Archive for Grudzień, 2016

O złośliwym żołądku i Wigilii po hiszpańsku 

Pół tygodnia na wolnej chacie, co do którego miałam takie piękne plany,się wzięło i wściekło, delikatnie mówiąc. Niedelikatnie było koszmarne.  Już w środę po południu bowiem poczułam się dziwnie na żołądku i przysięgam, że gdyby mój lot był w czwartek, jak pierwotnie planowałam, nie byłabym w stanie polecieć. Przedpołudnie w pracy wytrzymałam jak cię mogę, użytkując toaletę i pijąc herbatę w stołówce (uczniowie nie przyszli, a czekać do ostatniej lekcji trzeba było), popołudnie natomiast spędziłam pod kołdrą, zwijając się z bólu żołądka, za to bez konieczności odwiedzania wychodka. I miłościwej Opatrzności zawdzięczać należy fakt, że walizkę miałam mniej więcej spakowaną od środy. Noc z czwartku na piątek spędziłam koszmarną, dodatkowo nie wiedzieć czemu bolały mnie plecy, i w piątek rano ledwo trzymając się na nogach udałam się do apteki, zakupiłam genialne kropelki na żołądek,  a potem poszłam do rosmanna po wafle ryżowe, czekała mnie bowiem daleka droga i musiałam coś jeść, żeby mieć na nią siłę. Na dworzec dotarłam około południa, zlana zimnym potem, blada z wysiłku, życząc sobie wyłącznie usiąść i już jechać. Wszystkie pociągi działały jak w zegarku, na lotnisko dotarłam nieprzerwanie żując wafle ryżowe, trzy godziny przed czasem. Wszystko było mi tego dnia najdoskonalej obojętne, kropelki działały, zajęłam więc sobie miejsce i czekałam aż trzeba będzie iść do bramki. Lot przespałam w połowie, w drugiej walczyłam z nudnościami i odliczałam minuty do lądowania. Kiedy wreszcie zabrali mnie do pękającego w szwach domu nieteściowej, posadzili na sofie, dali kubek cudownego gorącego rosołu, (który zapiłam kropelkami) chciało mi się płakać ze szczęścia.  

Wigilia po hiszpańsku zaczęła się około godziny dwudziestej drugiej, przy wielkim stole nakrytym na dwanaście osób i niewątpliwie mam grzech, gdyż poza langostinos do jedzenia było same mięso. (Świnia od szynki niewątpliwie nie żarła w swoim życiu nic innego niż żołędzie, bo szynka była przepyszna i nie przesadzając rozpływała się w ustach.) Po jedzeniu i pierwszej rundzie śpiewania kolęd (z gitarą, tamburynem i cajonem), około północy przystąpiliśmy do rozdawania prezentów od Secret Santa. Żeby nie było tak łatwo, przy wręczaniu prezentu każdy musiał zaśpiewać obdarowanemu dwuwiersz na melodię znanej kolędy, a reszta śpiewała refren. Całość trwała 40 minut, została nagrana jako audio i była naprawdę zabawna, kreatywna i godna powtórzenia w przyszłym roku. (Przy okazji następna rzecz, dla której zakochałabym się w Tym bez wahania, gdybym już nie była w nim zakochana – słynne andaluzyjskie arte. Polegające między innymi na dwuwierszu z doskonałym rymem, doskonałą melodią i zabawnym tekstem wymyślonym SEKUNDY przed występem. Podczas gdy cała reszta mamrotała pod nosem całe popołudnie i ukradkiem notowała na papierowych serwetkach.)

Punktem kulminacyjnym było jednak wykonanie Przybieżeli do Betlejem przez całą grupę (tekst zapisali sobie fonetycznie). Autentycznie się wzruszyłam i wtedy owszem, poczułam że jest Wigilia. 

Leave a comment »

O rozmemłanym tygodniu na wolnej chacie

To polecieli – Ten i jego siostra, szczęśliwi posiadacze urlopu już od dzisiaj i stałam się posiadaczką wolnej chaty. Osobiście, jako jedyny znany mi looser, muszę pracować do dwudziestego trzeciego WŁĄCZNIE, a lot mam o godzinie dziewiętnastej. Bardzo lubię Tego, ale lubię też być sama, więc się nie skarżę, ale od kiedy jestem, zdążyłam już: zamówić jeden płaszcz i pobić się z myślami, czy aby na pewno dobrze zrobiłam (mam SPORO płaszczy, ale żadnego czarnego! Czarny to klasyk!), nabrać ochoty, żeby jeszcze przed wyjazdem skoczyć do fryzjera na podcięcie (postanowiłam nie farbować i zapuścić własny kolor. Niech Opatrzność ma mnie w opiece!) i spożyć śniadanie w łóżku. 

Płaszcza już nie odmówię, najwyżej mogę poczekać aż przyjdzie i go oddać, na włosy mam jedyną szansę jutro przed południem, a tydzień już widzę, że będzie kompletnie rozmemłany, bo możliwe, że wszystkie moje zajęcia odbędą się bez udziału uczniów. Nie mam im broń Boże za złe, wszyscy moi uczniowie są siłą rzeczy daleko od domów, i na Święta do tych domów jadą, a różnica między nami jest taka, że mnie za stawienie się płacą, a im nie. Dużo gorzej sprawa będzie wyglądała, jeśli przyjdą jakieś nadgorliwe niedobitki, i ta wizja przyprawia mnie o duży niesmak. Chyba lepiej wstawię kolejne pranie. 

Leave a comment »

O wizycie nieteściowej, edycja 2016

Już drugi raz w tym życiu odwiedziła nas nieteściowa – w zeszłym grudniu z siostrą, w obecnym ze swoim chłopakiem. Mimo że do Świat jeszcze 10 dni, już mocno nadużyłam jedzenia i picia i nie wiem, czy w ogóle wracać do zdrowych nawyków na te 10 dni, bo czy to warto?… Zawsze mówię i powtarzać będę, że moja nieteściowa to najlepsza osoba z całej rodziny, złoto i kryształ nie kobieta, więc żeby nie było, że nikt mi nie działał na nerwy, to przez cały czas trwania wizyty na kanapie mieszkała nieszwagierka. W małych ilościach znoszę ją już coraz lepiej, ale 3 dni na mojej kanapie?? 

Zwiedzać w sobotę pojechaliśmy znowu do Brukseli i przysięgam, że jak jeszcze jakaś wizyta będzie chciała jechać do Brukseli, będę musiała spróbować chodzić z zamkniętymi oczami. Nawet frytki mi nie smakowały jak powinny, a to doprawdy COŚ znaczy. (Gofer był pyszny jak zawsze.) W niedzielę natomiast prawie zaliczyliśmy koncertowy FAIL, bo na pomysł odwiedzenia historycznego jarmarku świątecznego w malutkim klimatycznym miasteczku Monschau, wpadł oprócz nas jakiś milion innych osób, od którejś tam godziny nie wpuszczano już żadnych samochodów, parkować należało w następnej wsi, a co 10 minut kursował tam autobus. Na dobrą sprawę wszystko było doskonale zorganizowane, jednak na chwilę zbiło nas z pantałyku. Wobec ilości aut, łatwo było wyobrazić sobie ilość jednostek ludzkich wizytujących miasteczko, i faktycznie. Udało nam się jednak zarówno zjeść obiad jak i wypić grzane wino oraz wspiąć się do ruin zamku, czyli wszystko, co mieliśmy zaplanowane. 

Wczoraj wizyta odfrunęła z powrotem do słońca, nieszwagierka opuściła kanapę i wróciła do siebie, a ja nieprzerwanie piorę i prasuję, bo za tydzień o tej porze będę się już przymierzać do walizki. 

A na deser Monschau. Warto było parkować w sąsiedniej wsi. 

Leave a comment »

O szkodliwych wpływach 

Oglądanie „Przyjaciół” baaaaardzo źle na mnie wpływa. Jesteśmy już gdzieś w połowie piątego sezonu, Rachel nie pracuje już w kawiarni i przestała nosić te potwornie krótkie kiecki, jedyny element jej stroju, którego Z WIADOMYCH WZGLĘDÓW (wczoraj szefowa, po krótkim smalltalku dotyczącym pracy do mnie mówi: Czy ta sukienka jest dzianinowa? Może z Esprit? Bo mam podobną! A ja jej na to że, Tak, wiem, ale nie, twoja ma prawdziwy golf, a moja tylko stójkę. Ale obie mają świetną długość, co? Taką akurat NA NASZE LATA… Poczym wpadłyśmy w melancholijną zadumę.) nie zamierzam kopiować. Całą resztę kopiuję jak cię mogę, i nawet dwa aksamitne topy już nabyłam. Oraz zastanawiam się nad sukienką. 

Tymczasem jutro przyjeżdża nieteściowa ze swoim chłopakiem i znajdujemy się w szale sprzątania, w którym już udało się zgubić jeden grzebień. 

Oraz nurtuje mnie pytanie: czy niska osoba może posiadać długi płaszcz? Bo przyszedł ten zakupiony na czarnym piątku, milutki, wełniany i przepiękny, ale właśnie długi, prawie do pół łydki. Nie wiem po co pytam ludzi o opinię, mnie się on podoba i ja w nim takoż, ale Ten wziął i mnie wpędził w niepewność. 

Comments (1) »

O tym, że koniec z ekscesami

Po imprezie świątecznej znowu wylądowaliśmy w łóżkach po piątej rano i stanowczo był to ostatni raz co najmniej do Wigilii*. Tym razem jednak inteligencja działała mi lepiej niż ostatnio i oprócz beczki wina i prosecco wypiłam rownież około litra wody. Wczoraj byłam więc wykończona i przespałam większość dnia, ale kac mi nie dokuczał.

Kapelusznik na sam koniec stanął pod niewielkim znakiem zapytania, bo Ten, chcąc nadać marynarce patyny, spryskał ją farbą w spreju, która to farba dobrze chwytała tekstylia z zawartością co najmniej 20% włókien sztucznych. Marynarka natomiast była ze 100% wełny i ze spreju, poza farbowaniem wszystkiego, co tylko się do niej zbliżyło, nic sobie nie robiła. Widok nieszczęśliwego i ufarbowanego na fioletowo Tego z marynarką w ręku, zmusił mnie do zdławienia chichotu, rozłożenia na kuchennym stole rozprutego worka na śmieci, na nim wściekle farbującej marynarki i przystapienia do tarcia farby. Poszło na to półtorej rolki papieru kuchennego i szczotka do paznokci, oraz dwie pary gumowych rękawiczek i dwie godziny z życia, ale wytarliśmy scierwo na tyle, że bez zbytniego pocierania dało się Tego dotknąć.  

*Wigilia nie bywa u nas okazją do imprezowania do rana, ale w tym roku lecę spędzać ją z rodziną Tego. U nich tradycja polega na późnej kolacji na 10-15 osób w zależności od roku, a później drinkach, śpiewach i tańcach do rana, w których aktywnie uczestniczą wszyscy, włącznie z 90-letnią babcią. Po kolacjach we własnych domach, około 1 w nocy, do towarzystwa zwykle dołączają kumple Tego. W tym roku po raz pierwszy zaplanowano urządzenie Secret Santa (czy ktoś wie czy to ma jakaś nazwę po polsku???), internetowa strona dokonała losowania i każdy dostał mejlem nazwisko osoby, której musi zrobić prezent. 

A w bonusie dam Wam moje zmarszczki czyli zdjęcie absolutnie saute, bez żadnego makijażu. Uważam, że jak na moje lata i ekscesy, nie jest źle. 

Leave a comment »