Archive for Wrzesień, 2017

Można by rzec, że o sobocie doskonałej

Tego nie ma do jutra i tak naprawdę brakuje mi go z jednego powodu – chciałabym dalej oglądać Bloodline, a nie oglądam, bo nie jestem świnią i na niego zaczekam. Chociaż mnie świerzbi!

A dziś rano obudziłam się o 9, po rozkosznych 10 godzinach snu, poprzedzonych połową sezonu Friends from college (można sobie darować, mimo że gra Robin z HIMYM), śniadanie zjadłam w łóżku, kawę wypiłam w łóżku, kurier przyniósł paczuszkę z Zary, której zawartość w pełni mnie usatysfakcjonowała, a potem, koło 11, wylazłam z łóżka i ogarnęłam chatę. Z bardzo prostego powodu – kiedy jest posprzątane i ładnie, jeszcze bardziej cieszę się byciem sama w domu. Po skończeniu wywloklam matę i kettle i odpracowałam 45 minut machania żelastwem.  Następnie nałożyłam maskę na włosy i miałam czas żeby potrzymać ją ponad pół godziny. Po prysznicu spożyłam obiad, ubrałam się w nowy sweter i nowe portki, umalowałam usta czerwoną szminką od nieteściowej, doskonale pasującą do swetra, i wyszłam na spacer i zakupy, bo świeciło piękne słońce i miasto było pełne życia i sąsiadów zza holenderskiej granicy. Wróciłam z żarciem, łańcuchem z papierowych lampioników i płaską miseczką w kształcie ananasa. Lampioniki udrapowałam tak, żeby zwisały z karnisza w salonie, a miseczkę uplasowałem na stoliku nocnym i zapełniłam najczęściej używaną biżuterią (głównie kolczykami), która do tej pory walała mi się tam luzem. Po czym ustabilizowałem się na kanapie z autobiografią Chmielewskiej w jednym tomie, bo bardzo miałam ochotę na coś babskiego i mojego. 

Na kolację przygotowałam sobie w piekarniku frytki z batatów, dodałam jajko sadzone i pół awokado, wlałam sobie kieliszek wina i zakończyłam sezon Friends from college (wciąż nie polecam jakoś szczególnie gorąco). Potem obejrzałam dość niepokojący film dokumentalny What the health, traktujący o szkodliwości jedzenia mięsa i produktów odzwierzęcych, pocieszałam się, że osobiście jem coraz mniej, mleka nie piję, ser ograniczam, cóż, jedynie te jajka zostają, może przejdą mi jakoś ulgowo, przeleciałam Instagram, napisałam tego posta i postanowiłam iść spać. 

Niedziela ma to do siebie że czuje się już na karku oddech poniedziałku, ale wieczorem wróci Ten i obejrzymy Bloodline! 

Reklamy

Leave a comment »

Chyba o nadchodzącej jesieni

Naprawdę nie wiem dlaczego pourlopowy nastrój trwa tak krótko, ale ten raz nie był żadnym wyjątkiem – niby to tylko 10 dni, a już w ogóle nie pamietam, że na jakimś urlopie byłam. Kurs intensywny niby spokojniejszy, ale oprócz niego dowalili mi jakieś zastępstwa, więc połowę dni wracam do domu prawie o tej samej godzinie, o której z niego wyszłam, tyle że 12 godzin później. Po czym marzę już tylko o łóżku, bo takie długie dni z niedostateczną ilością snu są ZNACZNIE trudniejsze do przełknięcia. 

Najważniejszy ze wszystkiego jest jednak fakt, że WRESZCIE WYSZŁO SŁOŃCE, dni zaczęły przypominać babie lato, a wczoraj i dzisiaj miałam na sobie lekki trencz oraz gołe stopy bez skarpetek i BYŁO MI CIEPŁO. Po tym, jak w zeszłym tygodniu codziennie miałam na sobie botki i prawiezimowy płaszcz, a przy sobie parasol, już prawie zapomniałam, jak to jest, jak człowiek idzie sobie po ulicy, słońce grzeje mu twarz i jest mu ciepło. Oraz skończyłam pracę o godzinie 12:45, naplułam i nakichałam na ambitny plan przygotowania już zajęć na poniedziałek i zamiast tego poszłam do domu pieszo, powolnym spacerkiem, przeszłam się po mieście i zahaczyłam o delikatesy, w których kupiłam bardzo dobre argentyńskie wino z winnicy Finca Las Moras. Wino zamierzam spożywać powolutku przez cały weekend, gdyż jestem znowu sama – Ten integruje się ze swoim biurem w Berlinie na wyjeździe integracyjnym. 

Jeśli zaś chodzi o jesień, to chyba jestem już pogodzona z losem – to słońce i małe zakupki w Zarze tak mnie pokojowo nastroiły. Paczuszka przyjdzie jutro, a w niej spodnie w drobną czarno białą kratkę, gruba, pasiasta spódnica z frędzlami, pomidorowy sweter z obszernymi rękawami i biała, nieco wiktoriańska bluzka. Już nawet prawie się cieszę, a że w tym semestrze będę pracowała głównie po południu, nie zabraknie mi czasu na dobieranie do siebie sztuk odzieży! (Nienawidzę ubierać się w pośpiechu o 7 rano, a przygotować sobie outfit dzień wcześniej udaje mi się rzadko, dlatego podczas intensywnego zwykle jestem mało zadowolona z tego jak wyglądam, co ma wpływ na mój nastrój.) 

A w przyszły weekend jedziemy na chwilę do Polski i polską złotą jesień intensywnie uprasza się o obecność, bo planujemy ognisko z kiełbaskami na działce nad jeziorem!

Leave a comment »

O skończonych wakacjach

Zaprawdę powiadam Wam, dwa tygodnie to jednak dwa tygodnie. Bez obowiązków, bez budzika, bez gnębiących myśli. Trzy dni sam na sam na najpiękniejszej plaży świata zaowocowały czekoladową opalenizną i mnóstwem tuńczyków w ustroju oraz tortillą i gazpacho w charakterze obiadu na kocyku i nieskończonymi historiami opowiedzianymi przy zimnym piwku i oliwkach, rownież na kocyku. Przysięgłabym, że większość czasu spędziłam w cieniu, bo z wiekiem coraz gorzej znoszę smażalnie w pełnym słońcu, ale prawie brunatny odcień mojej skóry lekko przeczy temu stwierdzeniu. 

Tymczasem od wczoraj jesteśmy znowu w domu i strasznie marzniemy. Nie rozumiem dokładnie zjawiska – 16 stopni i okazjonalne przebłyski słońca to przecież NIE AŻ TAK ZIMNO?!? A ja mam ochotę wyciągnąć co najmniej botki i cieplejszy płaszcz. (Dla ścisłości – w Marbelli też nie było potwornych upałów, wieczorami było zgoła zimno, a przez pierwsze trzy dni prawie nie było słońca i padało.) Oraz jestem przeziębiona, smarkam i kicham. Mimo wszystko nie narzekam, bo bardzo na urlopie odpoczęłam, bateryjki doładowałam oraz w ogóle nie przytyłam. Działałam po prostu z fitnessblenderem jak gdyby nigdy nic, nie odmawiałam sobie niczego i mimo to żadna cześć garderoby nie opina mnie bardziej niż przed wyjazdem. 

W międzyczasie zrobiłam się rownież rok starsza i dostałam od Tego między innymi piękny, nowiutki, 10-kilowy kettlebell. Odpaliłam więc dziś stosowny filmik i hoho! Z 4 do wyboru (2,5; 6; 8 i 10 kg) mogę wreszcie prawidłowo dostosować ciężar do ćwiczenia. No prawie – pomiędzy pierwszym i drugim jest spora różnica i taka czwóreczka pomiędzy byłaby idealna. Chociaż możliwe, że wtedy 2,5 stałoby się zbędne, ale to sprawdzę, jak dorobię się czwóreczki. 

Jutro początek intensywnego, hejho! W tym semestrze chyba wreszcie nieco spokojniejszy. 

A na zakończenie pare impresji.

Zachód słońca w Marbelli

Niebo w moje urodziny.

Moje urodziny w niejednokrotnie tu wspomnianym barze Francisco. Za barem sam Francisco czyli Paquito. 

Paella w barze na plaży.

Ten i ja podczas spacero-dżogingu.

Pierwsze, zachmurzone dni. Chmury też są fotogeniczne.

Widok z pomostu na plażę. 

 

Leave a comment »

O andaluzyjskich chrzcinach

Już prawie tydzień wakacji za nami i wczoraj nastąpiło wydarzenie ekstraordynaryjne: urodzone w kwietniu bliźniaki kuzyna nieteściowej zostały ochrzczone, a celebracja wyżej wymienionego odbyła się na feria de Estepa, festynie w miejscowości, z której pochodzi cała rodzina Tego oraz mantecados, tradycyjne bożonarodzeniowe hiszpańskie słodycze. (Nieistotne dla rozwoju akcji, podaję tylko jako ciekawostkę.) Przygotowania do chrzcin trwały od jakiegoś czasu, a najwięcej uwagi poświęcono – jakżeby inaczej – odzieży. Z uwagi na miejsce celebracji, w zaproszeniach zachęcono kobiety do wystąpienia w tradycyjnych sukniach gitana (a tak, ja też taką posiadam), jednak rodzina Tego nie zdecydowała się na taką opcję i zamiast tego postawiła na AKCENTY. Podczas poszukiwania stosownego outfitu dostałam od nieteściowej wyraźne wytyczne odnośnie tych AKCENTÓW: miało być radośnie, kolorowo, z falbanami i/lub w kropki, z kwiatami we włosach, wyrazistym makijażem i dużymi kolczykami. Kwiaty we włosach skreśliłam od razu, nie miałabym jak ich w te włosy wczepić, w poszukiwaniach przeszłam przez najróżniejsze opcje, a sukienkę doskonałą znalazłam chyba z 2 tygodnie przed wyjazdem: w ogólnie przeze mnie nielubianym żółtym kolorze, w szare kwiaty, z falbaniastym dekoltem i dołem, a na jej widok od razu doznałam wizji skombinowania jej z czerwonymi koralowymi dodatkami: paznokciami, kolczykami, szminką i butami. Jak pomyślałam tak zrobiłam, problem miałam tylko ze szminką: nigdzie nie mogłam dostać koralowo-pomarańczowawego odcienia czerwieni. Już miałam zamiar udać się do jednej z drogerii, w której ekspedientki od progu rzucają się do pomagania, i poprosić żeby mi taką znalazła, kiedy któregoś dnia nieteściowa po powrocie z zakupów w ichniejszej Biedronce rzuciła od niechcenia Ach, proszę, kupiłam ci szmineczkę, kolorek bardzo ładny, co? (Andaluzyjczycy UWIELBIAJĄ zdrobnienia.) I faktycznie. Kolorek jakiego szukałam tygodniami, znaleziony w trzy sekundy w supermarkecie. 

W wielki dzień wyruszyliśmy wczesnym rankiem o 9, każdy miał swój outfit na wieszakach, dzień zapowiadał się upalny, nieteściowa miała przygotowaną białą koszulę i czarne spodnie z własnoręcznie pomalowaną tradycyjną chustą, a że jest z tych, którym zawsze gorąco, w ostatniej chwili wrzuciła do torby sukienkę, na ewentualną zmianę. Każdy chwycił swoje wieszaki, swoje torby, auto zostało zapakowane i w piątkę, wraz z siostrą Tego i chłopakiem nieteściowej ruszyliśmy w drogę. Półtorej godziny zleciało nam szybko, w ostatniej części głównie na podśmiechujkach z kuzyna Tego, który ZAPOMNIAŁ GARNITURU i musiał wracać się po niego do Sewilli. Niedowierzające hahahajakmożnazapomniećgarnituru przeszło nam (na chwilę) jak ręką odjął, kiedy po opuszczeniu samochodu okazało się, że nieteściowa zostawiła swoje wieszaki na kanapie w salonie. Na szczęście w torbie była awaryjna sukienka, oryginalne buty i chusta oraz wszystkie dodatki, i kiedy okazało się że wyglada fantastycznie, wszyscy śmiali się z niej już otwarcie. Niestety nie był to koniec jej pecha, bo po zaparkowaniu przed hostelem, w którym miała nocować ona i jej chłopak (Ten, jego siostra i ja mieliśmy łóżko w domu babci), okazało się, że po rezerwacji na jej nazwisko nie ma śladu ni popiołu. Rownież i to znalazło rozwiązanie w postaci materaca na podłodze w salonie babci, a godziny, jakie spędziliśmy na zabawie będziemy jeszcze długo wspominać. Wieczór zakończył się o trzeciej nad ranem, jedzeniem churros maczanych w gęstej czekoladzie, a dzisiaj rano nikt nie miał kaca, a wszyscy zakwasy w brzuchach od śmiechu. 

Ten i ja, jak widać.

Ja z żeńską częścią bliźniaków. Ja zjadłam już szminkę a Trianie zdjęto już sukienkę z falbanami.


Feria z zewnątrz. Nie wszyscy byli częścią chrzcin. 

Leave a comment »