Archive for Marzec, 2017

O urlopie

Urlop był fantastyczny (z wyjątkiem ostatniej nocy, która spędziłam obejmując muszlę klozetową za sprawą zjedzonej na kolację rybki, ale wszystko uspokoiło się przed wejściem do samolotu, więc jestem w stanie przymknąć na to oko) i jako cel podróży w 100 procentach godny polecenia. 

W czwartek o 17.00 czasu lokalnego wylądowaliśmy na Lanzarote, odebranie samochodu poszło nam bardzo sprawnie, z pomocą aplikacj maps.me (coś jak GoogleMaps, ale niewymagające internetu) dotarliśmy do hotelu na tę noc i muszę przyznać, że nie byliśmy w najlepszych humorach. Spaliśmy mało, było nam zimno, wiało jak na wygwizdowie, hotel był na końcu świata i wszystko razem było nieco rozczarowujące. Przebraliśmy się szybko (ja zostawiłam płaszcz, było 16 stopni i sporo chmur) i poszliśmy obejrzeć wioskę. Spacerek był ponad trzykilometrowy, a wioska typowo turystyczna, karty w restauracjach głównie po angielsku a słońce zaszło i zabrało resztki ciepła. Zjedliśmy bardzo średnią kolację, napilismy się wina w hotelu i poszliśmy spać, myśląc że jutro na pewno będzie lepiej. No i owszem. Opuściliśmy hotel, kupiliśmy bilety na prom z nieoczekiwanym rabatem za wynajem samochodu, czekając na odpływ napiliśmy się kawy na słoneczku, chmur nie było, żyć nie umierać. Po dotarciu na Fuerteventurę poczuliśmy dopiero, że jesteśmy na wakacjach. Apartament na 3 dni był śliczny i znajdował się praktycznie przy porcie, prognoza pogody wyglądała optymistycznie i nawet zaczęłam wierzyć, że może włożę na siebie w ostatnim momencie wepchnięte do walizki bikini. Corralejo też jakoś szczególnie urodziwe nie jest, ot, typowe portowe miasteczko, więc spędziliśmy tam stosunkowo mało czasu, jeżdżąc po wyspie w poszukiwaniu pięknych plaż. Wieczorami odwiedzaliśmy różne knajpy i jedliśmy NAPRAWDĘ dobre kolacje. Kiedy nadszedł poniedziałek, było mi smutno opuszczać Fuerteventurę, a niesłusznie. Przyznaję, że zabrakło nam czasu, żeby obejrzeć południe wyspy, więc mogę nie mieć rzetelnego porównania, ale mimo wszystko zaryzykuję stwierdzenie, że na Lanzarote jest znacznie więcej do zobaczenia. 

Rownież i tutaj mieliśmy bardzo miły apartament, tym razem w miejscowości Puerto del Carmen, niecałe 7 kilometrów od lotniska. Po dotarciu na miejsce i ponownym rozpakowaniu znowu wyruszyliśmy w drogę, tym razem na dziewiczą plażę z czarnym piaskiem (będąc na wakacjach z Tym, NIGDY nie byłam na typowej zurbanizowanej plaży przy hotelu. Wszystkie są poniżej jego poziomu.). Kiedy dotarliśmy na miejsce, poziom wody był za wysoki, żeby przejść brzegiem morza i musieliśmy maszerować prawie kilometr po wertepach. NO COMMENT. Plaża była jednak naprawdę jedyna w swoim rodzaju i tylko dlatego przebaczyłam Temu to przegonienie mnie po kamlotach w espadrylach. W drodze powrotnej można już było przejść normalnie. Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć wulkan Timanfaya i to był prawdziwy hajlajt tych wakacji. Wulkan jest nieaktywny od prawie 300 lat, cały krajobraz powybuchowy to park narodowy, po którym turystów przewozi się autobusem i robi on naprawdę niesamowite wrażenie. Przez cały czas trwania wycieczki nie mogłam przestać myśleć o tych biednych ludziach, kiedy 1 września 1730 roku nagle otwarła się ziemia i zaczęła ziać ogniem przez 19 dni. Przecież oni musieli być pewni, że to apokalipsa i sam Belzebub wychodzi na powierzchnię..! A żeby nabrać wyobrażenia, wystarczy obejrzeć sobie ustawiony przy restauracji grill i piekące się na nim kurczaki. Bez żadnego źródła ognia, grill zawieszony jest nad dziurą w ziemi. 

Tego samego dnia na kolacji kelnerka poleciła nam godne uwagi miejscowości na północy wyspy, więc ostatni dzień spędziliśmy zgodnie z jej poleceniem, oraz odwiedzając, rownież wulkaniczne, groty z lawy po wybuchu innego potwora, dużo wcześniejsze niż Timanfaya. Widzieliśmy rownież przepiękną lagunę przy plaży, kompletnie zieloną. 

Punkt negatywny też jest: Lanzarote jest wręcz zapchana Brytyjczykami. Do tego stopnia, że od pierwszego momentu każdy zaczyna mówić do ciebie po angielsku, a bar przy basenie miał wszystkie szyldy po angielsku, brytyjskie kelnerki i brytyjskie radio. Fuerteventura z kolei pełna była Włochów, aczkolwiek nie tyle turystów, co mieszkańców. 


Pierwsza noc na wyspie i trzykilometrowy spacerek na kiepską kolację. 

Dzień drugi, już Fuerteventura. Spacerek po wydmach. Skoro kieckę mam prawie na głowie, niewątpliwie było mi widać cztery litery. 


Pierwsza wycieczka po wyspie. Przepiękny mały kościółek nasuwający na myśl Meksyk.


Absolutnie fantastyczny zachód słońca w El Cotillo. Gdybym miała wrócić na Fuerteventurę, chyba zatrzymałabym się tam, zamiast w Corralejo. 


Też El Cotillo. Jedyny dzień rzetelnego plażowania. 

Pożegnanie z Fuerteventurą. Znowu na wydmach. Chcieliśmy oglądać zachow słońca, ale były chmury, więc tylko poskakaliśmy. 


Z powrotem na Lanzarote. Powrót z czarnej plaży. (Już normalną drogą. W drodze tam woda dochodziła do tej czarnej skały.) 


Timanfaya. Kiepskie zdjęcie, ale żadne nie oddaje tego krajobrazu. Absolutnie godne polecenia. 

Krajobraz północy Lanzarote. 
I teraz chyba zapadnę sobie na depresję pourlopową. 

Leave a comment »

O tym że lecimy! (Chyba)

Chyba, bo jest godzina 00.07, a Ten wciąż jest w biurze. Od 7.00. 

Osobiście w tym tygodniu odpracowałam już zapalenie ucha i bolący mięsień w plecach. Pewnie dlatego, że zabraniałam Temu grać w koszykówkę w weekend, żeby przed wyjazdem nie zrobił sobie żadnego kuku. Proszę bardzo, kuku pokarało mnie. 

Od kiedy wróciłam z Polski haruję jak dziki osioł, możliwe że zdołam nieco odprężyć sytuację finansową i nawet wkrótce znowu coś sobie kupić. (Malutkiego i taniego.) Naprawdę zasłużyłam sobie na te wakacje, nieważne czy będzie 15 czy 19 stopni (nieszwagierka w tym samym czasie leci do Madrytu i zapowiadają przymrozki oraz deszcz ze śniegiem), w walizce mam zarówno bikini, jak i zamszowe botki, nogi na wszelki wypadek wydepilowałam i zamierzam spędzić ten tydzień najlepiej jak tylko się da. Pić wino codziennie przynajmniej raz dziennie, spożywać krewetki i/lub kalmary jak wyżej, gapić się na ocean, chłonąć witaminę D (czy to można przedawkować? Bo wciąż suplementuję.), podziwiać widoki i nie włazić do internetu. W tym roku dotrzymywanie postanowień idzie mi jak nigdy!

Leave a comment »

O zupie i mikserze

A w czwartek było u nas tak:

(A trzeba Wam wiedzieć, że Ten ma charakter niezwykle wybuchowy, złości się potwornie bez wielkiej okazji i równie szybko mu przechodzi.)

