Archive for Kwiecień, 2018

O wrednej kokardzie i pytaniu retorycznym

A dziś boli mnie znowu kark. (Może powinnam przemianować tego bloga na „O tym co mnie boli”…) I chociaż Ten mi nie wierzy, przysięgam że boli mnie z winy bluzki – bardzo ładnej, czarnej w białe kropeczki i ze stójką, a problem jest w tym, że stójka jest z tyłu wiązana, i te wiązania to są naprawdę jakieś pięciometrowe wstęgi, z których zrobiłam potężną kokardę. I właśnie jestem przekonana, że to dźwiganie na karku tej kokardy spowodowało ból. Ostatnio potrafi mnie boleć kark nawet od głupiej torebki, wcale niewypchanej książkami, a Ten w życiu nie nosił ani torebki, ani tym bardziej kokardy, więc niech się nie wypowiada, skoro się nie zna.

Tymczasem w pracy mam mały sajgon, dedlajn za dedlajnem i pomału zaczynam myśleć, że byle do końca lipca, kiedy to godnie potoczę się na tak zwany Mutterschutz, który rozpoczyna się tutaj 6 tygodni przed spodziewanym porodem. W sumie toczyć to się pewnie zacznę już dużo szybciej, gdyż do niedawna jeszcze byłam pewna, że brzuszek to ja mam malutki, ale teraz jakoś zupełnie mi przeszło i widzę całkiem sporą piłkę na froncie. Już nawet się nie łudzę że „na pewno nikt nie zauważył, bo przecież jeszcze nic nie widać.”

A w piątek są urodziny jednego kumpla Tego i po raz pierwszy pójdę na domówkę w odmiennym stanie, a Ten mnie przeraził wiadomością, że będę musiała zostać przynajmniej do wręczenia prezentu (którego się nie wręcza przed północą). O matko, co ja tam będę robić?? Bez wina?? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, jacy ludzie są nudni bez wina??

Reklamy

Leave a comment »

O różnych nadziejach

Mam wielką i gorącą nadzieję, że nie zapeszę pisząc to, ale zdaje się że moja alergia ma się nieco lepiej. A na pewno da się powiedzieć, że od 4 nocy mogę bezproblemowo oddychać i dziś nawet wyjęłam zwinięte ręczniki spod poduszki, wsunięte tam, żeby głowa była wyżej (co z kolei powodowało bóle karku, ale z dwojga złego zdecydowanie wolę bóle karku). Oby tendencja się utrzymała, bo dawno nie było mi tak źle, jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Jednej nocy, nawet kilka łez z bezsilności uroniłam, ale natychmiast musiałam przestać, bo płacz rzecz jasna jeszcze bardziej zatykał mój i tak już kompletnie zatkany nos.

Dałam sobie rownież chwilowo spokój z zakupami ciężarowych ciuchów, bo przegląd letniej garderoby zaowocował wnioskiem, że pasuje mi jeszcze całe mnóstwo posiadanych gór oraz sukienek. (Oby tylko nie było tak, jak z takimi jednymi spodniami – nie dalej jak dwa tygodnie temu miałam je na sobie i miałam MNÓSTWO miejsca, aktualnie natomiast wprawdzie je zapnę, ale poruszać się, a tym bardziej usiąść w żaden sposób nie dam już rady.)

A wczoraj miałam fantastyczny dzień z Tym – obudziliśmy się wcześnie (to dziwnie łatwe, kiedy się nie pije!), zjedliśmy duże, spokojne śniadanie i poszliśmy na spacer do Holandii, zrobiliśmy zakupy na piknik, wróciliśmy autobusem i wysiedliśmy przy parku, gdzie piknikowalismy przez kilka godzin półleżąc na słoneczku. Wygoniło nas w końcu moje nasilające się kichanie, ale i tak było fajnie. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na lody, stanowiące ostatnio moje ulubione pożywienie. Pewnie dlatego było mi dziś tak ciężko przyjąć do wiadomości fakt nadejścia poniedziałku, mimo że nie miałam zajęć i musiałam „tylko” zająć się przygotowaniem materiałów na kurs letni, a zabrać się za to mogłam w dowolnej chwili. (Dowolna chwila nadeszła około 14.00).

A za nieco więcej niż tydzień, jeśli dzieciątko łaskawie zezwoli, może w końcu uda się dojrzeć jego płeć!

Leave a comment »

O wiośnie, alergii i rozterkach odzieżowych

Bardzo Wam dziękuję za gratulacje i miłe słowa oraz za kciuki! Za kciuki najbardziej! Kciuków w ogóle najlepiej nie puszczajcie. A i owszem, niby to prawie półmetek, ale jakiś taki oszukany, bo te pierwsze tygodnie nieświadomości tak naprawdę w ogóle się nie liczą.

Z nostalgii zamówiłam sobie na Amazonie czytaną we wczesnym dzieciństwie książeczkę „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat”. (Tak, wiem, jako dziecko miewałam interesującą lekturę, ale ja jako dziecko czytałam WSZYSTKO, dla samej satysfakcji rozszyfrowywania literek i układania ich w słowa.) Po pierwsze, książeczka okazała się strasznie cienka i przeczytałam ją w pół godziny, a po drugie ho ho ho. Mamusia bohatera (a bohaterem jest mieszkaniec brzucha) w czasie ciąży pali papierosy oraz w siódmym miesiącu urządza imprezę, na której pije dżin z wermutem i rum z kolą, od których to napitków bohatera szczypią oczy. Aż musiałam spojrzeć na rok wydania – 1972.

Poza tym WRESZCIE przyszła wiosna i umieram na alergie. Znaczy alergie mam już od połowy lutego, ale objawiała się jak dotąd tylko kichaniem, tymczasem od piątku mamy temperatury oscylujące wokół 20 stopni i punktualnie z ich nadejściem nos zatyka mi się w nocy dokumentnie, co skutecznie uniemożliwia zarówno spanie, jak i oddychanie. Ale temperatura jak najbardziej mi odpowiada, wczoraj nawet wyprowadziłam na spacer nowe buty z wolną piętą – na gołe stopy! (Wielkanoc spędziliśmy w Marbelli, więc moje stopy nie przypominają już kolorem mrożonego kurczaka.)

A, moim ulubionym zajęciem ostatnimi czasy jest odsyłanie paczuszkę do asosa. Z uwagi na odmienny stan, ze sklepów stacjonarnych do dokonywania zakupów odzieżowych został mi jedynie h&m, więc namiętnie zamawiam na asosie, stwierdzam, że sztuki odzieży szyte są na słonie w 25 miesiącu, po czym pakuję je i odnoszę z powrotem do paczkomatu. Możliwe, że już niedługo będę musiała wszystko odszczekać, ale na razie wciąż pasują mi moje normalne nieciążowe bluzki, a nawet jedne spodnie, więc żyję w ciągłym strachu, że nagle się to zmieni i nie będę miała w co się ubrać. (A pracować zamierzam do końca lipca, więc jakiejś odzieży będę potrzebować.)

3 Komentarze »

O tym że (chyba) wracam

Na wstępie chciałam bardzo podziękować za pamięć, uściski, oraz za to że ktoś tu w ogóle jeszcze zagląda! Powód mojego milczenia jest jak najbardziej pozytywny (a przynajmniej póki co tak to widzę, hehe), a mianowicie Ten i ja postanowiliśmy się rozmnożyć i jak narazie dobrze nam idzie, gdyż aktualnie jestem w 18 tygodniu ciąży. Postanowienie, a tym bardziej jego realizacja, było dość nieoczekiwane dla naszego otoczenia, a szczerze mówiąc, rownież i dla nas samych. Ale cóż, życie jest pełne niespodzianek, jak mówił wieszcz.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie pisałam, bo źle się czułam, czy coś w tym guście. Nic podobnego – pierwszy trymestr przeszłam prawie bezobjawowo, ani razu nie wisiałem nad klozetem, jadłam aż miło (głównie owoce, warzywa i chleb, gdyż od mięsa, szczególnie kurczącego, jednak mnie trochę odrzuciło) i jedyną dolegliwością, która trzyma mnie aż do dziś, jest potworna senność, ale to doprawdy da się wytrzymać. A, i roztargnienie, które przejawia się najlepiej w makijażu: raz zapomniałam się zupełnie umalować i rzuciło mi się to w oczy, kiedy ubrana już w płaszcz i buty zawróciłam od drzwi w celu zrobić siusiu przed wyjściem, raz zapomniałam o samych brwiach, co zauważyłam już w pracy i czym nie przejęłam się zbytnio, a jeszcze innym razem nie użyłam brązującego pudru i, rownież już w pracy, długo nie mogłam dojść, czego mi w mojej twarzy brakuje, i dlaczego wydaje mi się taka płaska i blada. A wracając do meritum – nie pisałam, bo trudno byłoby mi ominąć ten temat, a nie omijać go nie potrafiłam, bo zwyczajnie za bardzo się bałam. Jeśli ktoś pamięta mój listopadowy wpis o stracie, zrozumie, że miałam czego. Poza tym bałam się wyniku badań genetycznych, każdej kontroli u lekarza, za szybko chodzić, za bardzo męczyć… Prawie własnego cienia się bałam. Możliwe że czas przeszły nie jest zresztą zbyt uzasadniony, bo w sumie nadal się boję.

I owszem, pamietam ile mam lat, ale hej, ja przecież WSZYSTKO w życiu robiłam w dziwnych terminach!

To tyle. Jak ktoś czeka na informację, czy ile przytyłam, to 5 kilo. Ale poszło mi to głównie w brzuch, ciążowe portki mam nadal rozmiar 36, góry wszystkie dalej mi pasują i ogólnie (odpukać) nie jest źle.

A tu aktualna ja:

4 Komentarze »