Archive for Luty, 2017

O tym, dlaczego wciąż jestem zakochana

W miniony weekend można powiedzieć że Ten był on fire. Wróciwszy bowiem z roweru, ubłocony jak nie przymierzając dzika świnia (calutki tydzień lało, więc można sobie wyobrazić jak wyglądało w lesie), zdjąwszy z siebie całą odzież, od razu zapakował ją do pralki. Po jakichś 20 minutach i pierwszym wirowaniu nagle zbladł, poleciał do kuchni i rzucił się do pralkowych pokręteł szarpiąc przy tym niczemu niewinne drzwiczki. Coś  takiego, wyjęta z pralki, ociekająca wodą rowerowa kurtka, którą znalazł pod choinką, okazała się rzetelnie nieprzemakalna, bo znajdujące się w zapinanej kieszeni urządzenie gps dało się bez problemu włączyć i działało. 

Następnie udaliśmy się na zakupy. Sytuacja, jaką zwykle opisuję moim uczniom, żeby unaocznić im niemieckie słówko peinlich (czyli tak, że najchętniej zapadłoby się pod ziemię), przytrafiła nam się dosłownie i w każdym detalu. Wyłożyliśmy zakupy na taśmę, zapakowaliśmy do ekologicznych toreb, Ten wyciągnął portfel, sięgnął do przegródki z kartą, a przegródka okazała się pusta. Kolejka patrzyła potępiająco, Ten przepraszał, kasjerka mówiła że nic takiego, zdarza się, Ten pognał do domu, ja czekałam przy kasie, rozpinając kurtkę, bo nagle zrobiło mi się potwornie gorąco, Ten wrócił zlany potem, po czym kasjerka oświadczyła, że ona nie umie zatrzymać transakcji i musiała ją anulować, żeby dalej kasować, a my musimy jeszcze raz wyłożyć na taśmę zawartość toreb i powtórzyć cały proces. 

Potem zrobiłam fit brownie ze słodkich ziemniaków i wyszło doskonale, na szczęście w niczym nie przypominając poprzedniego eksperymentu z czerwonej fasoli. Bardzo mi się wydaje, że jeszcze nie raz je zrobię. (A potem zachwycony Ten reklamował je kumplowi jako WEGAŃSKIE i poproszony o przepis dumnie wymienił wszystkie składniki, włącznie z trzema jajkami. Ubaw mieliśmy przez całą niedzielę.) 

Tymczasem luty za nami, karnawał za nami, wczoraj wyszliśmy na chwilkę tylko obejrzeć pochód i odkryliśmy TAKIE MIEJSCE, że 10 minut później Ten leciał do domu po torby (ekologiczne), bo nie mieliśmy gdzie upychać łapanych słodkości. Uzbieraliśmy dwie pełne sztuki i zastanawiam się, co my teraz z tym zrobimy, bo przecież nie jemy słodyczy!… 

Leave a comment »

O kosie i karnawale

Doskonale wiem, że ględzenie o wiośnie w lutym, nawet jeśli jest to koniec lutego a temperatura oscyluje wokół 10 stopni, może wywołać pogardliwe puknięcie się palcem w czoło, ALE wrócił nasz kos!!! Mieszkający w zagajniczku obok garaży i umilający nam swoją muzyką winka na balkonie kos jest z powrotem i wczoraj nawet śpiewał około północy! Możliwe oczywiście, że kosowi coś się w kalendarzu przestawiło i jeszcze pożałuje przedwczesnych treli, ale równie prawdopodobna jest opcja, że kos WIE WIĘCEJ NIŻ MY. I że zima już naprawdę nie wróci, amen.

A w tym tygodniu mamy Tłusty Czwartek oraz kulminację reńskiego karnawału, na którą nie mam najmniejszej ochoty. W sam czwartek jestem uratowana, pracuję 10 godzin, a u mnie w pracy nikt nie ma głowy do karnawałów. (W większości firm idzie się do pracy w karnawałowym kostiumie, pracuje do magicznej 11.11., a potem impreza. U nas test dla obu grup.) Na resztę dni, czyli sobotę i poniedziałek, w końcu przyda mi się do czegoś aktualny stan moich finansów, bo nie znam nikogo, kto po poinformowaniu go smutnym głosem, że mam wyliczone, iż do wypłaty mogę wydać maksymalnie 5,50€ dziennie, w dalszym ciągu nalegałby, żebym na przyklad pojechała z nim na karnawał do Kolonii. 

Oraz chciałam się pochwalić, że w tym miesiącu odnotowałam największą chyba częstotliwość ćwiczeń od zarania moich dziejów w tym zakresie. A mianowicie na 21 dni lutego, dni treningowych miałam 13. (Liczę rownież te kilku(nasto)kilometrowe spacerki.) Może to znowu ta witamina D, bo do mnie to niepodobne! 

Leave a comment »

O zwariowanej pogodzie i znowu o serialu

Pogoda oficjalnie zwariowała, mamy piętnastego lutego a na dworze 17 stopni, błękitne niebo i CIEPŁE słońce. Jutro ma być dziesięć i deszcz, co jednak nie zmienia faktu, że dziś można wyjść w krótkim rękawie i na słońcu bezproblemowo da się nie zmarznąć.  

Włosów nie farbuję już 19 tygodni i wciąż nie żywię negatywnych uczuć. Wysoce negatywne, acz skomplikowane uczucia budzi we mnie natomiast napoczęty w weekend serial na netfliksie. Nazywa się to Black mirror i jest absolutnie przerażającą i doskonale zrobioną wizją naszej przyszłości w stechnicyzowanych i zdominowanych przez media czasach. Każdy odcinek opowiada inną historię, co jedną to bardziej okropną. Jeśli tak to ma wyglądać, to ja nie życzę sobie tej przyszłości dożyć, bo za każdym razem po pojawieniu się napisów końcowych siedzę zdrętwiała na kanapie, usiłując ułożyć sobie w głowie to, co właśnie obejrzałam oraz otrząsnąć się z nieprzyjemnego uczucia wewnątrz. Okropne, ale warte obejrzenia. 

W robocie po koszmarnie męczących dwóch tygodniach nastąpiło trochę luzu i zanim w marcu nadejdzie kolejna faza stresu zamierzam się nieco poobijać. 
 

2 komentarze »

O spacerze i przeziebieniu

Wiecie jak bardzo 16-kilometrowy spacer męczy przeziębionego człowieka? Ja do wczoraj też nie wiedziałam, bo jeszcze nie przyzwyczaiłam się do faktu, że też się przeziębiam. (Już drugi raz w tym roku! Doprawdy tracę na jakości.) W czwartek z jeszcze dość lekkim przeziębieniem przepracowałam 13 godzin lekcyjnych, i choć bardzo się tego dnia bałam, jedyny skutek był taki że na trzech ostatnich zajęciach, od godziny 19 do 21.15, moi uczniowie musieli mieć silne podejrzenia odnośnie użytych przeze mnie substancji, z których alkohol musiał im się wydać najmniej niebezpieczną. Dostałam mianowicie głupawki, i wszyscy się na tych zajęciach doskonale bawili. Wczoraj natomiast przeziębienie było w pełni rozkwitu, w sobotę nie wychodziłam z domu, więc na wiadomość że Ten i jeszcze jedna zaprzyjaźniona para architektów z biura Tego chcą towarzyszyć mojej szwagierce i mnie w niedzielnym spacerze, i nawet mają na ten spacer świetny pomysł, oczywiście zareagowałam entuzjastycznie. Świetny pomysł okazał się szesnastoma kilometrami (tam i z powrotem, bez obaw) przez las, do tak zwanego punktu trzech krajów, miejsca, w którym stykają się granice Niemiec, Belgii i Holandii. O ile droga tam była przyjemna i w już prawie ciepłych promieniach popołudniowego słońca, to powrót smagał zimnym wiatrem, słońce było za nisko, żeby mieć jakikolwiek wpływ na temperaturę i nawet przyspieszenie tempa marszu nie pozwalało nam się rozgrzać. Po powrocie Ten wstawił rosół w szybkowarze (szybkowar to najlepszy kuchenny wynalazek wszech czasów) i po gorącym prysznicu i spożyciu dwóch miseczek cudownie gorącej zupy, miałam oczy wypisz wymaluj jak wigilijny karp. Po ugotowaniu. Mętne i chore, więc o 21 znalazłam się w łóżku, bardzo żałując niedzielnego wieczoru, ale wiedziałam, że tylko sen może mnie uzdrowić. Przespałam 11 godzin i nie czuję się wprawdzie jak młody bóg, zasmarkana jestem jak byłam, ale daleko mi do wczorajszego samopoczucia. Więc jakby komuś jeszcze przyszło do głowy urządzać sobie w lutym szesnastokilometrowe spacery nie będąc w pełni sił, to stanowczo odradzam.

Leave a comment »

O nieadekwatnej beztrosce

Tak się zastanawiam ostatnio co mi jest, i czy to bardzo ciężka choroba, bo ostatnio w ogóle się nie zamartwiam. Pieniędzy tyle co kot napłakał, bo rok rozpoczął się naprawdę fatalnie jeśli chodzi o finanse, w marcu mamy zaplanowany tydzień wakacji na Kanarach (tym razem Fuerteventura i Lanzarote, juhuuuuu), a ja zamiast się martwić, że w kwietniu nie będę miała co jeść – nic. Całkiem, zupełnie nic. (Czy można umrzeć z głodu w ciągu miesiąca? Chyba nie, co? Z pragnienia nie umrę, woda w kranie tu jest bardzo dobra.) Stara ja pewnie w popłochu odwołałaby całą akcję, bo loty były naprawdę tanie, nowa ja myśli, że przecież tak źle nie będzie, a w ogóle to kto wie, co będzie w kwietniu, a tydzień ciepełka i beztroski może mi zrobić wyłącznie dobrze. Albo: grozi mi całkowite embargo na ciuchowe zakupy przez wieeele miesięcy, a ja co? Myślę, że w końcu będę mogła się naprawdę nacieszyć posiadanymi ubraniami, bo nie oszukujmy się, gdybym chciała, dałabym radę przez trzy tygodnie ubierać się codziennie inaczej i NICZEGO oprócz dżinsów czy butów, oraz takich na przykład rajstop, nie powtarzać. Przy odrobinie uporu pewnie i miesiąc bym dała. Więc czy ja potrzebuję czegokolwiek nowego? Nie. Czy mam czas naprawdę wyeksploatować wszystkie ubrania i się nimi cieszyć? Też nie. Tym bardziej, że co jakiś (krótki) czas dochodzi coś nowego i starsze niknie coraz dalej w głębi szafy, co ostatnio potwornie mnie denerwuje.

Moja nieadekwatna do sytuacji beztroska wynikać może z dwóch faktów: albo jestem obrzydliwie rozsądna i wiem, że poza wzięciem większej ilości godzin i oszczędzaniem, nie bardzo mogę cokolwiek zmienić, ALBO, i to wydaje mi się dużo bardziej prawdopodobne, tak działa suplementowana przeze mnie od trzech tygodni witamina D. 

Więc albo wyjdzie mi ten nienaturalny dla mnie optymizm bokiem, albo nie. Jakby wyszedł, to żeby nie było że nie ostrzegałam, witamina D okazuje się potwornie groźnym narkotykiem. 

Leave a comment »

O ciężkim tygodniu i emeryckim weekendzie

W czwartek wieczorem siedziałam sobie na kanapie, kichając na własne postanowienie niespożywania alkoholu w ciągu tygodnia i popijając czerwone wino, i zastanawiałam się intensywnie, dlaczego u licha jestem taka zmęczona. Kiedy zaś policzyłam przepracowane w tym tygodniu godziny lekcyjne, dodałam do nich godziny biurowe i wyszło mi ponad 40, od razu przestałam się zastanawiać. I nalałam sobie jeszcze jeden kieliszek wina. W piątek pracowałam po południu, i prawie od razu po pracy leciałam na kolację – niespodziankę, ktorą przygotowaliśmy dla Heleny, a którą opuściłam o drugiej w nocy, bo prawie zasypiałam w kieliszkiem w dłoni. Kiedy dotarłam zaś do soboty, jedynym wysiłkiem, na jaki byłam w stanie się zdobyć, był półtoragodzinny spacer po lesie z siostrą Tego, ostatnio regularnie przez nas praktykowany. Wieczorem natomiast Ten i ja zabraliśmy się za drugi sezon „The Man in the High Castle” i do niedzielnego śniadania dywagowaliśmy nad interpretacją dwóch pierwszych odcinków (na trzecim zasnęliśmy), nie dochodząc do żadnych sensownych wniosków. Dziś Ten zaprosił mnie na randkę do muzeum na wystawę o Mies van der Rohe (Ten jest architektem) i trudno mi chyba wyobrazić sobie bardziej emerycki weekend. 

A co tam u Was?

Leave a comment »

Trochę o serialach, trochę o rzeczywistości

Nawet nie wiecie JAKA TO ULGA że Rachel i Joey byli razem tylko przez dwa odcinki. I to nawet dobrze nie byli razem. Od kiedy bowiem, kilka lat temu, obejrzałam na jutubie odcinek, w którym Ross is fine,  zupełnie nie mogłam się pogodzić z tym faktem, no bo JOEY?…. Ogólnie dziesiąty sezon trzyma poziom, wcale nie wiedziałam, że fantastyczny odcinek, w którym Joey mówi po francusku (rownież widziany kiedyś na jutubie), to też sezon 10. Pomału jednak zbliżamy się ku końcowi i naprawdę będzie mi ich wszystkich brakować. (Nawet Rossa, chociaż go nie cierpię.)

(Przy okazji widać, jak silną bazą i inspiracją byli „Przyjaciele” dla takiego „Jak poznałem waszą matkę” czy innej „Teorii wielkiego podrywu”)

Jeśli chodzi o rzeczywistość natomiast, to koszmarnie nie mam pieniędzy i nie będę ich miała pewnie co najmniej do marca, ale mam bardzo BARDZO podejrzany napad optymizmu i konieczność ograniczania wydatków do jedzenia i podstawowej chemii napawa mnie jakby ekscytacją – ciekawe z iloma eurami dam radę tak przeżyć miesiąc??? (Pewnie niedługo mi przejdzie i jeszcze wpadnę w depresję z powodu niemożności zakupu jakieś szmaty z Zary albo Mango, spokojnie.) Poza tym zaczął się w końcu luty, adiós styczniu, w pracy zamknęłam stres końca semestru i prawie delektuję się nową grupą Libańczyków i zupełnie innym niż podczas semestru rytmem pracy. Nie mogę uwierzyć, że tylko dwa lata minęły odkąd pracuję w mojej firmie, mam wrażenie że w styczniu 2015 obudziłam się po długim letargu i zaczęłam być znowu SOBĄ. Czas przed owym styczniem to jakieś niewyraźne majaki. 

2 komentarze »