Archive for Listopad, 2016

O zaangażowanym kapeluszniku

Zachciało mi się znowu bawić kettlem i mam teraz siniaki na przedramionach – fajnie, co? Oraz zapomniałam już jak bardzo kettlebell dawał zakwasy w dolnej części pleców, chyba jedne z najbardziej nieprzyjemnych moim zdaniem.

A Netflix tym razem dostarczył nowego serialu o bardzo ładnym tytule Paranoid. Ja wiem, że spiski i konspiracje są bardzo oklepanym motywem, jednak co ja poradzę że je uwielbiam? Łyknęłam wczoraj trzy odcinki w samotności, gdyż Ten PRACUJE NAD STROJEM KAPELUSZNIKA. Pracuje z takim zaangażowaniem, że wydał już mnóstwo monet na materiały, farby, druty i kleje, mnie zaprzągł do obszywania koronką kołnierza i rękawów jego starej marynarki, do pracy (nad kostiumem) puszcza sobie soundtrack z Alicji, i sama mam szansę być jedynie uczepionym jego ramienia akcesorium do kostiumu. A, w niedzielę włączył film i kazał mi z nim oglądać, żeby się bardziej zainspirować i wczuć w temat. Więc się wczuwam, piątek już za 2 dni i wreszcie można będzie odpocząć od SZALONEGO Kapelusznika. 

Tymczasem zimno, temperatura spadła nieco poniżej zera, a mój zakupiony na Czarnym Piątku płaszcz jeszcze nie doszedł. Mam co do niego nieco obaw, gdyż poza niewątpliwie pozytywnym składem (wełna i kaszmir, i tylko 20% poliamidu) i pięknym kamelowym kolorem jest długi za kolano (a ja mikra), ma militarne dwurzędowe guziki (serio?) i ogólnie zastanawiam się co ja sobie myślałam. Prawdopodobnie nic, więc pożywjom uwidzim. 

Leave a comment »

O cieple i stuporze

Więc i w tym roku mamy falę ciepła w listopadzie, nie powiem żeby mnie to martwiło. 10-12 stopni czyli jeden cienki sweterek czy bluzka i rozpięty płaszcz, bdb. (O, widzę że dziś maksymalna temperatura to 14 stopni…)  Jak dla mnie, może tak zostać do marca, ale z prognozy wynika że zostanie do weekendu. Może to nawet i lepiej, bo otworzyli już jarmark świąteczny, a grzane wino w 14 stopniach to jednak lekka przesada. 

Spódnica Alicji doszła, pasuje i chyba się nada. Na górę zamówiłam sobie granatowe aksamitne body bez rękawków i z głębokim dekoltem i teraz czekam na body.  Ogólnie opętał mnie nieco aksamit (jeszcze bez skutków w postaci zakupów), gdyż netflix postanowił zrobić Temu i mnie przysługę i dał wszystkie 10 sezonów Przyjaciół. I tak lecimy sobie ciurkiem codziennie po kilka odcinków i trwam w stuporze bo: a) kiedy to dawali u nas w telewizji miałam 16 lat i chciałam wszystkie ciuchy Rachel, b) od owego momentu minęły 22 lata (dwadzieścia dwa!!!) a ja wciąż (lub może: ZNOWU) chcę wszystkie ciuchy Rachel. Jeśli chodzi o fryzurę, to nie podobała mi się ani wtedy, ani teraz. A, na akcję też patrzę, ale mniej. 

Comments (1) »

O pędzącym czasie

Głupi fejsbuk przypomniał mi dziś że moja praca ma wadę. Nie wiem czy jedyną, ale bardzo ważną: nie można brać w niej urlopu w listopadzie. A taki miałam cudowny plan! Po tym wspaniałym tygodniu na Kanarach dwa lata temu, miał to być mój patent na listopady: najpierw dwa tygodnie wzdychasz, czekasz, odświeżasz letnie ciuszki, pakujesz walizkę, potem tydzień spędzasz w cieplutkim raju, potem wracasz opalona i zrelaksowana, kiedy listopad zamienia się w grudzień i wszyscy już żyją świetami. A tu guzik, miej zajęcia na uczelni, zapomnij o Kanarach w listopadzie! 

