Archive for Październik, 2017

O cudzie i świecie jak chusteczka

Więc jeśli chodzi o popsuty telefon. To chciałam go wyprawić w podróż z takim zapałem, że tylko przez zwyczajny cud, szukając pudełka, w którym przyszedł, trafiłam najpierw na pudelko wypełnione poprzednikiem, równie zepsutym, które się otworzyło i wypadł z niego ten malutki piździk ze szpikulcem do otwierania szufladki na kartę SIM. Co z kolei uświadomiło mi, że moja karta SIM, jak najbardziej sprawna, wciąż znajduje się w urządzeniu, którego tak bardzo chcę się pozbyć. Potem poszło już łatwo, kilometrowa kolejka na poczcie i zobaczymy co dalej.

Muszę przyznać, że wczoraj raczej nie byłam w najlepszym humorze świata, dzisiaj było nieco lepiej, może dlatego że zrobiłam kardio-pilates i włożyłam mój wielki, bladoróżowy, puchaty comfort-sweter (no co, jak istnieje comfort-food…). Ale i tak szampan się we mnie nie pieni. Do tego stopnia, że oglądając Californication myślę sobie właśnie, że tak naprawdę to jest potwornie smutny serial. 

Ostatnio przytrafiło mi się coś zabawnego – przeglądając instagram natrafiłam na przepiękny profil dziewczyny, fotografki, odnoszącej spore sukcesy, robiącej biznesy z Kasą Tusk i spędzającej zimy na Antypodach, z zachwytem pooglądałam zdjęcia oraz zalinkowanego bloga i doszłam do murowanego wniosku, że ta dziewczyna była jedna z moich kilku najlepszych koleżanek w podstawówce. Jedyną, z którą zupełnie stracilam kontakt, bo moje rodzinne miasto opuściła cała jej rodzina. Jak to mówią Hiszpanie, świat jest wielkości chusteczki! 

O, wino w kieliszku mi się skończyło. 

Reklamy

2 Komentarze »

O popsutym telefonie 

Punktualnie, jak co półtora roku nawalił mi telefon. Oczywiście na całej linii – wziął się wyłączył mimo prawie pełnej baterii i nie dał z powrotem włączyć. Żaden boot loader, żaden recovery mode, żaden martwy androidek, tylko napis Google i czarna dupa. Jako że kupiłam go na amazonie, a był na tyle uprzejmy, że zachciał paść przed ukończeniem dwóch lat, a tyle ma gwarancja, ci z amazona kazali go wysłać do naprawy, a w razie jej niemożliwości obiecali oddać kasę. Więc nawet nie wściekałam się jakoś straszliwie (głównie dlatego że mam iPada, nie oszukujmy się, z telefonu będzie mi brakowało tylko whatsappa) i uroczyście przyrzekłam sobie, że jak nie da rady go naprawić, zainwestuję w końcu w iphona. A jak i on siądzie po półtora roku, wejdę na ostatnie piętro najwyższego budynku w mieście, wyrzucę ustrojstwo przez okno i rozpocznę życie wolne od telefonu. 

Ten pojechał z kumplami na weekend do Budapesztu w celu świętować urodziny jednego z tych kumpli i jako że zupełnie nie miałam apetytu (nie że z miłości i tęsknoty, zwyczajnie tracę apetyt, jak muszę sama gotować), postanowiłam spożyć na kolację potwornie zdrowy zielony koktajl. Jak powiedziałam tak zrobiłam – zmiksowałam szpinak, ogórka, awokado i jabłko, przyjęłam do wnętrza i teraz odbija mi się błotem. Tak, błotem. A może mułem.

Jesień znoszę jak dotąd całkiem nieźle, pewnie dlatego, że jest 16 stopni i w miarę sucho, oraz rano wstawac muszę maksymalnie dwa razy w tygodniu. 

Chyba spać pójdę, bo właśnie dzisiaj był jeden z tych dwóch razów, nauczałam przez 9 godzin lekcyjnych i kaganek oświaty ciąży mi tak, ze nawet wino mi nie wchodzi. 

Leave a comment »

O pogodzie głównie 

I faktycznie. Dwadzieścia pare stopni w październiku, nowych botków nawet nie zdążyłam wyprowadzić na spacer, a zamiast tego na powrót wyciągnęłam Vagabondy aka kapcie. Jest pięknie. Ten wykorzystuje absolutnie ostatnie dni, kiedy może pójść na rower w ciągu tygodnia zanim zrobi się ciemno i codziennie WSTAJE O SIÓDMEJ żeby szybko skończyć pracę i wskoczyć raz na wyścigówkę, raz na MTB. (Ten ma nienormowany czas pracy i sam może określić jej początek i koniec – musi jedynie wyrobić godziny i zachować wszystkie dedlajny.)

Osobiście rozpoczęłam nowy semestr i, o cudzie, nie muszę rano wstawać w poniedziałki! Uważam że jest to absolutnie fantastyczne, bo wizja poniedziałkowego budzika o 6.40 zawsze skutecznie psuła mi niedzielny wieczór, a w obliczu pierwszych zajęć o 12.15 mogę się nim niezmącenie cieszyć. 

Weekendowe pierogi okazały się sukcesem, sama nie ulepiłam ani jednego, wykonałam tylko 3 farsze, zrobiłam ciasto, wałkowałam je po kawałku, wycinałam kołeczka szklanką, a lepieniem grzecznie zajęli się Ten i Seta. Wyszło ponad sto sztuk, które zostały pożarte co do okruszka. Piękna pogoda ułagodziła mnie do tego stopnia, że w niedzielę – jako że zostało sporo farszu – zgodziłam się zrobić nieco ciasta jeszcze raz, tylko dla Tego, który znowu ulepił wszystkie. Tak to możemy współpracować. 

A w ramach maratonów starych seriali teraz lecimy z Californication – widziałam chyba tylko dwa pierwsze sezony i prawie nic nie pamiętam. A swoją drogą -David Duchovny mnie nie rusza wcale, natomiast Hank Moody jak najbardziej!   


A tak było w niedzielę. 

Leave a comment »

O świętowaniu dnia nauczyciela

Conajmniej do wtorku zapowiadają temperatury od 19 do 24 stopni. I słońce. Już wczoraj, wlokąc się do domu po 10 godzinach zajęć mialam wrażenie, że to wiosna, ciepły, łagodny zmrok, niebo zwiastujące słoneczny dzień, mnóstwo ludzi na ulicy, większość odziana w same swetry, knajpiane tarasy pełne. Taką jesień to ja rozumiem, a ten ziąb sprzed miesiąca to niewątpliwie specjalnie dla nas był, żebyśmy szybciutko o urlopie zapomnieli (po mojej opaleniźnie nie ma już śladu). 

A jako że z Polski przywieźliśmy sobie nieco wędzonych wędlin (tutaj niezbyt popularnych) i litr wolnocłowej żubrówki, Temu wreszcie udało się wrobić mnie w pierogi i na dzisiaj zaproszeni są goście w celu świętowania. Nie wiem czego, dnia nauczyciela na przykład. Pasuje, moja przyjaciółka Annabelle dzieli ze mną profesję i miejsce pracy. (To znaczy, kiedy akurat nie jest w ciąży albo na macierzyńskim.) I dzisiaj po raz pierwszy przyjdą z obydwojgiem dzieci, a Seta zamówiony jest na pomaganie, bo doprawdy dla 7 osób nie zamierzam sama tych pierogów lepić. 

A wracając do tematu dzieci Annabelle, prawie dwuipółletni Lorenzo jest najbardziej zdumiewającym dzieckiem, jakie znam. Doskonale dwujęzyczny, na widok osoby od razu wie, czy uderzać do niej po hiszpańsku czy po francusku, potrafi liczyć do dwudziestu, dodawać do 10 oraz, uwaga, wymienić w kolejności i rozpoznać z twarzy PLANETY UKŁADU SŁONECZNEGO. (Wszystko w obydwu językach bajdełej). Niewątpliwie przyczynił się do tego kontakt z wujkiem Setą (prawie doktorem fizyki teoretycznej) i kupowanymi mu książkami, ale UKŁAD SŁONECZNY?!? Osobiście posiadłam ową wiedzę w wieku lat 13, będąc w siódmej klasie podstawówki. 

Zobaczymy czy polubi pierogi. 

Leave a comment »

O wybuchowych kasztanach

Ten weekend, dla Tego pierwszy od półtora miesiąca, postanowiliśmy spędzić w domu i w SPOKOJU. Nigdzie nie łazić, nikogo nie przyjmować, nikogo nie widzieć. Tylko my, wino i netflix. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy, wyszliśmy jedynie w sobotę w celu zrobić zakupy, i, oprócz innych produktów, zakupiliśmy też kasztany jadalne, z zamiarem przygotowania ich w piekarniku. W drodze powrotnej z kasztanami Ten niósł w objęciach sześciopak ciemnego piwa Köstritzer i prawie przed samym domem, na przejściu dla pieszych dwie flaszki wymsknęły mu się z kartonowego trzymaka i z wielkim impetem rąbnęły o ziemię. Oprócz impetu huk też był porządny, piwo zapieniło nam się pod nogami, cudem chyba nie pryskając na moje nowe, JASNE, zamszowe trampki, więc do domu wróciliśmy z początkiem zawału i migotaniem przedsionków. Rozpakowaliśmy zakupy, nacięliśmy kasztany na krzyż, namoczyliśmy i wystawiliśmy do piekarnika. Po 20 minutach wydawały się dobre, a wyjmując blachę zauważyłam mimochodem i skomentowałam głośno fakt, że jeden z kasztanów nie otworzył się w piecu. Wysypaliśmy pożywienie do miski, Ten chwycił w jedną rękę szklankę z ocalałym piwem, w drugią miskę z kasztanami i ruszył do salonu, a ja za nim, z własnym piwem w dłoni. Słowa, że te kasztany tak dziwnie szumią zamarły Temu na ustach, gdy nieotwarty kasztan zrobił BUM!!!!!! i eksplotował zawartością na przedpokój, buty Tego i, rozlane przez nerwowe wzdrygnięcie piwo, które najwyraźniej nie było nam pisane. Po dwóch minutach ciężkiego oddychania i trzymania się za serce można było posprzątać bajzel w przedpokoju i ostrożnie donieść naczynie z wybuchową zawartością do salonu.

Kasztany spożylismy oglądając się nerwowo za siebie przy każdym dźwięku i trzymając miskę możliwie daleko. Więcej wybuchów tej soboty nie odnotowaliśmy. 

A dziś, spragniona zakwasów, bo dawno nie miałam, wykonałam 51 minut kickboxingu połączonego z treningiem mięśni brzucha i grzbietu. Już czuję, że mnie NIE ZAWIEDZIE. 

Leave a comment »

O początku jesieni i swetrach 

Wróciliśmy z Polski i zaczęła się jesień. Zaczął się rownież nowy projekt w pracy, a mianowicie nauczenie od postaw niemieckiego języka grupy indonezyjskich 18-19latków, którzy zamierzają w tym kraju rozpocząć studia. Nie powiem, wiek owej młodzieży nieco mnie przeraża, bo zdecydowanie wolę pracować z dorosłymi, ale podobno ich młodzieńczy zapał do nauki ma swoje plusy. Dziś pierwszy dzień, zobaczymy. 

Z nadejściem jesieni zaczęłam rownież kupowanie swetrów, i w tym roku ciągnie mnie do kolorów (w szafie posiadam z 4 swetry rożnego kroju wprawdzie, ale wszystkie szare. Oprócz tego dwa czarne, jeden ciemnobordowy i jeden neutralno-beżowy), więc oprócz już wspomnianego ceglastoczerwonego, zakupiłam jeszcze musztardowożółty i zamówiłam pudrowy brudnoróżowy. Poza tym lubię tej jesieni spódnice midi i kicham na fakt, że nie służą niewysokim osobom. 

Treningi we wrześniu mi trochę kulały (13 na 30 dni) i postaram się poprawić znowu ten wynik w październiku. Mimo wszystko jednak w Polsce nie przytyłam wcale, co wydaje się cudem zważywszy na fakt, że moja siostra dwa dni przed naszym przyjazdem w całości spędziła w kuchni i usiłowała za wszelką cenę wcisnąć w nas efekty owego stania przy garach. Całe szczęście głównym jej targetem był Ten, a on chętnie dawał w siebie wciskać pożywienie. 

A pod koniec miesiąca znowu dwa dni wolne i mam dużą nadzieję, że znowu się uda na chwilę gdzieś wyskoczyć. 

Leave a comment »