Archive for Kwiecień, 2017

Znowu o tym samym

Nigdy nie zgadniecie, co dziś zrobiło mi dzień. Sama bym nie zgadła, bo zwykle bywa z tym raczej na odwrót, więc od razu powiem: zabrałam się za przymierzanie letnich sukienek. Wieloletniego porównania nie mam, bo miłość do sukienek zrodziła się u mnie dopiero w ubiegłym roku (no może dwa lata temu, ale bardzo nieśmiała) i większość właśnie wtedy kupiłam, ale doszłam do natychmiastowego wniosku, że wszystkie leżą bez dwóch zdań lepiej niż w zeszłe lato. Są niby luźniejsze, ale jednak nigdzie nic mi nie wisi, wręcz przeciwnie. (Nie pytajcie co mnie napadło żeby przymierzać letnie kiecki w ten MRÓZ, pewnie podekscytowałam się faktem, że na niedzielę znowu zapowiedzieli 18 stopni. Upał normalnie! Chwilowo siedzę pod kocem przy włączonym ogrzewaniu.) (A może był to fakt, że po drodze do domu znowu spotkał mnie cud z wieszakami – przed jednym sklepem, możliwe że tym samym co ostatnim razem, stał cały ich karton do wzięcia, więc przygarnęłam tak z jedną trzecią, a po powrocie zapragnęłam posortować szafę i znowu mieć wszystko na osobnym wieszaku. Uwielbiam mieć wszystko na osobnym wieszaku!) 

Poza tym przyznaję się bez bicia że na froncie embarga na zakupy poległam w tym miesiącu sromotnie. (I zabrakło mi wieszaków.) Najwyraźniej jestem jak jakiś heroinista: nie mogę poprzestać na jednym strzale. W związku z tym przybyły mi dwie kiecki (jedna dopiero do mnie idzie), jedna bluzka, jeden sweterek, a właściwie bluza (z falbanką) i jedna para białych conversów (też dopiero idą). O, właśnie zdałam sobie sprawę, że sukienka i conversy będą na rachunku karty kredytowej z maja. Nie jestem pewna czy to dobrze (bo zapłacę za nie dopiero za miesiąc), czy też źle (bo MOŻE być tym jednym strzałem, który znowu pociągnie za sobą następne). W każdym razie. Wczoraj spotkałam się z argentyńską imienniczką (piłyśmy gorącą wodę z cytryną, nie żeby jakiś wstręt do alkoholu, czy też nie daj Boże STAROŚĆ, ale siedziałyśmy w zadaszonym kawiarnianym ogródku razem z jej psem, cudownym wyżlem, marzę o takim!, i zimno było potwornie) i  wspominałyśmy sobie minione majówki, po których leczyłyśmy kaca czerwonym winem i nie miałyśmy na sobie zimowych płaszczy, tylko krótkie rękawy, a bywało że i szorty. Eh, kiedyś to były czasy. 


A to wyżeł, czy on nie jest przepiękny??.. Rozmiarowo bez problemu sięga pyskiem jedzenia na stole. 

Leave a comment »

O wpływie pogody na wszystko

Tygodnie po wakacjach, nawet krótkich, są bardzo długie, nawet jak są krótkie. 

Zaprawdę powiadam Wam. Szczególnie gdy, mimo że cholerny śnieg na szczęście tu nie dotarł, ma się wrażenie że wróciła zima, włączanie ogrzewania wraca jako nawyk pierwszej rzeczy, jaką robi się po powrocie do domu, a ostrożnie już schowane szaliki i tym podobne należy na powrót wywlec z szafki. Ja wiem, że pogoda to nie jest coś, na co mamy jakikolwiek wpływ i strasznie złości mnie fakt, że ma ona TAKI wpływ na mnie. Ale jak tu się nie zapienić, jak po otwarciu oczu dnia 20 kwietnia widzi się na termometrze w telefonie minus dwa..??? 