Ten wrócił z pracy późno, w złym humorze i zabrał się za robienie zupy- kremu. Z brokuła i cukini, jeśli chodzi o ścisłość. Osobiście oglądałam Homeland na kanapie, usiłując nie wchodzić mu w drogę, gdy usłyszałam głośne PLUM, oraz pełen niezrozumiałej satysfakcji okrzyk Tego. Zanim jeszcze doleciałem do kuchni, już wiedziałam co się stało. Mikser faktycznie śmierdział ostatnio spalenizną przy każdym dłuższym użyciu, mimo że miał dopiero 3 lata, no i teraz wziął i przepalił się na dobre. Moment wybrał sobie średni, bo zupa nie była jeszcze całkowicie zblendowana, więc Ten, już bliski wybuchu, wygrzebał z szafki stary plastikowy mikser, włączył go do tego samego kontaktu, w którym był mikser przepalony, pstryknął włącznikiem, nie odnotował reakcji, wyszarpnął kabel z kontaktu, po czym z impetem pizgnał urządzeniem do kosza na śmieci. Patrzyłam na to wszystko bez słowa, myśląc sobie jedynie, że w tym kraju w ŻADNYM WYPADKU nie wolno wyrzucać urządzeń elektrycznych do zwykłych śmieci i gdzie w takim razie należy je wyrzucić, a Ten otworzył lodówkę, żeby zamiast połowicznie zblendowanej zupy przygotować na tę kolacje na przykład jajecznicę. W lodówce nie było światła, czego Ten nie zauważył. Nieśmiało powiadomiłam go o fakcie, sugerując, że mikser w śmieciach może być w porządku, tylko w kontakcie nie ma prądu. Dziw że trupem na miejscu nie padłam od wzroku, z jakim Ten wyciągał mikser ze śmieci i mył go pod kranem. Zupę można było zblendowac, dużo bardziej problematyczna okazała się natomiast lodówka, która w absolutnie nie mogła nie być podłączona do prądu. Korki w mieszkaniu były w porządku, więc Ten zaczął już snuć ponure, acz (nie wiedzieć czemu) pełne złośliwego triumfu wizje skuwania ściany i naprawiania tkwiacego w niej kabla, a moją propozycję poproszenia o rzucenie okiem naszego przyjaciela Antonio, który z prądem elektrycznym jest w znakomitych stosunkach, zbył okraszonym pobłażliwym uśmieszkiem stwierdzeniem, że przecież wszystko jest JASNE, skoro korki są w porządku. Znalazłam więc przedłużacz, lodówkę wysunęliśmy prawie na środek kuchni, bo kabel wciąż był za krótki, i usiedliśmy do jedzenia nieszczęsnej zupy. Zupa okazała się niesłona. Najpóźniej wtedy zaczęło mi się chcieć z tego wszystkiego bardzo śmiać, ale nie mogłam, bo Ten wciąż był wściekły. Kiedy jednak, w połowie zupy, nagle wstał i bez słowa udał się do piwnicy, gdzie znajdował się główny bezpiecznik, a potem wrócił i wszystkie kontakty znowu działały, a ja przypomniałam sobie, jak wyciągał mikser ze śmieci, zaczęłam nagle wyć, kwiczeć, szlochać, piać, chrumkać, a łzy ciurkiem leciały mi z oczu. Śmierci uniknęłam, bo Ten był w pierwszym momencie za daleko, a w drugim śmiał się i on.

Dziś jest niedziela, a lodówka w dalszym ciągu stoi na środku kuchni. 

Leave a comment »

O tym że czekam na dwudziestego trzeciego

A nie, wcale nie utopiłem się w wychodku, ani nawet nigdzie indziej, tylko zwyczajowo, jak w każdym marcu i wrześniu, robię dwa tygodnie intensywnego i chwilowo uznaję za sukces, jeśli uda mi się położyć spać bez uprzedniego zaśnięcia na sofie. Rownież w weekend. 120 godzin lekcyjnych w dwa tygodnie poniewierają mną okrutnie, ale wizja Wysp Kanaryjskich za tydzień i trochę, sprawia że wytrzymuję. (Z drugiej strony prognoza pogody trochę mnie martwi, ale nie tracę nadziei, że JESZCZE SIĘ ZMIENI. Chociaż z trzeciej strony to nie ma być urlop w formie leżenia codziennie na plaży, więc właściwie zadowolę się słońcem. Nawet bez 25 stopni.) 

Zdaje się, że osiągam właśnie formę życia, i tym razem wcale nie mówię tego z ironią. Już drugi miesiąc ćwiczę prawie codziennie, rownież TERAZ, w trakcie intensywnego (co niewątpliwie ma związek z byciem niemrawym zewłokiem każdego wieczoru), i czuję MOC. Dobra, może nawias w pewnym stopniu kłóci się z tym co po nawiasie, ale co ja poradzę, że tak właśnie mam. Jestem silna, trzaskam burpees, zrobię 10 męskich pompek, nawet dość niskich, dźwignę 6 kilo na biceps, nawet z przyzwoitą formą, i bezpośrednio po treningu czuję, że drzewa z korzeniami mogę wyrywać. Potem idę pod prysznic i wychodzę jako zewłok. 

Poza tym nie mam czasu nawet na Homeland i dwa odcinki nietknięte na mnie czekają. Napoczęta książka chyba od miesiąca. Chałupa na wysprzątanie o dwóch tygodni. Maska na włosy od ubiegłego wtorku. Niech już nadejdzie dwudziesty trzeci!…

2 komentarze »