Na dodatek głupi czas pędzi jak głupi, i znowu przyczynia się do tego praca, tutaj nikt nie żyje dniem dzisiejszym, wszyscy planują już następny program i jak go ulepszyć, nowe kursy, intensywny w marcu, o, zdaje się że nawet sale już mamy zarezerwowane. A wczoraj nawet sami przyczyniliśmy się do owego, Tego i mnie mam na myśli, zakupując bilety na festiwal Madcool w Madrycie na lipiec przyszłego roku. Na pierwszej edycji w czerwcu obecnego roku też byliśmy i wróciliśmy zachwyceni, gdyż Ten ma w Madrycie kumpla ze studiów i festiwal odpracowaliśmy na zasadzie podwójnej randki i było fantastycznie. A że przypadło to na moją blogową dziurę, fakt ten nie został tu odnotowany. 

Nowością jest też fakt, że w tym roku, jako że jest bardzo krótka (kto to wymyślił żeby Wigilia była w sobotę!!!), przerwę świąteczną w całości spędzę w Marbelli. Boże Narodzenie przy 20 stopniach i słoneczku, yeeey. 

A na dowód festiwalowa fotka. W przyszłym roku koniecznie muszę się przejechać na tym kole! 

Leave a comment »

O tajemnicy bakłażana 

Smażonego bakłażana czyli oberżynę po raz pierwszy jadłam w Cordobie, gdyż jest to typowa tapa tego regionu. Podana z salmorejo smakuje wybornie, i siedząc wczoraj z Tym przy piwie w nowo otwartej knajpie westchnęłam sobie głośno do tego wspomnienia, a Ten oznajmił, że otóż sami taką przygotujemy! Niby nic takiego, ale problem z samodzielnym przygotowaniem polega głównie na tym, żeby bakłażan przy smażeniu nie opił się tłuszczu. Po przeczytaniu całego internetu mieliśmy plan, nadmiernemu piciu tłuszczu przez bakłażana miało zapobiec piwo! (W sumie nic dziwnego, też wolę pić piwo niż tłuszcz) Dopisaliśmy więc wyżej wymienione do listy zakupów, kupiliśmy co potrzeba i zabraliśmy się do pracy: pokrojonego w plastry bakłażana należało posolić, zostawić na 15 minut, żeby puścił sok, a wraz z nim gorzki posmak, każdy plaster dokładnie umyć, osączyć, włożyć do piwa, potrzymać kilka minut, obtoczyć w mące, po czym wrzucać na bardzo gorący olej i smażyć mniej więcej po minucie na stronę, nie przewracając plastrów tam i z powrotem. Jak rzekła moja siostra, dużo bawienia, mało jedzenia, ale na prawdę było warto. Bakłażan wyszedł przepyszny, chrupiący i sztywny, nieopity olejem, a na dodatek Temu wyszło salmorejo jak nigdy, chyba pomidory przypadkiem smakowały pomidorami.  

Tymczasem moja Alicjowa spódnica jest prawie na miejscu, teraz jeszcze tylko muszę wymyślić z czym ją zestawić. Jeśli będzie pasować, rzecz jasna. 

Leave a comment »

O tym, że znowu nadchodzi ten czas w roku

…. kiedy dostaję zaproszenie na świąteczną imprezę w biurze Tego. A ma ona to do siebie, że w doborze stroju zawsze ma jakieś motto (które można uwzględnić lub zignorować. My w pierwszych latach ignorowaliśmy, ostatnio uwzględniamy) i nie polega ono na przebraniu się, gdyż nie jest to impreza kostiumowa, a na inspiracji i stworzeniu nastroju. Bla bla bla. W tym roku mottem są baśnie, baśniowe stwory i przeplatanie rzeczywistości z magią, więc Ten wpadł na naprawdę dobry pomysł (czasem mu się zdarza), żeby iść jako Alicja i Kapelusznik. Zajrzałam do internetu, potem na asosa i zamówiłam ostatni egzemplarz długiej do ziemi spódnicy z firanki. Błękitnej, gdyż jak by nie patrzeć, i jak daleka nie byłaby to inspiracja, błękitem Alicja musi dysponować. Teraz tradycyjnie czekam aż przyjdzie, tym razem jeszcze mało nerwowo, gdyż impreza zawsze odbywa się w pierwszy piątek grudnia, w tym roku drugiego, więc mam czas. 

Poza tym zajęta jestem, a może i zestresowana, bo liczba godzin w tygodniu stanęła mi na 32, z czego 10 należy do nowego programu dla libańskich inżynierów, których nauczyć języka trzeba szybciuteńko, i to tak, żeby w ciągu pół roku znaleźli tutaj pracę. Łatwizna, prawda? Dla wzmożenia przyjemności, nie ma w tym celu żadnego jasno określonego planu, istnieje tylko mglisty. 

Poza tym za oknem trzy stopnie, lodowaty deszczyk z możliwością śnieżku, więc możecie sobie wyobrazić mój nastrój. 

Leave a comment »

O Zośce

Dawno dawno temu na jakimś blogu wyczytałam, że Sofia jest „najgorszą” ze stolic byłego bloku wschodniego – najbrzydszą, z niesympatycznym ludźmi o nastawieniu rodem z okresu największej świetności minionego ustroju. I całkowicie o przeczytanym zapomniałam. Aż do ubiegłego piątku, kiedy to około szesnastej godziny wylądowałam w wyżej wymienionej. 

Pierwsze wrażenie po wyładowaniu gdziekolwiek to lotnisko, i to sofijskie było wstrząsające. Później dowiedziałam się, że obecnie tylko tanie loty typu Ryanair, którym sami przylecieliśmy, są tam kierowane, dla tych z wyższej półki istnieje piękny, nowoczesny terminal II, do którego należało dojechać bezpłatnym autobusem i stamtąd metrem do centrum. Zanim to jednak nastąpiło, spędziliśmy prawie godzinę w budynku terminalu I, w którym, idę o zakład, w ciągu ostatnich 30 lat nie zmieniło się NIC. Do bankomatu była kolejka, obok niego był kantor wymiany, w którym obecna pani oznajmiła że „dziś już nic nie wymienia”. Toalety optyką oraz zapachem żywo przypominały toalety publiczne działające w latach 80-tych w moim rodzinnym mieście, a wszędzie pętały się niesympatyczne typy o wyglądzie ruskiej mafii, pytające „Taxi? Taxi? Metro wyglądało normalnie, pełne było zmęczonych ludzi wracających z pracy i w złą godzinę wyraziliśmy się o nim lekceważąco, słowami „Phi, tylko dwie linie, jak tu się zgubimy, to znaczy że naprawdę z nas głupki!” No i owszem, zła godzina latała nad nami z dużą intensywnością, jedyna szansa na zmianę linii była na stacji Serdika, więc tam wysiedliśmy, a zmylił nas szyld z nazwą drugiej linii i przeznaczeniem pociągu w który mieliśmy wsiąść, dokładnie w tym samym miejscu, w którym wysiedliśmy z pierwszego. Logiki to nie miało za grosz, ale mówię że zgłupieliśmy, gorąco nam było jak piorun, gdyż wszystko było rozpaczliwie przegrzane, wsiedliśmy w pierwszy następny pociąg, zorientowaliśmy się że coś niedobrze dwie stacje później, wróciliśmy, po czym powtórzyliśmy idiotyzm jeszcze raz, nie widząc innych możliwości na tej przeklętej Serdice. Po opuszczeniu pociągu po raz trzeci w tym samym miejscu straciliśmy cierpliwość, opuściliśmy metro (drugą linią mieliśmy tylko jedną stację do przejechania) i wyleźliśmy na powierzchnię, gdzie Ten, przy użyciu rozpaczliwie niedokładnej mapki z internetu znalazł nasz hotel. A godzina zrobiła się 19.00. (Gdyby nie było innych powodów do zakochania się w Tym, na pewno byłaby nim jego zdolność trafiania WSZĘDZIE, obojętnie w jakich warunkach.)