W każdym razie, zamówiłam sobie sweterek. Owszem, po tej sukieneczce i bluzce (które NIE WIEM KIEDY znowu włożę) nieco popłynęłam i dokonałam kolejnego zamówionka. (Od przyszłego miesiąca znowu szlaban.) Sweterek miałam na liście od conajmniej miesiąca i najpierw nieco zmiękłam jak go przecenili, ale wytłumaczyłam sobie, że przecież wiosna, to na co mi sweterki. No i proszę, po zobaczeniu tych minus dwóch przestałam się wahać, a sweterek ze złośliwą, acz niezrozumiałą satysfakcją umieściłam w koszyku. Oraz sportowy top, bardzo taniutki, bo po pierwsze sam sweterek nie pokrywał kosztów przesyłki, a po drugie nie nadążam prać obecnie posiadanych sportowych topów, gdyż, przypominam, osiągam właśnie formę życia. (Wczoraj trzepnęłam najnowszy workout 1000 kcal, trwający półtorej godziny, sportowy top przepociłam do suchej nitki, a dziś nawet zakwasów nie mam. (No dobra, prawie.) Forma życia, jak nic! 

Leave a comment »

O Przedwielkanocy w Antwerpii

Normalnie jak tylko dziś weszłam do domu, musiałam zjeść owoca – kiwi dla ścisłości – tak bardzo czułam się odwitaminizowana. Jedyną witaminą, jaką przyjmowałam bowiem do wnętrza w ostatnich dniach, była witamina T – jak tłuszcz. 

Wycieczka jak najbardziej się udała, chociaż w trakcie podróży tam uciekł nam jeden pociąg i w efekcie dotarliśmy na miejsce godzinę później niż zamierzaliśmy. Jako że w sumie nigdzie się nie spieszyliśmy, nie zrobiło nam to większej różnicy. Hotel był w pobliżu dworca i centrum, co zawsze jest plusem, zostawiliśmy walizki i wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do zjedzenia, bo było po szesnastej i osobiście zaczynałam się słaniać z głodu. Ten, jak ma to w zwyczaju, obojętnie czy chodzi o plaże, czy restauracje, nie zadowolił się byle czym, i przeciągnął mnie przez pół miasta do restauracji z wielkim szyldem REAL THAI FOOD i chociaż po drodze miałam ochotę go zabić i pożreć, albo chociaż skoczyć do jednej z licznych mijanych cukierni, kiedy nie patrzył, w końcu musiałam przyznać, że opłacało się czekać. Jedzenie było pyszne, a pierwsze belgijskie piwo (od kilku wizyt nieodmiennie La Chouffe (chyba dobrze napisałam)) smakowało niebiańsko. Szczególnie na pusty żołądek. Potem poszliśmy na spacer po mieście, zjedliśmy po gofrze (ja ze śmietana i truskawkami, Ten z czekoladą i bananem) i byliśmy załatwieni. Nie było takiej opcji, żeby któreś z nas mogło jeszcze wcisnąć kolację. Piwa rzecz nie dotyczyła, więc zaliczyliśmy jeszcze dwa bary (jeden nazywał się Jedenaste Przykazanie i był zapchany wizerunkami i figurkami świętych różnych rozmiarów, a w drugim obok nas pił piwo sam Jezus. W białej szacie i koronie cierniowej na głowie. Więc śmiało można powiedzieć, że podróż miała wyraźny akcent religijny. Potem telefon poinformował, że przeszliśmy 9 kilometrów, a my padliśmy jak kawki około 23.30.

