Archive for Maj, 2017

O miłości do samotności 

Wiecie za co chyba najbardziej cenię moją przyjaciółkę Annabelle? Za to że rozumie i szanuje moją miłość do samotności. Nie żebym była jakimś totalnym odludkiem i dzikusem, nawet nie nazwałabym siebie introwertykiem (chyba trudno by mi było w tym wypadku wykonywać mój zawód), i ogólnie lubię przebywać z Tym, ale kiedy wyjeżdża, szczególnie w tych pierwszych dniach, bo co za dużo to niezdrowo i w końcu mi się znudzi, ale w tych pierwszych dniach czuję się fantastycznie. Jak bohaterka serialu. Albo teledysku. Nic nie musieć. Chodzić w samym tiszercie (Tego). Jeść kolację lub jej nie jeść. Siedzieć na kanapie z ajpadem i winem. Ciurkiem oglądać szwedzkie i duńskie seriale na netfliksie, nie mogąc spuścić oka z napisów, aby nie przegapić nic z dialogów, a jednocześnie delektujac się dziwnym brzmieniem. I winem. Iść spać o dwudziestej albo o drugiej nad ranem. Siedzieć w łazience do wypęku. Każdy punkt z wyżej wymienionych mam na sumieniu, a w sobotę, pierwszy i najlepszy dzień mojej samotności, odrzuciłam dwie propozycje rozrywek. Pierwszej proponującej skłamałam, że mam coś do roboty, bo głupio mi było powiedzieć, że dzięki, ale wolę być sama. Nic mi nie jest, nie jestem chora ani smutna, po prostu lubię. Annabelle natomiast na pytanie czy mam plany na wieczór, bez obaw czy pomyśli że zwariowałam, za to z entuzjazmem, poinformowałam o wyżej wymienionych. I ona tylko się zaśmiała i kazała mi się rozkoszować samotnością. Czy to nie fajne?

Dziś natomiast był dzień doprawdy wielkich sukcesów, bo jedząc obiad poplamilam awokado bluzkę, którą miałam na sobie na zajęciach porannych, a prasując jedyną bluzkę na zmianę, ktora pasowała do reszty ałtfitu, upaliłam jej rąbek. Centralnie, na froncie. I musiałam przebierać się cała, więc na zajęciach popołudniowych wystąpiłam w kiecce. 

A jutro ostatni dzień mojej samotności i nie powiem, gdyby nie było takiej ładnej pogody, wizja Tego w słonecznej Hiszpanii pewnie irytowałyby mnie znacznie bardziej. Oraz gdyby nie miał mi przywieźć dziwnych butów z Zary.

Leave a comment »

O serniku i opatrzności

Jak ja jednak zrobię sernik, to nie ma wiecie czego wiecie gdzie. Ten uwielbia cytrynowe desery, ja osobiście nie bardzo, ale wczoraj miał urodziny i oczywiście mógł wyrazić życzenie odnośnie ciasta, a ja życzenie obiecałam spełnić. Życzeniem był sernik cytrynowy i zupełnie przypadkiem (przepis wyszukałam w internecie na chybił trafił) udało mi się nie tylko stanąć na wysokości zadania, ale nawet powiedziałabym, że nieco ponad zadaniem. Oraz okazało się że nie bardzo lubię tylko serniki z AROMATEM cytrynowym, a te zawierajace w sobie sok i skórkę z trzech prawdziwych cytryn i mnie nadzwyczajnie smakują, a jeśli na wierzchu mają cytrynowy sos, to już w ogóle. Optyką oczywiście nie oddaje smaku, ale popatrzcie sami:


Dzisiaj za to zapomniałam portfela do pracy, a zajęcia miałam od 8.15 do 15.45. I nie miałam ani na kawę (wstałam o 6.30), ani na nic do zjedzenia (śniadanie jadłam o 7.15) ani na autobus z powrotem, a lało. Parasola też nie miałam. Opatrzność jednak była dla mnie łaskawa, bo w torebce znalazłam jeden chrupki chlebek (nie Wasa, tylko taki grubszy i bardziej ścisły, ze słonecznikiem i innymi ziarenkami), co pozwoliło mi nie umrzeć z głodu, a rano nie mogąc znaleźć skórzanej kurtki, którą zamierzałam włożyć (później znalazłam ja wisząca spokojnie na wieszaku, więc musiała to być opatrzność), chwyciłam oliwkową nieprzemakalną parkę z kapturem, co z kolei pozwoliło mi dotrzeć do domu w stanie dość suchym. 

Teraz cziluję na kanapie i nawet się cieszę na samotny weekend (Ten dzisiaj w nocy wyrusza w podróż do Marbelli). Chociaż oczywiście słońca i ciepła będę mu bardzo zazdrościć. Oraz posiadam wino i nie zawaham się go otworzyć, mimo że samotne spożycie może WIADOMO JAK o mnie świadczyć. 

Leave a comment »

O powiewie optymizmu

Ja nie wiem czemu ten czas tak GNA, nawet nie zdążyłam napisać że już po triathlonie. Ten postawił sobie za cel wyrobić się poniżej półtorej godziny, i proszę! 1:29:34. Był bardzo zadowolony, a ja miałam mokre oczy tylko kiedy się żegnał przed wejściem do basenu i kiedy wreszcie dobiegł. A potem poszliśmy na hamburgera i piwo i była to bardzo fajna nietypowa niedziela. 


Treningi mi za to w ubiegłym tygodniu bardzo kulały, zdążyłam zrobić tylko dwa, bo ani sobotni ani niedzielny plan nie przewidywał wolnej godzinki. 

Tymczasem PODOBNO wczoraj był ostatni dzień tej zimnicy. Od teraz do końca maja ma być ciepło, choć czasem deszczowo. Z tej okazji zamówiłam w hiszpańskiej Zarze dziwne buty – Ten mi odbierze w Marbelli za półtora tygodnia. A razem lecimy tam na długi weekend w Boże Ciało – miałam wprawdzie nie opuszczać już zajęć żeby nie musieć ich potem odrabiać, ale what the hell, nie mogę przecież czekać do sierpnia z odwiedzinami mojego ulubionego leżaka nad basenem z widokiem na górę na tle błękitnego nieba!… Sorry studenci. A Madryt i festiwal Madcool też już niedługo, i obrazki w końcu popowieszaliśmy na ścianach, i nowe łóżko kupimy w tym miesiącu, i wstałam dziś o ósmej, żeby przed pracą poprawić testy i poćwiczyć, i plan zrealizowałam, i w ogóle to dzisiejsze błękitne niebo za moim własnym oknem jakoś mnie tak natchnęło, że musiałam się podzielić optymizmem!… 

Leave a comment »

O złośliwości rzeczy martwych i ludzkiej glupocie

Złośliwość rzeczy martwych oraz ludzka głupota nie mają granic, co przedwczoraj pokazał mi dobitnie uwielbiany przeze mnie i ogólnie bezproblemowy mak. A było to tak: kto ma maka ten wie, że przy pierwszym użyciu zakładany jest profil oraz należy ustalić hasło do odblokowania urządzenia, i to hasło automatycznie jest zapisywane w tak zwanym pęku kluczy, służącym do otwierania, tudzież dokonywania zmian w ustawieniach wszystkich programów. Jako że ja mojego maka nigdy nie wyłączam, hasła podawać nie muszę i po jakimś czasie nie mogłam go sobie przypomnieć. Możliwe, że zdarzyło mi się to więcej niż raz, za każdym razem, kiedy komputer wyłączał mi się z braku prądu, ale za każdym razem udawało mi się to hasło zmienić przez tak zwane Apple-id. I wszystko było fajnie do przedwczoraj właśnie, kiedy to przyszła nowa drukarka i ambitnie postanowiłam ją zainstalować i skonfigurować z makiem przez wifi. Czytać ogólnie potrafię, po niemiecku rozumiem jak po polsku, więc zadanie trudnością nie przerażało. Podłączyłem kable, wetknęłam tusze, zainstalowałam sterowniki i w końcu doszłam do konfigurowania przez wifi, a pęk kluczy w maku uprzejmie poprosił mnie o hasło dostępu do wyżej wymienionego. Wstukalam aktualne, różniące się oczywiście od pierwotnego, a mak niezmiennie uprzejmie, chociaż z irytującym tępym dźwiękiem, powiadomił mnie że nic z tego. Wypróbowałam, jak mi się zdawało, wszystkie hasła, jakich w życiu użyłam, a w odpowiedzi słyszałam tylko znienawidzony tępy dźwięk. Zresetowałem komputer. Wymeldowałam użytkownika mnie. W przypływie rozpaczy nawet zaktualizowałem wersję systemu operacyjnego, i za kazdym razem pojawiało mi się nie dające się w żaden sposób ukryć ani wyłączyć żądanie hasła do pęku kluczy. Na stronie suportu technicznego Apple znalazłam w końcu informację, że przy każdej zmianie hasła należy aktualizować pęk kluczy, gdyż hasło nie zostaje zmienione automatycznie. Rychło w czas. Strona informowała poza tym, jak te klucze zaktualizować w mojej sytuacji, i jako pierwszy krok kazała wybrać z zakładki Zarządzanie pękiem kluczy opcję Ustawienia. Siedziałam nad tym makiem już trzecią godzinę, zęby same mi zgrzytały, pęk kluczy przesłaniał świat i zaciemniał umysł, upiorny dźwięk dzwonił w uszach i w tamtym momencie moja zakładka opcji Ustawienia po prostu NIE MIAŁA. No nie było jej i już. Klikałam we wszystko bez rezultatu i wpadałam w coraz większą złość, nie rozumiejąc, dlaczego nie ma tej cholernej zakładki, skoro być powinna. Ten w międzyczasie zdążył przyjść z pracy, zrobić kolację, poradzić mi nic mądrego nie potrafił, bo na maku się w ogóle nie zna, a ja w końcu się poddałam i zgodziłam zanieść ustrojstwo do sklepu, w którym je kupiłam, z nadzieją, że tam mi coś poradzą. Po kolacji, z pełnym żołądkiem i już bez łez złości w oczach, jeszcze raz otworzyłam maka i spokojnie zaczęłam wyjaśniać Temu w czym problem i co powinnabym zrobić, gdyby zakładka BYŁA. Znalazłam Zarządzanie pękiem kluczy, spojrzałam WRESZCIE w górę monitora, a tam jak byk wielkimi literami krzyczały do mnie USTAWIENIA. Chyba calutka krew odpłynęła mi z twarzy, drżącymi palcami wstukałam kolejne DWA KROKI, wylogowalam się, zalogowałam na powrót i w minutę zaktualizowałem pęk kluczy. Gdybym nie była sobą, tylko kimś innym, niewątpliwie dałabym sobie w gębę, ale sama sobie nie potrafię, więc tylko nawymyslalam sobie od najgorszych w różnych językach, powróciłam do konfigurowania drukarki, wpisałam hasło do wifi, nie usłyszałam sprzeciwów i za kolejną minutę drukarka była skonfigurowana. 

I doprawdy nie wiem jak to podsumować, już tyle razy i w tylu sytuacjach czerwona mgła zalewała mi oczy, zaciemniała perspektywę i zakłócała funkcjonowanie, że powinnam nauczyć się rozpoznawać objawy i w odpowiednim momencie ODPUŚCIĆ I PRZECZEKAĆ, ale najwyraźniej nic z tego, jestem niereformowalna.

Leave a comment »

O tym że nadszedł maj

Tak naprawdę w ogóle nie mam o czym pisać, ale nadszedł maj i muszę treningowo podsumować kwiecień, więc piszę: na trzydzieści dni, szesnaście było treningowych, co daje cztery treningi tygodniowo. Bez wielkich progresów w ciężarze, bo nie to jest moim celem, ale za to sporo hiitów i coraz lepiej wykonywanych ćwiczeń naprawdę trudnych (wiekszość filmików o poziomie trudności 4, a nawet jedna piątka była). Więc wciąż jest dobrze. 

Długi weekend natomiast spędziłam w sposób możliwie niezdrowy, a mianowicie głównie na piciu piwa. W sobotę byliśmy na urodzinach jednego kumpla Tego z biura, a w niedzielę na grillu zorganizowanym przez mojego byłego gacha, tudzież byłego najlepszego kumpla Tego (kto chce, może sobie poszukać stosownej historii w archiwach bloga z roku zdaje się 2011). Osobiście poszłam, bo była to pierwsza od dobrego roku okazja, na której stawili się prawie wszyscy z naszej niegdyś tak zgranej grupy. Spędziliśmy bardzo dobry dzień razem, słońce słowa dotrzymało i też się stawiło, i bardzo fajnie było znowu się zobaczyć, posłuchać co u kogo słychać, dowiedzieć się, że następny bobas w grupie rodzi się planowo za 4 dni (a jego matka mówiąc to niedbale popijała bezalkoholowe piwko z puszki) i stać na trawie z flaszką w ręku cały dzień, aż do momentu zapadnięcia ciemności. 

Dziś za to była kanapa, dużo wody i dający po tyłku trening całego ciała, na dobry początek miesiąca. Maju, nie zawiedź mnie, mam dużo sukienek do wyprowadzenia na spacer. 

Leave a comment »