Archive for Maj, 2018

O byciu bardziej i mniej w ciąży

(Dzisiejszy post traktuje tylko i wyłącznie o jednym temacie, uprzejmie ostrzegam, wiec jak kogoś nie interesuje, może spokojnie przestać czytać.)

Patrząc ostatnio na osobę w lustrze, ponuro stwierdziłam, że wmawianie biednemu narodowi, że nie można być „trochę w ciąży” jest bardzo bardzo nieuzasadnione. Osobiście byłam „trochę w ciąży” mniej więcej do kwietnia – prawie nic nie było widać, nikt nic nie wiedział, ubrania nosiłam normalne, a widmo krwawej jatki, rozrywanego krocza i potwornego bólu było daleko, ledwo co majaczyło niegroźnie na horyzoncie. Widmo wrzeszczącego i przyklejonego do cycka noworodka było nawet jeszcze dalej.

A teraz? Mamy prawie czerwiec i jestem zdecydowanie już całkiem porządnie w ciąży. Jeśli chodzi o brzuch, to porównując własny z instagramowymi na podobnym etapie, widzę wyraźnie, że mój absolutnie nie należy do najmniejszych (ale też nie do największych), zaczyna się za to od samiutkiej góry, odbija do przodu zaraz pod biustem, a nie, jak niektóre, tworzy łagodny wzgórek, najwyższy na wysokości pępka. Na całe szczęście (na razie) nie rozlazł się też na boki i, nie mówię że na żywo, bo pewnie nie, ale na zdjęciach zdecydowanie mogę udawać, że w żadnej ciąży nie jestem, jeśli tylko stoję przodem rzecz jasna.

Kiedy byłam tylko trochę w ciąży, absolutnie fizycznie ani psychicznie się też tak nie czułam, poza jakąś tam drobną mdłością na początku, czułam się całkowicie normalnie. A białej pulsującej zmazy na monitorze USG w ogóle nie kojarzyłam z własnym dzieckiem. Teraz za to mogłabym ryczeć z KAŻDEGO powodu, przejście 10 km w ciągu dnia mnie męczy i po powrocie do domu muszę się natychmiast położyć, w nocy łapią mnie skurcze łydek, a trening z kettlem o ciężarze 4,5kg jest wyzwaniem. Że nie wspomnę o rozpiętości nastrojów od „mam cudowny zgrabny brzuszek, nie mogę się doczekać aż moja córeczka przyjdzie na świat, ach jak to będzie pięknie” do „jestem obrzydliwym wielorybem, a to dopiero 25 tydzień, jak ja dam radę z dzieckiem, moje życie się kończy”.

Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak to będzie być bardzo w ciąży, zresztą pewnie wcale nie zdążę, bo ten moment nadejdzie zanim się obejrzę…

Reklamy

Comments (1) »

O aktualnym stadium

Aktualnie osiągnęłam stadium, w którym zielenieję i żółknę z zazdrości widząc kogoś w dżinsach z wysokim stanem i luźną koszulą włożoną do środka. Kto ma TALIĘ. Wcale nie musi być to talia osy, może być szeroka, albo i z wałeczkami, wszystko jedno. (Jeszcze tylko 15 tygodni!!!)

Ah, jeszcze z nowości, to wiemy już, że osoba w brzuchu jest dziewczynką i prawdopodobnie ma zadarty nos, zupełnie jak ja, to ci zbieg okoliczności!

Niby nie chciałam być #teampink i dzieciątko na pewno nie będzie ubierane od stóp do głów w róże, ale jedna znajoma rodziny Tego własnoręcznie wykonała TAKIE CUDA, że nie ma siły, bez różu się nie obędzie. Nie wiem czemu, ale widok tej paczuszki (na razie na zdjęciach, paczuszka przyszła do Marbelli) strasznie mnie wzruszył, no ale nie muszę w sumie wiedzieć czemu, JA MAM HORMONY, MNIE WOLNO!

A jeśli chodzi o prezenty, Ten dostał od jednego kumpla trampki w krokodyle, oczywiście też dla małej i w związku z tym nasuwa się natrętna refleksja, że oni, to znaczy Ten i jego latynoscy kumple, namiętnie zapuszczają brody, są wielkimi maczo, spotykają się w środku nocy żeby pić wino i palić papierosy…. a potem obdarowują się artykułami dla niemowląt, prawie przy tym płacząc.

Poza tym chyba nic nowego. Odwalam dedlajny i w połowie czerwca może będę już odrobinę bardziej wyluzowana, a mniej zawalona robotą, odliczam dni, cieszę się, że da się nosić sukienki i nie trzeba portek ani rajtek, pomału załatwiam sprawy urzędowe typu uznanie ojcostwa, a w wolnym czasie leżę z ręka na brzuchu i delektuję się (na razie) delikatnym pukaniem i kuksańcami.

A to paczuszka pełna cudów.

Leave a comment »

O weekendzie, przeszłym i przyszłym

Więc jeśli chodzi o to, co mnie boli, to przez ostatnie 4 dni głowa, w dodatku wyłącznie zaraz po obudzeniu (po śniadaniu przestaje) i miejmy ten temat już z głowy.

W czwartek Ten poleciał do Sewilli na wesele jednego kumpla ze studiów, i tym razem gorzej znosiło mi się samotność z oczywistego powodu braku wina. W ogóle jakaś niemrawa byłam, pogoda była piękna, a ja nawet na porządny spacer nie poszłam, głównie leżałam, a i korzystanie z pogody ograniczyłam do LEŻENIA na balkonie. Co ciekawe, osoba w moim brzuchu, zwykle aktywna podczas mojej nieaktywności, na słoneczku leżała spokojnie i nieruchomo.

A dziś nawet udało mi się nieco popracować (też na balkonie!), w związku z czym jestem z siebie niezwykle dumna i nie czuję się winna znowu leżąc. W sumie czas był już najwyższy, bo w środę lecę na 4 dni do Polski, a dedlajn wciąż goni dedlajn. A na długi weekend z okazji Bożego Ciała zarezerwowaliśmy lot na Majorkę i strrrrrasznie się cieszę. Mieliśmy nigdzie nie lecieć, tylko pojechać gdzieś blisko, ale Majorka kosztowała śmieszne pieniądze, nawet nie połowę tego, co zapłacilibyśmy za pociąg gdzieś blisko, więc doprawdy grzechem byłoby nie polecieć. Będzie to też niewątpliwie mój ostatni lot, zanim osoba opuści mój brzuch. A na Majorce jeszcze nigdy nie byłam, a słyszałam, że pięknie jest (pomijając turystyczne molochy, ale zamierzamy wynająć samochód i jak zwykle odkrywać ciekawe plaże)!

A poza tym, to taaaaak, OCZYWIŚCIE, idiotyczne odzieżowe problemy to moje absolutnie jedyne zmartwienie i wcale, ale to wcale nie mam obaw, jak to będzie mieć dziecko i tworzyć rzeczywistość w trójkę. Cha cha cha.

(A zarówno kiecka, jak i dżinsy mnie usatysfakcjonowały, więc jedno i drugie zostaje. Pogoda przez najbliższe dni też będzie sprzyjać kieckom!)

Leave a comment »