Archive for Styczeń, 2017

O tradycyjnym oraz telewizji. 

Zacznę tradycyjnie: niech ten styczeń już się skończy!… Bo na razie to dosłownie cios za ciosem, zwłaszcza w finansowym sensie, więc podjęte przeze mnie wyzwania NIE FARBOWAĆ WŁOSÓW (15 tygodni i nie mam potrzeby!) oraz NIE ROBIĆ ŻELOWYCH PAZNOKCI (5 tygodni i nie jest źle) powinny wyjść mi na dobre w każdym sensie. Nigdy przedtem nie robiłam tego typu postanowień, nie wspominając o upublicznianiu ich na blogu, więc jestem naprawdę podekscytowana, a własny, coraz lepiej widoczny kolor włosów naprawdę mi się podoba! 

Poza tym zaliczyłam błyskawiczną wizytę w domu rodzinnym, a w trakcie podróży powrotnej usłyszałam rozmawiającą przez telefon panią za mną, zwracającą się do interlokutora w te słowy: Dwa godziny spałam, normalnie jak BORSUCZ!! Przełknąwszy formę liczbnika, zastygłam w zadumie nad tą dziwną krzyżówką zoologiczną, a może naprawdę są w Polsce regiony, które tak nazywają borsuki?? A może u mnie z uszami coś NIETEGES??

Pozostając w temacie polskim, mam 2 obserwacje telewizyjne.

a) Eksperci w telewizji robią rewolucje w każdym temacie: kuchennym (Gessler), stylistycznym (Sablewska), fryzjerskim (taki brunet na M), mieszkaniowym (Szelagowska), ślubnym (taka ładna blondynka, była tancerka), sprzataniowym (Rozenek) oraz

b) prawie wszyscy, a najbardziej Gessler i fryzjer, zamaszyście rzucają kurwami na wizji.

Czy to jest teraz modne??? Bardzo długo nie oglądałam polskiej telewizji i szczerze mówiąc odczułam autentyczne zdumienie, mimo wypiiiiiiiiipowania kurw i spierdolonych rzeczy (typu tatar bądź pasemka). 

Tymczasem nie ma wyjścia, czas iść sprawdzać egzaminy. 

Reklamy

3 Komentarze »

O nowych zabawkach

Jest niedobrze, bo pada białe gówno. (Więc jak mogłoby być dobrze?)

Wreszcie zdarzyło mi się przedpołudnie, w którym nie muszę niczego KOORDYNOWAĆ (takie jest moje oficjalne stanowisko w firmie: KOORDYNATOR kursów w ramach programu Erasmus), a przynajmniej nie muszę się ruszać sprzed biurka w celu koordynowania, więc postanowiłam wreszcie użyć moich dwóch prezentów gwiazdkowych: cudownie grubej nowej maty i piłki do fitnessu. Fitnessblender nie zawiódł mnie i teraz, oni chyba mają filmiki z użyciem WSZYSTKIEGO, na początek wybrałam więc programik 26-minutowy o poziomie trudności 3/5. Trzy rundki siedmiu ćwiczeń po 14 powtórzeń. Pierwsza runda poszła mi jak po grudzie. Piłka była rozpaczliwie NIESTABILNA (serio?), wyślizgiwała mi się spod bioder / tyłka / nóg i na każde ćwiczenie potrzebowałam podwójna ilość czasu. Druga poszła już nieco lepiej, a w trzeciej wiedziałam już wprawdzie co muszę robić (napinać odpowiednie mięśnie rzecz jasna. Dlatego piłeczka jest taka efektywna), żeby scierwo się spode mnie nie wymykało, ale byłam już taka zmęczona dwiema poprzednimi, że każde powtórzenie kosztowało mnie mnóstwo wysiłku. Upragnione WORKOUT COMPLETE zastało mnie ociekającą potem ale bardzo zadowoloną. Filmik o poziomie 5/5 to dopiero będzie hoho! Chyba że najpierw wybiję sobie zęby.

A z nowych rzeczy to jeszcze muszę się nauczyć używać dyfuzora, bo przyszedł z nową suszarką i trochę mi rąk brakuje przy suszeniu. 