Wieczorową porą, po zmroku, miasto prezentowało się bardzo średnio. Chodniki były nie tylko potwornie krzywe, ale również posiadały klapy studzienek kanalizacyjnych, a w nich imponującej wielkości dziury, w które zmieściłby się średniej wielkości pies. W okolicy roiło się od opuszczonych lokali, domów z oknami zabitymi deskami i płytami oraz wyblakłych szyldów dawno nieistniejących firm. Naszym przybyciem oderwaliśmy panienkę z recepcji hotelu od papieroska na ulicy, ale sam hotel był w porządku. (No, może poza faktem, że był, jak wszystko inne, straszliwie przegrzany, a pościel była tak śliska, że uniemożliwiała mi spanie w ukochanej pozycji na spajdermena, bo zwyczajnie zsuwała mi się noga.)

Następnego dnia po śniadaniu, w towarzystwie błękitnego nieba i wielkiego słońca udaliśmy się na zwiedzanie. Już pierwszego wieczoru odkryliśmy że w restauracjach wieczorami nie ma co się pokazywać bez rezerwacji i dokonaliśmy takowej  na sobotni i niedzielny wieczór. Sofia posiada mnóstwo kościołów różnych wyznań, najwiecej oczywiście cerkwi, ale była i synagoga i kościół katolicki i meczet, i wszystkie były przepiękne. Osobiście najbardziej przypadła mi do gustu niewielka rosyjska cerkiew pod wezwaniem świetego Mikołaja, ale oczywistości typu Hagia Sophia czy bazylika Aleksandra Newskiego zrobiły na nas ogromne wrażenie. Odkryliśmy też że sofijczycy aktywnie i intensywnie użytkują parki, pełne dzieci, dorosłych, straganów i fontann. Uczyniliśmy również wysiłek zakupu pieczonych kasztanów w bułgarskim języku (umiałam przeczytać napis na straganie) ale okazały się być zimne, sztywne i obrzydliwe, więc wyładowały w koszu. Kolację spożyliśmy we wcześniej zarezerwowanym lokalu Pakema czyli Raketa i był to jedyny, w którym byliśmy stuprocentowo zadowoleni z obsługi, wystrój był ciekawy i nawiązywał do sowieckiej obsesji podbicia kosmosu oraz zawierał rekwizyty socjalistycznej epoki. Jedzenie i wino też były nienajgorsze. Wróciliśmy dość późno i spacer słabo oświetlonym ulicami po krzywym chodniku z czarniawymi typami w dresach, stojącymi na każdym rogu jakoś średnio mi się spodobał. 

Następnego dnia, jako że wszystkie kościoły i miejsca turystyczne obejrzeliśmy już wcześniej, zaplanowaliśmy wycieczkę do muzeum sztuki socjalistycznej, nieco oddalonego od centrum. Na spokojnie przeanalizowaliśmy również stację Serdika i odkryliśmy, jak się zmienia linię. Po namyśle doszliśmy rownież do wniosku, że pociąg drugiej linii wyświetlany jest na stacji pierwszej linii, żeby społeczeństwo wiedziało za ile minut będzie i czy opłaca się lecieć biegiem. Innego sensu powyższego nie udało nam się odkryć. W muzeum spędziliśmy sporo czasu, oglądając filmiki propagandowe, galerię portretów komunistycznych liderów oraz robiąc zdjęcia wystawionym w ogrodzie popiersiom wyżej wymienionych, tudzież innym rzeźbom na cześć ustroju. Po południu wzięliśmy udział w parkowym życiu, pijąc kawę i ciesząc się słońcem. Kolację zjedliśmy w najbardziej polecanej na trip adviser ludowej restauracji i mimo jej bezdyskusyjnego nastawienia na turystów, wystroju przaśnej chaty i kelnerów w haftowanych giezłach, była to najlepsza kolacja tej podróży. 

Następnego ranka wstaliśmy rano, bez przeszkód użyliśmy metra i o czasie znaleźliśmy się na lotnisku, w którym hala wylotów przyćmiła halę przylotów, mimo że w piątek wydawało się to niemożliwe. 

Podsumowanie? Bardzo dobrze się bawiłam, wszystko było tanie i w dość nieprzyjemny sposób przypominało mi rodzinne miasto 30 lat temu. Sofia wymaga porządnego liftingu, szczególnie te mniej centralne zakątki i CHODNIKI. Szczerze mówiąc nie jestem w stanie zrozumieć żadnych zachwytów na temat samego miasta, natomiast jak najbardziej jestem zdania że można spędzić w nim fajne miniwakacje. 

2 komentarze »