedzenia (śniadanie jadłam o 7.15) ani na autobus z powrotem, a lało. Parasola też nie miałam. Opatrzność jednak była dla mnie łaskawa, bo w torebce znalazłam jeden chrupki chlebek (nie Wasa, tylko taki grubszy i bardziej ścisły, ze słonecznikiem i innymi ziarenkami), co pozwoliło mi nie umrzeć z głodu, a rano nie mogąc znaleźć skórzanej kurtki, którą zamierzałam włożyć (później znalazłam ja wisząca spokojnie na wieszaku, więc musiała to być opatrzność), chwyciłam oliwkową nieprzemakalną parkę z kapturem, co z kolei pozwoliło mi dotrzeć do domu w stanie dość suchym. 

Teraz cziluję na kanapie i nawet się cieszę na samotny weekend (Ten dzisiaj w nocy wyrusza w podróż do Marbelli). Chociaż oczywiście słońca i ciepła będę mu bardzo zazdrościć. Oraz posiadam wino i nie zawaham się go otworzyć, mimo że samotne spożycie może WIADOMO JAK o mnie świadczyć. 

Leave a comment »

O powiewie optymizmu

Ja nie wiem czemu ten czas tak GNA, nawet nie zdążyłam napisać że już po triathlonie. Ten postawił sobie za cel wyrobić się poniżej półtorej godziny, i proszę! 1:29:34. Był bardzo zadowolony, a ja miałam mokre oczy tylko kiedy się żegnał przed wejściem do basenu i kiedy wreszcie dobiegł. A potem poszliśmy na hamburgera i piwo i była to bardzo fajna nietypowa niedziela. 


Treningi mi za to w ubiegłym tygodniu bardzo kulały, zdążyłam zrobić tylko dwa, bo ani sobotni ani niedzielny plan nie przewidywał wolnej godzinki. 

Tymczasem PODOBNO wczoraj był ostatni dzień tej zimnicy. Od teraz do końca maja ma być ciepło, choć czasem deszczowo. Z tej okazji zamówiłam w hiszpańskiej Zarze dziwne buty – Ten mi odbierze w Marbelli za półtora tygodnia. A razem lecimy tam na długi weekend w Boże Ciało – miałam wprawdzie nie opuszczać już zajęć żeby nie musieć ich potem odrabiać, ale what the hell, nie mogę przecież czekać do sierpnia z odwiedzinami mojego ulubionego leżaka nad basenem z widokiem na górę na tle błękitnego nieba!… Sorry studenci. A Madryt i festiwal Madcool też już niedługo, i obrazki w końcu popowieszaliśmy na ścianach, i nowe łóżko kupimy w tym miesiącu, i wstałam dziś o ósmej, żeby przed pracą poprawić testy i poćwiczyć, i plan zrealizowałam, i w ogóle to dzisiejsze błękitne niebo za moim własnym oknem jakoś mnie tak natchnęło, że musiałam się podzielić optymizmem!… 

Leave a comment »

O wpływie pogody na wszystko

Tygodnie po wakacjach, nawet krótkich, są bardzo długie, nawet jak są krótkie. 

Zaprawdę powiadam Wam. Szczególnie gdy, mimo że cholerny śnieg na szczęście tu nie dotarł, ma się wrażenie że wróciła zima, włączanie ogrzewania wraca jako nawyk pierwszej rzeczy, jaką robi się po powrocie do domu, a ostrożnie już schowane szaliki i tym podobne należy na powrót wywlec z szafki. Ja wiem, że pogoda to nie jest coś, na co mamy jakikolwiek wpływ i strasznie złości mnie fakt, że ma ona TAKI wpływ na mnie. Ale jak tu się nie zapienić, jak po otwarciu oczu dnia 20 kwietnia widzi się na termometrze w telefonie minus dwa..??? 

W każdym razie, zamówiłam sobie sweterek. Owszem, po tej sukieneczce i bluzce (które NIE WIEM KIEDY znowu włożę) nieco popłynęłam i dokonałam kolejnego zamówionka. (Od przyszłego miesiąca znowu szlaban.) Sweterek miałam na liście od conajmniej miesiąca i najpierw nieco zmiękłam jak go przecenili, ale wytłumaczyłam sobie, że przecież wiosna, to na co mi sweterki. No i proszę, po zobaczeniu tych minus dwóch przestałam się wahać, a sweterek ze złośliwą, acz niezrozumiałą satysfakcją umieściłam w koszyku. Oraz sportowy top, bardzo taniutki, bo po pierwsze sam sweterek nie pokrywał kosztów przesyłki, a po drugie nie nadążam prać obecnie posiadanych sportowych topów, gdyż, przypominam, osiągam właśnie formę życia. (Wczoraj trzepnęłam najnowszy workout 1000 kcal, trwający półtorej godziny, sportowy top przepociłam do suchej nitki, a dziś nawet zakwasów nie mam. (No dobra, prawie.) Forma życia, jak nic! 

Leave a comment »

O urlopie

Urlop był fantastyczny (z wyjątkiem ostatniej nocy, która spędziłam obejmując muszlę klozetową za sprawą zjedzonej na kolację rybki, ale wszystko uspokoiło się przed wejściem do samolotu, więc jestem w stanie przymknąć na to oko) i jako cel podróży w 100 procentach godny polecenia. 

W czwartek o 17.00 czasu lokalnego wylądowaliśmy na Lanzarote, odebranie samochodu poszło nam bardzo sprawnie, z pomocą aplikacj maps.me (coś jak GoogleMaps, ale niewymagające internetu) dotarliśmy do hotelu na tę noc i muszę przyznać, że nie byliśmy w najlepszych humorach. Spaliśmy mało, było nam zimno, wiało jak na wygwizdowie, hotel był na końcu świata i wszystko razem było nieco rozczarowujące. Przebraliśmy się szybko (ja zostawiłam płaszcz, było 16 stopni i sporo chmur) i poszliśmy obejrzeć wioskę. Spacerek był ponad trzykilometrowy, a wioska typowo turystyczna, karty w restauracjach głównie po angielsku a słońce zaszło i zabrało resztki ciepła. Zjedliśmy bardzo średnią kolację, napilismy się wina w hotelu i poszliśmy spać, myśląc że jutro na pewno będzie lepiej. No i owszem. Opuściliśmy hotel, kupiliśmy bilety na prom z nieoczekiwanym rabatem za wynajem samochodu, czekając na odpływ napiliśmy się kawy na słoneczku, chmur nie było, żyć nie umierać. Po dotarciu na Fuerteventurę poczuliśmy dopiero, że jesteśmy na wakacjach. Apartament na 3 dni był śliczny i znajdował się praktycznie przy porcie, prognoza pogody wyglądała optymistycznie i nawet zaczęłam wierzyć, że może włożę na siebie w ostatnim momencie wepchnięte do walizki bikini. Corralejo też jakoś szczególnie urodziwe nie jest, ot, typowe portowe miasteczko, więc spędziliśmy tam stosunkowo mało czasu, jeżdżąc po wyspie w poszukiwaniu pięknych plaż. Wieczorami odwiedzaliśmy różne knajpy i jedliśmy NAPRAWDĘ dobre kolacje. Kiedy nadszedł poniedziałek, było mi smutno opuszczać Fuerteventurę, a niesłusznie. Przyznaję, że zabrakło nam czasu, żeby obejrzeć południe wyspy, więc mogę nie mieć rzetelnego porównania, ale mimo wszystko zaryzykuję stwierdzenie, że na Lanzarote jest znacznie więcej do zobaczenia. 

Rownież i tutaj mieliśmy bardzo miły apartament, tym razem w miejscowości Puerto del Carmen, niecałe 7 kilometrów od lotniska. Po dotarciu na miejsce i ponownym rozpakowaniu znowu wyruszyliśmy w drogę, tym razem na dziewiczą plażę z czarnym piaskiem (będąc na wakacjach z Tym, NIGDY nie byłam na typowej zurbanizowanej plaży przy hotelu. Wszystkie są poniżej jego poziomu.). Kiedy dotarliśmy na miejsce, poziom wody był za wysoki, żeby przejść brzegiem morza i musieliśmy maszerować prawie kilometr po wertepach. NO COMMENT. Plaża była jednak naprawdę jedyna w swoim rodzaju i tylko dlatego przebaczyłam Temu to przegonienie mnie po kamlotach w espadrylach. W drodze powrotnej można już było przejść normalnie. Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć wulkan Timanfaya i to był prawdziwy hajlajt tych wakacji. Wulkan jest nieaktywny od prawie 300 lat, cały krajobraz powybuchowy to park narodowy, po którym turystów przewozi się autobusem i robi on naprawdę niesamowite wrażenie. Przez cały czas trwania wycieczki nie mogłam przestać myśleć o tych biednych ludziach, kiedy 1 września 1730 roku nagle otwarła się ziemia i zaczęła ziać ogniem przez 19 dni. Przecież oni musieli być pewni, że to apokalipsa i sam Belzebub wychodzi na powierzchnię..! A żeby nabrać wyobrażenia, wystarczy obejrzeć sobie ustawiony przy restauracji grill i piekące się na nim kurczaki. Bez żadnego źródła ognia, grill zawieszony jest nad dziurą w ziemi. 

Tego samego dnia na kolacji kelnerka poleciła nam godne uwagi miejscowości na północy wyspy, więc ostatni dzień spędziliśmy zgodnie z jej poleceniem, oraz odwiedzając, rownież wulkaniczne, groty z lawy po wybuchu innego potwora, dużo wcześniejsze niż Timanfaya. Widzieliśmy rownież przepiękną lagunę przy plaży, kompletnie zieloną. 

Punkt negatywny też jest: Lanzarote jest wręcz zapchana Brytyjczykami. Do tego stopnia, że od pierwszego momentu każdy zaczyna mówić do ciebie po angielsku, a bar przy basenie miał wszystkie szyldy po angielsku, brytyjskie kelnerki i brytyjskie radio. Fuerteventura z kolei pełna była Włochów, aczkolwiek nie tyle turystów, co mieszkańców. 


Pierwsza noc na wyspie i trzykilometrowy spacerek na kiepską kolację. 

Dzień drugi, już Fuerteventura. Spacerek po wydmach. Skoro kieckę mam prawie na głowie, niewątpliwie było mi widać cztery litery. 


Pierwsza wycieczka po wyspie. Przepiękny mały kościółek nasuwający na myśl Meksyk.


Absolutnie fantastyczny zachód słońca w El Cotillo. Gdybym miała wrócić na Fuerteventurę, chyba zatrzymałabym się tam, zamiast w Corralejo. 


Też El Cotillo. Jedyny dzień rzetelnego plażowania. 

Pożegnanie z Fuerteventurą. Znowu na wydmach. Chcieliśmy oglądać zachow słońca, ale były chmury, więc tylko poskakaliśmy. 


Z powrotem na Lanzarote. Powrót z czarnej plaży. (Już normalną drogą. W drodze tam woda dochodziła do tej czarnej skały.) 


Timanfaya. Kiepskie zdjęcie, ale żadne nie oddaje tego krajobrazu. Absolutnie godne polecenia. 

Krajobraz północy Lanzarote. 
I teraz chyba zapadnę sobie na depresję pourlopową. 

Leave a comment »