Leave a comment »

O noworocznym postanowieniu

O, mam jedno postanowienie na 2017. Nigdy nie mam, więc tak wielkopomne wydarzenie muszę tu odnotować: Będę dbała o włosy. Być może zamienię się w ortodoksyjną wlosomaniaczkę. Przestanę farbować (= z czasem przestanę być blondynką, ciekawe jaki ja mam właściwie naturalny kolor?…). Właściwie zaczęłam te wszystkie czynności już w ostatnich dwóch miesiącach ubiegłego roku, nakupiłam kosmetyków, głównie olejów i masek, i zaczęłam je stosować, oraz zmienilam niektóre włosowe nawyki. W tym roku doszła porządna suszarka (och jak bardzo widzę różnicę!) i jedyne, czego potrzebuję i co właśnie niniejszym postanawiam, to systematyczność i cierpliwość. 

Poza tym dopadł mnie tutejszy ZUS i natychmiast pożałowałam każdego wydanego na wyprzedażach centa, ale hej, mogę przecież postanowić nie kupować niczego od 15.01. prawda? (Powiedziała sprawdzając status znajdującej się w drodze paczuszki z Zary.)

A w weekend straciłam sobie głos, całkowicie. Strasznie dziwne uczucie, niby robisz wszystko jak zawsze, a zamiast normalnych dźwięków wydobywa się z ciebie skrzeczący szept. Dobrze, że w tym tygodniu przez 70% czasu na zajęciach siedzę na tyłku gapiąc się na piszących egzamin studentów. 

Leave a comment »

O początku stycznia

Styczeń jak zwykle rozpoczął się fantastycznie, a mianowicie jesteśmy chorzy. Wszyscy powracający z Marbelli – Ten, jego siostra i ja. Jedyną osobą, która chodzi przy tym do pracy jestem oczywiście ja, w tym tygodniu wszystkie grupy mają powtórzenie materiału przed egzaminami i NIE MA takiej opcji, żeby mnie nie było. Na szczęście gorączka mnie tym razem nie dotknęła, bo wszystko inne zniosę, szczególnie na paracetamolu i nie wczesnym rankiem, ale pracować z gorączką nie potrafię. 

Pozytywną stroną stycznia są wyprzedaże i już nawet nie próbuję nikomu (ani sobie) wmawiać, że w tym roku nic nie kupię. Tym bardziej, że czarne dżinsy na przykład są mi naprawdę potrzebne(przegrana sprawa), a kilkoma bluzkami, najlepiej takimi i na wyjście i do pracy, też nie pogardzę. 

Tymczasem „Przyjaciele” weszli w siódmy sezon i odetchnęłam z ulgą, bo szósty był beznadziejny (a Rachel miała okropne doczepiane włosy i bez przerwy nosiła długie spódnice i spodnie bojówki. Widać wyraźnie, że to już nie lata dziewięćdziesiate, buuu) (z drugiej strony sama siebie pamietam z 2003 w spodniach bojówkach i długich spódnicach też jakby bojówkach, brrrr). 

2 Komentarze »

O 2016

W tym roku spóźniona o jeden dzień, ale w obliczu tegorocznej ubiegłorocznej blogowej dziury (oraz faktu że jeden dzień to nic w obliczu wieczności) sądzę, że można mi to wybaczyć. 

Zacznijmy więc od stycznia. Nowy rok przywitałam już kolejny raz z rzędu w Marbelli, w otoczeniu rodziny Tego. Poza tym nie działo się zbyt wiele, byłam nerwowa z powodu pracy i z powodu zbliżającego się wesela w Sewilli, o którym Ten ZAPOMNIAŁ mi powiedzieć na czas i na które na łeb na szyję potrzebowałam odzieży. 

W lutym, na początku wzięliśmy udział w wyżej wymienionym, bawiliśmy się przednio, spędziliśmy fantastyczny weekend w jednym z moich ulubionych miast i ominął nas  reński karnawał. Rownież w lutym, pamietam bardzo dokładnie, zapadłam na ciężką grypę z gorączką prawie 40-stopniową i kilkudniowym leżeniem w łóżku, mimo że nie bywam chora, i bardzo dotknęła mnie ta niesprawiedliwość losu. 

Marca nie przypominam sobie zbyt dokładnie, na pewno trzasnęłam dwa tygodnie kursu intensywnego, już jako KEROWNICZKA działu, oraz dwa razy odwiedziłam ojczyznę – najpierw Warszawę na weekend, a potem rodzinę na Wielkanoc. Była to wizyta wielkopomna, bo pierwszy raz znalazł się w moim domu rodzinnym Ten. 

Kwietnia szczerze mówiąc nie pamiętam w ogóle. Pewnie pracowałam, nigdzie nie jeździliśmy, a pod koniec kwietnia spadł śnieg. 

W maju byliśmy, po raz drugi razem, w Paryżu, i było cudownie. Mieszkaliśmy w malutkim apartamencie na Montmartrze, na samiutkiej górze, pogoda była piękna, my zakochani, spacerowaliśmy więc trzymając się za ręce i robiąc przerwy jedynie na piknik ( z różowym winem). Pod koniec maja z kolei spędziliśmy długi weekend w Marbelli, gdzie Ten świętował z rodziną spóźnione urodziny. 

W czerwcu były mistrzostwa Europy w piłce nożnej i kibicowałam naszym z całych sił. W trakcie mistrzostw miał miejsce po raz pierwszy festiwal MadCool w Madrycie i kupiliśmy bilety, bo były stosunkowo tanie i mogliśmy mieszkać w domu kumpla Tego, który rownież miał bilety. Trzy dni nieprzerwanej imprezy w stylu podwójnej randki zniosłam nadspodziewanie dobrze i bawiłam się fantastycznie. 

W lipcu pracowałam bardzo bardzo dużo, bo urlop rozpoczynałam w sierpniu i brałam wszystkie możliwe zastępstwa, w związku z czym do końca miesiąca dotarłam ledwo zipiąc. W lipcu rownież nastąpiło trwające jakieś dwa tygodnie lato, a ja namiętnie zaczęłam kupować kwieciste sukienki. 

W sierpniu byliśmy 2 tygodnie w Hiszpanii, poleżeliśmy na najpiękniejszej plaży na świecie i nauczyłam się jeść kalmary. Trafiliśmy na kolejny kawałek lata po powrocie, co znacznie ułatwiło pogodzenie się ze smutnym faktem zakończenia wakacji i praktycznie do końca września mogłam jeszcze ponosić kwieciste sukienki. Oraz POWRÓCIŁAM DO PISANIA BLOGASKA. 

We wrześniu znowu poprowadziłam intensywny, jako przełożona bardzo miłej Ukrainki Iriny, która przyjechała na dwa miesiące mniej więcej wyłącznie w tym celu, a potem na tydzień odwiedziła mnie moja siostrzenica ze swoim chłopakiem.

Potem czas zaczął pędzić jak wściekły, w ostatni weekend września/pierwszy października spędziliśmy dwa dni w belgijskim Leuven, gdzie niestety pożegnaliśmy późne lato, ale w perspektywie była Cordoba. Tam polecieliśmy pod koniec października, ochrzciliśmymy najmłodszą członkinię rodziny Tego, piliśmy drinki w 24 stopniach w środku nocy na świeżym powietrzu i bardzo mało spaliśmy. Październik był prawdziwym maratonem podróży, bo tydzień później byliśmy już w kolejnym punkcie Europy, a mianowicie w bułgarskiej Sofii. Było to doświadczenie bardzo jedyne w swoim rodzaju i bardzo chętnie poznałabym inne stolice byłego bloku wschodniego. 

W listopadzie byłam znowu tytanem pracy, Ten przygotowywał sobie strój kapelusznika na imprezę świąteczną, a pogoda była przez jakiś czas iście wiosenna. Ogólnie listopad nie traktował mnie źle. 

Grudzień był jak zawsze odliczaniem dni najpierw do wizyty nieteściowej, a potem do świątecznych wakacji. Spędziliśmy go oglądając „Przyjaciół”, spacerując po jarmarku świątecznym i przygotowując żołądki na święta. Osobiście przygotowałam własny średnio, bo ostatnie dni pracujące spędziłam walcząc z mdłościami, bolesnymi skurczami i innymi nieprzyjemnymi objawami. 10 dni w Marbelli były jak zwykle odprężające, mimo że pogoda była w tym roku zdecydowanie taka sobie. Udało nam się zobaczyć wszystkich kumpli Tego, odwiedzić bar Paquito, urządzić rundkę po barach tapas i wypić morze wina. 

W 2016 chyba mniej byłam opętana butami (a więcej sukienkami, i, ostatnio, płaszczami, mea culpa), wciąż jestem zakochana w Tym, zdaje się że z wzajemnością, i jak zwykle od nowego roku oczekuję żeby nie był gorszy (siódemka na końcu daje wielkie nadzieje), czego życzę Wam i sobie, amen. 

2 Komentarze »