Następnego dnia, wyprzedzę tu fakty, telefon wskazywał ponad 12 przemaszerowanych kilometrów, więc łatwo zgadnąć, co robiliśmy cały dzień. Odwiedziliśmy też jeden Vintage Shop i prawie kupiłam levisy za 19 euro, nie wiem właściwie dlaczego prawie i szczerze mówiąc bardzo żałuję. Przez cały dzień syciłam oczy widokiem fantastycznie ubranych ludzi, a w południe odostaliśmy swoje w kolejce po frytki, żeby nasycić i żołądki. Ja naprawdę jestem jakaś wybrakowana, żarciem w typie frytek zachwycam się przez 30 sekund, a zaraz potem jestem ciężka, syta i nie mieszczę ani kęsa więcej. Uczyniłam jednak wysiłek, zmieściłam  prawie całą porcję (były pyszne, jak tylko belgijskie frytki potrafią być). Po południu wylądowaliśmy w barze, który serwował PRZEPYSZNEGO ciemnego Grimmbergena z kija, więc wbrew tradycji zostaliśmy tam na dwa piwa, a nie na jedno, i to był chyba najlepszy czas tego wypadu. Lubię podróżować z Tym, z wielu powodów, ale najważniejszy jest czas, który spędzamy razem bez niczego rozpraszającego uwagę, bez telefonu i internetu, bez codzienności, bez stresu i bez zmęczenia. Czas, kiedy znowu jesteśmy na randce. 

Wieczorem, jako że okazało się, że mieszkamy w China Town, postanowiliśmy zjeść kolację u Chińczyka, i była ona niestety bardzo średnia imprezy tam droga. Albo może ja po prostu nie lubię chińskiego jedzenia, chyba muszę zaakceptować fakt, że jeśli chodzi o Azję, to sushi, taj, i ani grosza więcej. 

A dziś o trzeciej przekroczyłam próg domu, zjadłam wyżej wymienione kiwi, pomogłam Temu ugotować ZDROWY obiad (pełnoziarniste penne z warzywami), a potem z westchnieniem, obrzucając iPada ponurym spojrzeniem, odpaliłam fitnessblendera. Wcale nie chciałam, ale skoro Ten poszedł na koszykówkę, MUSIAŁAM. 

Leave a comment »

Głównie o rozgoryczeniu pogodą, chociaż trochę też o niefarbowaniu włosów 

Naprawdę nie wiem co takiego uczyniliśmy bogowi pogody, ale niewątpliwie coś dużego, bo w każdy, ale to każdy wypad wielkanocny jest wściekły ziąb. I prawie za każdym razem długodystansowe prognozy są optymistyczne, po czym pogarszają się z dnia na dzień, aby w końcu stać się wietrzną, pochmurną i zimną rzeczywistością. O, padać raczej nie zwykło, ciekawe dlaczego, może jednak aż tak bardzo się nie naraziliśmy. Ale jako że miałam już w tym roku na sobie lekką sukienkę i prawie odkryte buty, i to wcale nie tylko na Kanarach, oświadczam że czuję się rozgoryczona i rozczarowana. Gupią pogodą.

A jutro jak zechcę, mogę świętować. Półocznicę niefarbowania włosów! Nie powiem, czasem mnie denerwują, był też czas, kiedy czułam się zgoła brzydka i wydawało mi się, że to przez niebycie tak bardzo blond jak kiedyś, ale ogólnie nigdy nie pomyślałabym, że aż tyle wytrzymam i to bez wielkich cierpień. Poza tym wczoraj poprosiłam Tego, żeby mi zmierzył te najkrótsze włoski ma karku, które trzy miesiące temu miały najwyżej 2 cm, i on mi mówi że mają teraz prawie 7! Jak to nie jest powód do świętowania…!

Prezentują się jak poniżej i nie był to ani szczególnie bad ani szczególnie good hair day. (Ale wyjątkowo piękna pogoda, chlip, chlip). Przy takiej perspektywie w styczniu praktycznie nie były dłuższe niż kolczyki. 

Post włosowy pewnie będzie w listopadzie, po roku od zmiany wprowadzenia pielęgnacji. 

Poza tym nic nowego, dalej robię formę życia, i staram się chociaż raz w tygodniu trenować też kickboxing i aktualnie mam po nim takie zakwasy w korpusie, że boli mnie jak kaszlę. Czy nawet głębiej odetchnę, właśnie to sprawdziłam. I chociaż bywałam w życiu CHUDA (teraz nie jestem), to właśnie teraz najlepiej leżą na mnie ubrania. 

Leave a comment »

O wiośnie i planach na Wielkanoc 

Rozbestwiona ubiegłym weekendem wyłączyłam ogrzewanie, co najmniej do końcówki września, jak miałam nadzieję, i dzięki aktualnej wiośnie szybciutko musiałam włączyć je z powrotem, bo temperatura w mieszkaniu spadła do 16 stopni. Co uznałam za sporą przesadę, bo chodzenie w domu w płaszczu jest jednak raczej niewygodne. 

A w przyszły weekend już Wielkanoc, co nas strasznie zaskoczyło, bo przecież dopiero co wróciliśmy z wakacji, i jak to, znowu gdzieś jechać…? W domu zostać też głupio, bo to jednak 4 dni, a w dwójkę Wielkanocy przecież świętować nie będziemy…? Może i jajka pomalować? 

W końcu stanęło, że dobra, pojedziemy, ale gdzieś niedaleko i tanio. W kwestii taniości transportu nie do pobicia są belgijskie koleje, no to załatwione, jedziemy o Belgii! Na Brukselę już zdecydowanie patrzeć nie mogę, więc ostatecznie zdecydowaliśmy się na Antwerpię, w której byliśmy wprawdzie dwa lata temu, też na Wielkanoc, ale jakoś niedostatecznie długo, poza tym zimno było jak w psiarni, wiał lodowaty wicher i absolutnie nie zachęcał do spacerów. A miasto mam w pamięci jako inspirujące i alternatywne, mam więc nadzieję, tym razem w nieco wyższej temperaturze odświeżyć to wspomnienie. 

A wczoraj byliśmy na parapetówie u siostry Tego, która ZNOWU się przeprowadziła, i wyprowadziłam na spacer nową sukienkę w łączkę. A, bo zostaje. Zarówno sukienka, jak i bluzka z bufkami i haftowanymi kolorowymi kwiatami, jakiej nie powstydziłaby się Ania Shirley. A ja wyraźnie widzę, że w tym sezonie nadal czepiają się mnie kwiaty. Oraz że to jedne małe zamówionko narobiło mi apetytu na więcej. Co robić, jak żyć. 

Leave a comment »

O początku semestru i niusach

Wakacje niestety mają to do siebie że najpóźniej na trzeci dzień po, zapomina się że były, i nie inaczej jest w moim osobistym przypadku. W nocy z niedzieli na poniedziałek spałam koszmarnie, bo mimo że semestr rozpoczynam już po raz piąty, to jednak zawsze to POCZĄTEK SEMESTRU, i zgodnie z tradycją rozpoczęłam go z wymiętą facjatą i cieniami pod oczami, które bardzo słabo tuszowała opalenizna. Ogólnie plan mam taki, że wstaję rano 4 razy, więc albo się przyzwyczaję, albo w końcu będę musiała zainwestować w korektor. 

A weekend w całości spędziliśmy na oglądaniu najnowszego serialu Netflixa pod tajemniczym tytułem 13 reasons why. Serial, w założeniu dla nastolatków, wciągnął nas bez reszty, więc albo oglądaliśmy, albo dyskutowaliśmy na temat. A niedługo nowy sezon Fargo i cieszę się niezmiernie! 

Z niusów to jeszcze uprzejmie donoszę (na siebie), że złożyłam zamówienie na asosie. Jedna koszulowa bluzka i jedna sukienka, w końcu jakoś tę wiosnę trzeba przywitać, nie? Oczywiście w ogóle nie wiadomo, czy zostaną, szczególnie sukienka ma potencjał do odesłania, ale przekonamy się w czwartek.

A wracając do wakacji, były to chyba pierwsze, na których nie przytyłam, ani nie straciłam formy, bo jedliśmy bardzo rozsądnie oraz DWA RAZY ćwiczyłam. Co w miesiącu marcu na 31 dni daje nam 15 dni treningowych. Bdb. 

Leave a comment »