O złośliwym żołądku i Wigilii po hiszpańsku 

Pół tygodnia na wolnej chacie, co do którego miałam takie piękne plany,się wzięło i wściekło, delikatnie mówiąc. Niedelikatnie było koszmarne.  Już w środę po południu bowiem poczułam się dziwnie na żołądku i przysięgam, że gdyby mój lot był w czwartek, jak pierwotnie planowałam, nie byłabym w stanie polecieć. Przedpołudnie w pracy wytrzymałam jak cię mogę, użytkując toaletę i pijąc herbatę w stołówce (uczniowie nie przyszli, a czekać do ostatniej lekcji trzeba było), popołudnie natomiast spędziłam pod kołdrą, zwijając się z bólu żołądka, za to bez konieczności odwiedzania wychodka. I miłościwej Opatrzności zawdzięczać należy fakt, że walizkę miałam mniej więcej spakowaną od środy. Noc z czwartku na piątek spędziłam koszmarną, dodatkowo nie wiedzieć czemu bolały mnie plecy, i w piątek rano ledwo trzymając się na nogach udałam się do apteki, zakupiłam genialne kropelki na żołądek,  a potem poszłam do rosmanna po wafle ryżowe, czekała mnie bowiem daleka droga i musiałam coś jeść, żeby mieć na nią siłę. Na dworzec dotarłam około południa, zlana zimnym potem, blada z wysiłku, życząc sobie wyłącznie usiąść i już jechać. Wszystkie pociągi działały jak w zegarku, na lotnisko dotarłam nieprzerwanie żując wafle ryżowe, trzy godziny przed czasem. Wszystko było mi tego dnia najdoskonalej obojętne, kropelki działały, zajęłam więc sobie miejsce i czekałam aż trzeba będzie iść do bramki. Lot przespałam w połowie, w drugiej walczyłam z nudnościami i odliczałam minuty do lądowania. Kiedy wreszcie zabrali mnie do pękającego w szwach domu nieteściowej, posadzili na sofie, dali kubek cudownego gorącego rosołu, (który zapiłam kropelkami) chciało mi się płakać ze szczęścia.  

Wigilia po hiszpańsku zaczęła się około godziny dwudziestej drugiej, przy wielkim stole nakrytym na dwanaście osób i niewątpliwie mam grzech, gdyż poza langostinos do jedzenia było same mięso. (Świnia od szynki niewątpliwie nie żarła w swoim życiu nic innego niż żołędzie, bo szynka była przepyszna i nie przesadzając rozpływała się w ustach.) Po jedzeniu i pierwszej rundzie śpiewania kolęd (z gitarą, tamburynem i cajonem), około północy przystąpiliśmy do rozdawania prezentów od Secret Santa. Żeby nie było tak łatwo, przy wręczaniu prezentu każdy musiał zaśpiewać obdarowanemu dwuwiersz na melodię znanej kolędy, a reszta śpiewała refren. Całość trwała 40 minut, została nagrana jako audio i była naprawdę zabawna, kreatywna i godna powtórzenia w przyszłym roku. (Przy okazji następna rzecz, dla której zakochałabym się w Tym bez wahania, gdybym już nie była w nim zakochana – słynne andaluzyjskie arte. Polegające między innymi na dwuwierszu z doskonałym rymem, doskonałą melodią i zabawnym tekstem wymyślonym SEKUNDY przed występem. Podczas gdy cała reszta mamrotała pod nosem całe popołudnie i ukradkiem notowała na papierowych serwetkach.)

Punktem kulminacyjnym było jednak wykonanie Przybieżeli do Betlejem przez całą grupę (tekst zapisali sobie fonetycznie). Autentycznie się wzruszyłam i wtedy owszem, poczułam że jest Wigilia. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: