O Przedwielkanocy w Antwerpii

Normalnie jak tylko dziś weszłam do domu, musiałam zjeść owoca – kiwi dla ścisłości – tak bardzo czułam się odwitaminizowana. Jedyną witaminą, jaką przyjmowałam bowiem do wnętrza w ostatnich dniach, była witamina T – jak tłuszcz. 

Wycieczka jak najbardziej się udała, chociaż w trakcie podróży tam uciekł nam jeden pociąg i w efekcie dotarliśmy na miejsce godzinę później niż zamierzaliśmy. Jako że w sumie nigdzie się nie spieszyliśmy, nie zrobiło nam to większej różnicy. Hotel był w pobliżu dworca i centrum, co zawsze jest plusem, zostawiliśmy walizki i wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do zjedzenia, bo było po szesnastej i osobiście zaczynałam się słaniać z głodu. Ten, jak ma to w zwyczaju, obojętnie czy chodzi o plaże, czy restauracje, nie zadowolił się byle czym, i przeciągnął mnie przez pół miasta do restauracji z wielkim szyldem REAL THAI FOOD i chociaż po drodze miałam ochotę go zabić i pożreć, albo chociaż skoczyć do jednej z licznych mijanych cukierni, kiedy nie patrzył, w końcu musiałam przyznać, że opłacało się czekać. Jedzenie było pyszne, a pierwsze belgijskie piwo (od kilku wizyt nieodmiennie La Chouffe (chyba dobrze napisałam)) smakowało niebiańsko. Szczególnie na pusty żołądek. Potem poszliśmy na spacer po mieście, zjedliśmy po gofrze (ja ze śmietana i truskawkami, Ten z czekoladą i bananem) i byliśmy załatwieni. Nie było takiej opcji, żeby któreś z nas mogło jeszcze wcisnąć kolację. Piwa rzecz nie dotyczyła, więc zaliczyliśmy jeszcze dwa bary (jeden nazywał się Jedenaste Przykazanie i był zapchany wizerunkami i figurkami świętych różnych rozmiarów, a w drugim obok nas pił piwo sam Jezus. W białej szacie i koronie cierniowej na głowie. Więc śmiało można powiedzieć, że podróż miała wyraźny akcent religijny. Potem telefon poinformował, że przeszliśmy 9 kilometrów, a my padliśmy jak kawki około 23.30.

Następnego dnia, wyprzedzę tu fakty, telefon wskazywał ponad 12 przemaszerowanych kilometrów, więc łatwo zgadnąć, co robiliśmy cały dzień. Odwiedziliśmy też jeden Vintage Shop i prawie kupiłam levisy za 19 euro, nie wiem właściwie dlaczego prawie i szczerze mówiąc bardzo żałuję. Przez cały dzień syciłam oczy widokiem fantastycznie ubranych ludzi, a w południe odostaliśmy swoje w kolejce po frytki, żeby nasycić i żołądki. Ja naprawdę jestem jakaś wybrakowana, żarciem w typie frytek zachwycam się przez 30 sekund, a zaraz potem jestem ciężka, syta i nie mieszczę ani kęsa więcej. Uczyniłam jednak wysiłek, zmieściłam  prawie całą porcję (były pyszne, jak tylko belgijskie frytki potrafią być). Po południu wylądowaliśmy w barze, który serwował PRZEPYSZNEGO ciemnego Grimmbergena z kija, więc wbrew tradycji zostaliśmy tam na dwa piwa, a nie na jedno, i to był chyba najlepszy czas tego wypadu. Lubię podróżować z Tym, z wielu powodów, ale najważniejszy jest czas, który spędzamy razem bez niczego rozpraszającego uwagę, bez telefonu i internetu, bez codzienności, bez stresu i bez zmęczenia. Czas, kiedy znowu jesteśmy na randce. 

Wieczorem, jako że okazało się, że mieszkamy w China Town, postanowiliśmy zjeść kolację u Chińczyka, i była ona niestety bardzo średnia imprezy tam droga. Albo może ja po prostu nie lubię chińskiego jedzenia, chyba muszę zaakceptować fakt, że jeśli chodzi o Azję, to sushi, taj, i ani grosza więcej. 

A dziś o trzeciej przekroczyłam próg domu, zjadłam wyżej wymienione kiwi, pomogłam Temu ugotować ZDROWY obiad (pełnoziarniste penne z warzywami), a potem z westchnieniem, obrzucając iPada ponurym spojrzeniem, odpaliłam fitnessblendera. Wcale nie chciałam, ale skoro Ten poszedł na koszykówkę, MUSIAŁAM. 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: