Archive for Lipiec, 2017

O dobrym w tym tygodniu

Gdybym miała powiedzieć, co dobrego wydarzyło się w tym tygodniu, to jedyne co przychodzi mi na myśl to dzisiejszy good hair day. I może jeszcze bardzo ładne czerwone koralowe sandałki na wygodnym szerokim obcasie, zakupione dziś w Mango za 1/3 pierwotnej ceny, na które Ten spojrzał z wielkim zdziwieniem i zapytał na jaką okazję kupiłam coś tak strojnego. Otóż na żadną, zamierzam nosić je z prostymi w kroju dżinsami (nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam na sobie rurki) i kto wie czy nie tiszertem. Poza tym, nic, pustynia i bezludna wyspa, stres, nerwy i znowu czekanie na mejla. Chyba jestem skazana na wieczne czekanie na jakieś mejle, ciekawe co takiego zrobiłam. 

A dzisiaj rano pobiłam rekordy szybkości, o 8.17 zakończyłam bycie informowaną, że jedna koleżanka, z którą prowadzę aktualny kurs nie przyjdzie do pracy i pytaną czy mogę ją zastąpić, a o 9.00 wchodziłam do sali, w której miałam zajęcia. W międzyczasie zdążyłam wziąć prysznic (akurat wypadało mi spanie z olejem rycynowym na głowie, więc absolutnie NIE MOGŁAM nigdzie iść bez umycia włosów), wysuszyć łeb, ubrać się, umalować i wypić kawę. Banana zjadłam po drodze. Uważam, że powinnam dostać medal. 

Z inną z kolei koleżanką prawie zderzyłem się wczoraj w drzwiach w pracy, po czym spojrzałyśmy na siebie i wybuchłyśmy wielką wesołością: obie miałyśmy na sobie białe bluzki z haftowanymi kwiatami, jasne dżinsy i jasne espadryle na płaskim koturnie. Bluzki miały wprawdzie zupełnie inny krój, ale zawsze!… Mówię, pustynia i bezludna wyspa. 

Comments (1) »

O życiu jak w Madrycie

Wróciliśmy. Z bardzo mieszanymi uczuciami, bo:

Po pierwsze pogoda. Naprawdę zaczynam wierzyć, że na festiwalach NIE MOŻE być ładnej pogody. Możliwe też oczywiście, że to my przyciągamy deszcz, ale czy dwie osoby naprawdę mogą sprawić, że dokładnie na czas trwania festiwalu skończy się ponad trzydziestostopniowy upał i spadną deszcze zdolne zalać kilka stacji metra oraz odwołać kilka lotów…? Po zakończeniu festiwalu upał wrócił ma swoje miejsce.

Po drugie rock and roll is not dead. Zarówno Foo Fighters jak i Green Day dowiedli tego nie zostawiając miejsca na wątpliwości. Nigdy nie byłam jakąś zapaloną fanką żadnego z nich, a o tym że wokalista Foo Fighters to ten z Nirvany dowiedziałam się może z 7 lat temu, ale oba koncerty były fantastyczne: ostre darcie japy, świetne gitary i doskonała interakcja z publicznością. A jak Dave na sam koniec zaintonował I’ ve got another confession to make… I’m your fool to łzy same, bez mojej zgody, potoczyły mi się po policzkach. Takie koncerty to ja rozumiem. 

Po trzecie wypadek. Drugiego dnia, przed koncertem Green Day właśnie, podczas występu akrobatów na linie, jeden z nich spadł z wysokości 28 metrów i upadku niestety nie przeżył. Osobiście tego nie widziałam, dowiedziałam się dużo później z szeptanej poczty pantoflowej, nie wiedząc nawet czy to fakt, czy plotka. Plotka okazała się faktem, przy czym Green Day nie zostało powiadomione z uwagi na możliwość odwołania koncertu, w co wielu uczestników festiwalu nie uwierzyło, i dało upust niewierze w komentarzach o braku serca i człowieczeństwa. Osobiście nie mam wątpliwości że nie wiedzieli, dziwne wydaje mi się natomiast zachowanie organizatorów, gdyż w tym samym dniu nie było absolutnie żadnej oficjalnej informacji, wypadek po prostu został pominięty milczeniem, oficjalnie z powodu obaw o wybuch paniki i niemożność zachowania bezpieczeństwa w wypadku przerwania imprezy. Nieoficjalnie, nie wiem czy nie z powodu strachu, że fani zechcą odzyskać pieniądze za odwołane koncerty. 

Po czwarte saturday night in Madrid. Jak już wspomniałam, ostatniego dnia odpuściliśmy sobie festiwal, tym bardziej bez żalu, że po wyżej wymienionym punkcie trzecim, mieliśmy lekki niesmak. Zamiast tego udaliśmy się do centrum i chyba po raz pierwszy w Hiszpanii kolacja była (tylko) okay. Nic więcej. (Wino natomiast doskonale, jak zawsze.)

Po piąte (ale to już nie wina Madrytu) powrót. Lecieliśmy do belgijskiego Charleroi, było potwornie wcześnie, a my niemożliwie niewyspani, i WSZYSTKIE pociągi miały opóźnienie. Aż do dzisiejszego poranka miałam wrażenie, że cierpię na narkolepsję, zasypiałam prawie na stojąco i nie byłam w stanie na dobre się dobudzić. 

I po ostatnie nie związane z tematem chciałam publicznie ogłosić, że kocham Unię Europejską, kocham tę oczywistość, z jaką przy rezerwacji lotu wybieram lotnisko, nie zwracając uwagi czy leży w Niemczech, w Belgii czy w Holandii, a patrząc tylko na dogodność czasową i finansową, bo mogę swobodnie dotrzeć pociągiem gdzie tylko zechcę, nie czując, że zmieniłam kraj pobytu. Kocham za zniesienie roamingu, za możliwość korzystania z telefonu i z internetu praktycznie bez granic ni kordonów. I to są tylko dwa najnowsze powody mojej miłości. 


Ekipa festiwalowa w specjalnie zakupionych płaszczach przeciwdeszczowych. Na szczęście nie musieliśmy z nich korzystać. 


Madcool 2017. Bardzo słodko-gorzki. 

2 komentarze »

O mignięciu czerwca i początkach lipca

Nie mówiłam, że czerwiec tylko mi mignie przed oczami? No i mignął. (Oraz zgodnie z przewidywaniami treningi mi nieco kulały – na 30 dni tylko 12 było treningowych. Najgorszy wynik od lutego.) Już mamy lipiec, i to trzeciego, co oznacza, że za dwa dni (pojutrze!) lecimy do Madrytu na Madcool. Ze względu na fantastyczne reakcje z Openera najbardziej cieszę się na Foo Fighters i mam nadzieję że w 30 stopniach wyjdzie im tak samo dobrze, jak w polskiej ulewie. Na te 30 stopni też się cieszę, tym bardziej, że ostatniego dnia festiwalu czyli w sobotę raczej go sobie podarujemy, bo nasi gospodarze idą na wesele, i wybierzemy rundkę po madryckich barach. 

A wczoraj przez Aachen przejeżdżało Tour de France i Aachen oczywiście musiało obronić swoją złą sławę: dokładnie 10 minut przed dotarciem kolarzy do miasta zaczęło lać i dokładnie 5 minut po jego opuszczeniu wyszło słońce. My natomiast zorganizowaliśmy sobie „Tour Party” z paellą i różowym winem oraz dokładnym podziałem na gender: po obiedzie mężczyźni (włącznie z 2-letnim Lorenzo) udali się na balkon w celu palić i pić rum, a kobiety (włącznie z 3-miesięczną Luisą) zostały w salonie w celu oglądać i komentować teledyski na kanale Topreggeaton i pić wino. 

Tymczasem powinnam pakować walizkę, a nie mam bladego pojęcia, co na ten upał do niej włożyć. 

Leave a comment »