O 2016

W tym roku spóźniona o jeden dzień, ale w obliczu tegorocznej ubiegłorocznej blogowej dziury (oraz faktu że jeden dzień to nic w obliczu wieczności) sądzę, że można mi to wybaczyć. 

Zacznijmy więc od stycznia. Nowy rok przywitałam już kolejny raz z rzędu w Marbelli, w otoczeniu rodziny Tego. Poza tym nie działo się zbyt wiele, byłam nerwowa z powodu pracy i z powodu zbliżającego się wesela w Sewilli, o którym Ten ZAPOMNIAŁ mi powiedzieć na czas i na które na łeb na szyję potrzebowałam odzieży. 

W lutym, na początku wzięliśmy udział w wyżej wymienionym, bawiliśmy się przednio, spędziliśmy fantastyczny weekend w jednym z moich ulubionych miast i ominął nas  reński karnawał. Rownież w lutym, pamietam bardzo dokładnie, zapadłam na ciężką grypę z gorączką prawie 40-stopniową i kilkudniowym leżeniem w łóżku, mimo że nie bywam chora, i bardzo dotknęła mnie ta niesprawiedliwość losu. 

Marca nie przypominam sobie zbyt dokładnie, na pewno trzasnęłam dwa tygodnie kursu intensywnego, już jako KEROWNICZKA działu, oraz dwa razy odwiedziłam ojczyznę – najpierw Warszawę na weekend, a potem rodzinę na Wielkanoc. Była to wizyta wielkopomna, bo pierwszy raz znalazł się w moim domu rodzinnym Ten. 

Kwietnia szczerze mówiąc nie pamiętam w ogóle. Pewnie pracowałam, nigdzie nie jeździliśmy, a pod koniec kwietnia spadł śnieg. 

W maju byliśmy, po raz drugi razem, w Paryżu, i było cudownie. Mieszkaliśmy w malutkim apartamencie na Montmartrze, na samiutkiej górze, pogoda była piękna, my zakochani, spacerowaliśmy więc trzymając się za ręce i robiąc przerwy jedynie na piknik ( z różowym winem). Pod koniec maja z kolei spędziliśmy długi weekend w Marbelli, gdzie Ten świętował z rodziną spóźnione urodziny. 

W czerwcu były mistrzostwa Europy w piłce nożnej i kibicowałam naszym z całych sił. W trakcie mistrzostw miał miejsce po raz pierwszy festiwal MadCool w Madrycie i kupiliśmy bilety, bo były stosunkowo tanie i mogliśmy mieszkać w domu kumpla Tego, który rownież miał bilety. Trzy dni nieprzerwanej imprezy w stylu podwójnej randki zniosłam nadspodziewanie dobrze i bawiłam się fantastycznie. 

W lipcu pracowałam bardzo bardzo dużo, bo urlop rozpoczynałam w sierpniu i brałam wszystkie możliwe zastępstwa, w związku z czym do końca miesiąca dotarłam ledwo zipiąc. W lipcu rownież nastąpiło trwające jakieś dwa tygodnie lato, a ja namiętnie zaczęłam kupować kwieciste sukienki. 

W sierpniu byliśmy 2 tygodnie w Hiszpanii, poleżeliśmy na najpiękniejszej plaży na świecie i nauczyłam się jeść kalmary. Trafiliśmy na kolejny kawałek lata po powrocie, co znacznie ułatwiło pogodzenie się ze smutnym faktem zakończenia wakacji i praktycznie do końca września mogłam jeszcze ponosić kwieciste sukienki. Oraz POWRÓCIŁAM DO PISANIA BLOGASKA. 

We wrześniu znowu poprowadziłam intensywny, jako przełożona bardzo miłej Ukrainki Iriny, która przyjechała na dwa miesiące mniej więcej wyłącznie w tym celu, a potem na tydzień odwiedziła mnie moja siostrzenica ze swoim chłopakiem.

Potem czas zaczął pędzić jak wściekły, w ostatni weekend września/pierwszy października spędziliśmy dwa dni w belgijskim Leuven, gdzie niestety pożegnaliśmy późne lato, ale w perspektywie była Cordoba. Tam polecieliśmy pod koniec października, ochrzciliśmymy najmłodszą członkinię rodziny Tego, piliśmy drinki w 24 stopniach w środku nocy na świeżym powietrzu i bardzo mało spaliśmy. Październik był prawdziwym maratonem podróży, bo tydzień później byliśmy już w kolejnym punkcie Europy, a mianowicie w bułgarskiej Sofii. Było to doświadczenie bardzo jedyne w swoim rodzaju i bardzo chętnie poznałabym inne stolice byłego bloku wschodniego. 

W listopadzie byłam znowu tytanem pracy, Ten przygotowywał sobie strój kapelusznika na imprezę świąteczną, a pogoda była przez jakiś czas iście wiosenna. Ogólnie listopad nie traktował mnie źle. 

Grudzień był jak zawsze odliczaniem dni najpierw do wizyty nieteściowej, a potem do świątecznych wakacji. Spędziliśmy go oglądając „Przyjaciół”, spacerując po jarmarku świątecznym i przygotowując żołądki na święta. Osobiście przygotowałam własny średnio, bo ostatnie dni pracujące spędziłam walcząc z mdłościami, bolesnymi skurczami i innymi nieprzyjemnymi objawami. 10 dni w Marbelli były jak zwykle odprężające, mimo że pogoda była w tym roku zdecydowanie taka sobie. Udało nam się zobaczyć wszystkich kumpli Tego, odwiedzić bar Paquito, urządzić rundkę po barach tapas i wypić morze wina. 

W 2016 chyba mniej byłam opętana butami (a więcej sukienkami, i, ostatnio, płaszczami, mea culpa), wciąż jestem zakochana w Tym, zdaje się że z wzajemnością, i jak zwykle od nowego roku oczekuję żeby nie był gorszy (siódemka na końcu daje wielkie nadzieje), czego życzę Wam i sobie, amen. 

Reklamy

Komentarze 2 so far »

  1. 1

    soullm said,

    Amen 🙂

  2. 2

    patrasova said,

    poka sukienki, poka!


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: