Archive for Listopad, 2017

O obrzydliwościach

Gdybym była PRAWDZIWĄ BLOGERKĄ, której zależy na poczytności bloga, wyciągnęłabym ciekawe wnioski z ostatniego wpisu – nieszczęście podnosi statystyki.

Jako że statystyki interesują mnie serdecznie mało, dzielę się obserwacją, może komuś się przyda.

„Trochę schudła, trochę zbrzydła, serce miała z mydła”, jak mówi klasyk. Nie wiem z czego obecnie jest moje serce, ale cała reszta bez wątpienia jest o mnie. Niestety nie czuję się ani trochę lepiej. Jestem w obrzydliwej czarnej dziurze, z której nie widzę wyjścia, do której za to spadają mi na łeb kolejne nieprzyjemności, jak na przykład uprzejmy list z tutejszego ZUSu, informujący, że czegoś tam nie płacę od czerwca i porażający wysokością odsetek za to niepłacenie, mimo że płacę jak w zegarku. I mimo, że mam na to dowody w postaci wyciągów bankowych, weekend mam zatruty, bo listy tej treści oczywiście zawsze przychodzą w sobotę i z wyjaśnianiem trzeba czekać do poniedziałku. W poniedziałek natomiast ma się na linii opryskliwe babsko, które odpowiada, że papier jest nieważny, trzy dni później wysłano kolejny, który jeszcze nie doszedł i według którego wprawdzie wciąż nie płacę, ale dług jest mniejszy. Poczekać mam aż dojdzie i pokazać dowody na odmienny stan rzeczy. A w ogóle to te pisma wystawiane są maszynowo i nikt nie ma na nic wpływu. Wszystko jest więc jasne – urzędem rządzi szalona maszyna, wystawiająca pisma w sposób niekontrolowany według własnego widzimisie i całkowicie ignorując fakty, a zadaniem urzędników jest zanoszenie ich na pocztę.

Rozpaczliwie potrzebuję, żeby ten czarny czas się już skończył. Potrzebuję dobrych wieści. Pozytywnego rozwoju wydarzeń. Optymistycznego spojrzenia w przyszłość. 2017 miał być szczęśliwy, siódemka tak dobrze rokowała, i gdzieś do września sprawy wyglądały całkiem nieźle. Październik już był obrzydliwy, o listopadzie nie wspomnę. Doprawdy, można by się spodziewać większej mocy po siódemce.

Reklamy

Leave a comment »

O stracie

Sześć lat temu, 18 listopada 2011, wydawałam „kolację po polsku” dla moich hiszpańskojęzycznych znajomych, wśród których obecny był rownież ówczesny obiekt moich uczuć, z początku lecący na mnie jak szaleniec, potem coraz bardziej wymykający mi się z rąk, a owego 18 listopada już o krok od dramatycznego zamknięcia całej historii. Kolacja przebiegła CAŁKIEM MIŁO, czytaj, moje serce rozdzierało rozpaczliwe przeczucie że nic z tego nie będzie, podczas gdy twarz usiłowała się uśmiechać. Już nieco ponad tydzień później sprawa była z wielkim hukiem zamknięta, a ja, mimo że daleko mi było już wtedy do wrażliwej nastolatki, zalewałam się łzami przez kilka dni, przepełniona rozpaczliwym poczuciem STRATY. Bo przecież to on mnie chciał i w ogóle to zaczął, więc dlaczego nagle przestał. Bo przecież jeszcze dwa tygodnie temu o tej porze było tak obiecująco. Bo może mogłam coś zrobić, czegoś nie robić, coś powiedzieć, czegoś nie mówić, i może by do tego nie doszło. Byłam wtedy świecie przekonana, że nigdy już nie będę szczęśliwa.

I mniej niż pół roku później byłam już bardzo szczęśliwa z Tym. (A przedtem okazało się, że i Hans na mnie leciał!)

Sześć lat później jestem w zupełnie innej sytuacji, chociaż mam identyczne poczucie straty. Identycznie tak jak wtedy, wcale nie wiedziałam że tego chcę, aż do momentu gdy to straciłam. Znowu zalewam się łzami w najmniej spodziewanym momencie, walczę z workami pod oczami, pracuję na pełnym automacie i bez udziału mózgu, mam uczucie, że wewnętrznie umarłam i nigdy już nie będę szczęśliwa. Wspominam, co czułam jeszcze tydzień temu. Kiedy miało być całkiem inaczej. I że może gdybym coś zrobiła… czegoś nie robiła… Choć dobrze wiem, że nic nie mogło zmienić biegu wydarzeń, bo niektóre rzeczy są nam pisane, właśnie TE rzeczy i w TYM momencie, a inne nie. I mogę jedynie mieć nadzieję, że już niedługo będę milion razy szczęśliwsza niż tydzień temu.

2 Komentarze »

O niezwykle miłym weekendzie w środku tygodnia

Takie tygodnie to ja lubię: weekend – poniedziałek – weekend – czwartek – piątek – weekend. (W tym roku Niemcy świętowali 500 lat od przybicia przez pana Lutra 95 tez do drzwi kościoła w Wittenberdze, co razem ze Wszystkimi Świętymi dało dodatkowy weekend w środku tygodnia.)  Jako że w prawdziwy weekend Ten był z kumplami w Budapeszcie, weekend dodatkowy  spędziliśmy na zasadzie cudze chwalicie, swego nie znacie i wybraliśmy się pociągiem do… Bonn. Ja wprawdzie bywałam tam dość często, kiedy odwiedzałam argentyńską imienniczkę, (co nie znaczy, że miasto znam – znam wyłącznie jej były akademik), Ten nie był nigdy, a to w końcu była stolica. 

Bonn okazało się maciupeńkie. Przez ścisłe centrum nakręciliśmy tyle ósemek, że na każdy placyk wchodziliśmy po kilka razy z każdej strony, i ku naszej rozpaczy widzieliśmy bardzo mało barów. Na dodatek Ten zapomniał ładowarki do telefonu i z racji obecności mojego w naprawie, offline byliśmy obydwoje. Łazilismy więc po wymarłych (w sam raz na Halloween) uliczkach trzymając się za ręce, napiśmy się kawy, zjedliśmy bardzo dobre ciasto z wiśniami i migdałami, trafiliśmy w końcu na jakiś bar i przy białym winie włączyliśmy prawie wyładowany, a wcześniej wyłączony w celu oszczędzać baterię, telefon Tego, wyszukaliśmy restaurację nepalsko-tybetańską, w której zamierzaliśmy zjeść kolację, i wróciliśmy do hotelu żeby się przebrać. A hotel był fantastyczny – jak zwykle wyszukany wśród ofert na booking.com (bo normalnie nie byłoby nas stać), czterogwiazdkowy, z wielkim, miękkim, niebiańsko wygodnym łóżkiem z szeleszczącą białą pościelą, łazienką z wielką wanną i mnóstwem gratisów (poczułam się zupełnie jak Ross Geller), można powiedzieć, że na tym etapie wyprawa opłaciła się już ze względu na sam hotel. Tybetańska kolacja rownież była niczego sobie, a na dodatek całkiem niedroga, a wieczór zakończyliśmy drinkami w barze o wdzięcznej nazwie Che Guevara, który rownież znałam z wcześniejszych odwiedzin u imienniczki. 

W niebiańskim łożu spało nam się wyśmienicie, a pierwszy listopada powitał nas ciepłym słońcem i doskonałym bufetem śniadaniowym. Po śniadaniu zostawiliśmy walizki w hotelu i udaliśmy się do pobliskiego miasteczka Königswinter, gdzie zamierzaliśmy udać się na stromą wędrówkę na szczyt podobno opiewanej w Pieśni o Nibelungach góry Drachenfels. Miasteczko okazało się ślicznym nadreńskimi kurortem, w którym w swoim czasie bywał i lord Byron,i nie można było wyobrazić sobie lepszej pogody na nasza wędrówkę. Płaszcz chwilami musieliśmy nieść ręku, widoczność była tak dobra, że z góry dawało się dojrzeć wieże katedry w Kolonii, a spożyta na słoneczku kiełbaska z frytkami smakowała wybornie. Jedyne, czego żałowaliśmy, to brak aparatu, ale weekend offline był jednak więcej wart niż jakiekolwiek zdjęcia.  

Do Aachen  wróciliśmy około osiemnastej i zaraz po powrocie zajęłam się googlowaniem nurtującego mnie pytania, dlaczego takie za przeproszeniem zadupie zostało stolicą. Okazało się, że w roku 1949, kiedy nawet nie istniały jeszcze dwa państwa niemieckie, a Berlin podzielony był na 4 sektory, slowa „stolica”  nikt nawet do ust nie brał, szukano jedynie tymczasowej siedziby dla organów rządowych, których obecność w Berlinie wraz z władzami sowieckimi wydawała się cokolwiek niepożądana. Bonn posiadało nienaruszone podczas wojny reprezentacyjne budowle, było faworytem pochodzącego z Kolonii Adenauera i wygrało – podobno niezupełnie czystą – walkę z Frankfurtem. Jako oficjalna stolica Bonn zaczęło figurować w dokumentach dopiero w połowie lat 70. Jako że jestem fanką powojennej historii Niemiec, poczułam się wielce zadowolona z poznanego nowego faktu. 

Tylko zdjęć nie ma. A update mojego telefonu jest taki, że naprawa przedłuży się z uwagi na brakującą cześć zamienną. 

Leave a comment »