O urlopie

Urlop był fantastyczny (z wyjątkiem ostatniej nocy, która spędziłam obejmując muszlę klozetową za sprawą zjedzonej na kolację rybki, ale wszystko uspokoiło się przed wejściem do samolotu, więc jestem w stanie przymknąć na to oko) i jako cel podróży w 100 procentach godny polecenia. 

W czwartek o 17.00 czasu lokalnego wylądowaliśmy na Lanzarote, odebranie samochodu poszło nam bardzo sprawnie, z pomocą aplikacj maps.me (coś jak GoogleMaps, ale niewymagające internetu) dotarliśmy do hotelu na tę noc i muszę przyznać, że nie byliśmy w najlepszych humorach. Spaliśmy mało, było nam zimno, wiało jak na wygwizdowie, hotel był na końcu świata i wszystko razem było nieco rozczarowujące. Przebraliśmy się szybko (ja zostawiłam płaszcz, było 16 stopni i sporo chmur) i poszliśmy obejrzeć wioskę. Spacerek był ponad trzykilometrowy, a wioska typowo turystyczna, karty w restauracjach głównie po angielsku a słońce zaszło i zabrało resztki ciepła. Zjedliśmy bardzo średnią kolację, napilismy się wina w hotelu i poszliśmy spać, myśląc że jutro na pewno będzie lepiej. No i owszem. Opuściliśmy hotel, kupiliśmy bilety na prom z nieoczekiwanym rabatem za wynajem samochodu, czekając na odpływ napiliśmy się kawy na słoneczku, chmur nie było, żyć nie umierać. Po dotarciu na Fuerteventurę poczuliśmy dopiero, że jesteśmy na wakacjach. Apartament na 3 dni był śliczny i znajdował się praktycznie przy porcie, prognoza pogody wyglądała optymistycznie i nawet zaczęłam wierzyć, że może włożę na siebie w ostatnim momencie wepchnięte do walizki bikini. Corralejo też jakoś szczególnie urodziwe nie jest, ot, typowe portowe miasteczko, więc spędziliśmy tam stosunkowo mało czasu, jeżdżąc po wyspie w poszukiwaniu pięknych plaż. Wieczorami odwiedzaliśmy różne knajpy i jedliśmy NAPRAWDĘ dobre kolacje. Kiedy nadszedł poniedziałek, było mi smutno opuszczać Fuerteventurę, a niesłusznie. Przyznaję, że zabrakło nam czasu, żeby obejrzeć południe wyspy, więc mogę nie mieć rzetelnego porównania, ale mimo wszystko zaryzykuję stwierdzenie, że na Lanzarote jest znacznie więcej do zobaczenia. 

Rownież i tutaj mieliśmy bardzo miły apartament, tym razem w miejscowości Puerto del Carmen, niecałe 7 kilometrów od lotniska. Po dotarciu na miejsce i ponownym rozpakowaniu znowu wyruszyliśmy w drogę, tym razem na dziewiczą plażę z czarnym piaskiem (będąc na wakacjach z Tym, NIGDY nie byłam na typowej zurbanizowanej plaży przy hotelu. Wszystkie są poniżej jego poziomu.). Kiedy dotarliśmy na miejsce, poziom wody był za wysoki, żeby przejść brzegiem morza i musieliśmy maszerować prawie kilometr po wertepach. NO COMMENT. Plaża była jednak naprawdę jedyna w swoim rodzaju i tylko dlatego przebaczyłam Temu to przegonienie mnie po kamlotach w espadrylach. W drodze powrotnej można już było przejść normalnie. Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć wulkan Timanfaya i to był prawdziwy hajlajt tych wakacji. Wulkan jest nieaktywny od prawie 300 lat, cały krajobraz powybuchowy to park narodowy, po którym turystów przewozi się autobusem i robi on naprawdę niesamowite wrażenie. Przez cały czas trwania wycieczki nie mogłam przestać myśleć o tych biednych ludziach, kiedy 1 września 1730 roku nagle otwarła się ziemia i zaczęła ziać ogniem przez 19 dni. Przecież oni musieli być pewni, że to apokalipsa i sam Belzebub wychodzi na powierzchnię..! A żeby nabrać wyobrażenia, wystarczy obejrzeć sobie ustawiony przy restauracji grill i piekące się na nim kurczaki. Bez żadnego źródła ognia, grill zawieszony jest nad dziurą w ziemi. 

Tego samego dnia na kolacji kelnerka poleciła nam godne uwagi miejscowości na północy wyspy, więc ostatni dzień spędziliśmy zgodnie z jej poleceniem, oraz odwiedzając, rownież wulkaniczne, groty z lawy po wybuchu innego potwora, dużo wcześniejsze niż Timanfaya. Widzieliśmy rownież przepiękną lagunę przy plaży, kompletnie zieloną. 

Punkt negatywny też jest: Lanzarote jest wręcz zapchana Brytyjczykami. Do tego stopnia, że od pierwszego momentu każdy zaczyna mówić do ciebie po angielsku, a bar przy basenie miał wszystkie szyldy po angielsku, brytyjskie kelnerki i brytyjskie radio. Fuerteventura z kolei pełna była Włochów, aczkolwiek nie tyle turystów, co mieszkańców. 


Pierwsza noc na wyspie i trzykilometrowy spacerek na kiepską kolację. 

Dzień drugi, już Fuerteventura. Spacerek po wydmach. Skoro kieckę mam prawie na głowie, niewątpliwie było mi widać cztery litery. 


Pierwsza wycieczka po wyspie. Przepiękny mały kościółek nasuwający na myśl Meksyk.


Absolutnie fantastyczny zachód słońca w El Cotillo. Gdybym miała wrócić na Fuerteventurę, chyba zatrzymałabym się tam, zamiast w Corralejo. 


Też El Cotillo. Jedyny dzień rzetelnego plażowania. 

Pożegnanie z Fuerteventurą. Znowu na wydmach. Chcieliśmy oglądać zachow słońca, ale były chmury, więc tylko poskakaliśmy. 


Z powrotem na Lanzarote. Powrót z czarnej plaży. (Już normalną drogą. W drodze tam woda dochodziła do tej czarnej skały.) 


Timanfaya. Kiepskie zdjęcie, ale żadne nie oddaje tego krajobrazu. Absolutnie godne polecenia. 

Krajobraz północy Lanzarote. 
I teraz chyba zapadnę sobie na depresję pourlopową. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: