O weekendzie, bardzo ubogim w sen

W nocy z czwartku na piątek spałam niewiele ponad 4 godziny, a pobudka była o 4.40. Potem prawie nie zdążyliśmy na autobus, zdążyliśmy na pociąg, na kolejny autobus, na samolot i już około czternastej, w towarzystwie mamusi Tego i jej narzeczonego wyruszyliśmy z Malagi do Cordoby na oczekiwane przez wszystkich chrzciny. Dotarliśmy przed siedemnastą, ulokowaliśmy w przydzielonym nam apartamencie (jak się miało okazać później, z potworną akustyką, każdy szept w najbardziej odległym kącie słychać było jak gromki krzyk nad samym uchem. Że nie wspomnę o używaniu prysznica. Czy innych urządzeń sanitarnych.) i ruszyliśmy na obiecane przez wujka Tego zwiedzanie miasta. Już wtedy byliśmy zmęczeni i z objawami niedocukrzenia.


Zrobiliśmy sobie zdjęcie z widokiem na most z rysunku Tego, pochodziliśmy po starym mieście, weszliśmy do Mezquity (imponującej, tak na marginesie), usiedliśmy na spróbowanie tortilli grubej na dobre 12 centymetrów (z gotowanymi ziemniakami, trzeba będzie powtórzyć ten patent bo bardzo dobra) i już trzeba było wracać do apartamentu, żeby wziąć prysznic i się przebrać, bo na 21.30 zarezerwowany był stolik na 13 osób. Celej rodziny Tego ze strony mamy. Kolacja była wyborna, a słynna pieczona oberżyna z salmorejo warta wszelkich zachwytów. Po kolacji rodzina Tego zapragnęła iść na drinka, osobiście dawałam znaki życia wyłącznie z przyzwyczajenia, ale nie pozostało mi nic innego niż wytrzymać. Przy 24 stopniach po północy, gorsze rzeczy się wytrzymywało. Drink okazał się być naprawdę jednym i około 1.30 byliśmy w łóżkach. Mimo zmęczenia spaliśmy nerwowo i źle i o ósmej wszyscy byli na nogach. Okazało się niestety, że prognoza nie kłamała, jest wciąż ciepło, ale leje, parasole zostały w samochodzie mamusi Tego (a ona sama, wraz z narzeczonym była w hostelu) i na śniadanie do pobliskiego baru musieliśmy pójść w dwóch turach: siostra Tego z najmłodszą ciotką (ciotka miała parasol), a po ich powrocie Ten i ja. Nie powiem, żebym tryskała promienną świeżością, po dwóch kawach byłam jedynie rozdrażniona i wcale nie mniej zmęczona, niż przed, a dzień zapowiadał się na długi. Kiedy wróciliśmy, tamte dwie były już gotowe do wyjścia, oświadczyły że one wychodzą już, a my możemy zrobić jak chcemy. Ubraliśmy się więc bez pośpiechu, kiecka na szczęście wyglądała znośnie, lało potwornie, co nie pozostało bez wpływu na nasze humory, parasola wciąż nie mieliśmy, i uratował nas fakt, że w kościele akurat naprzeciw naszego apartamentu odbywał się ślub i taksówki zajeżdżały co kilka minut. Jedną z tych taksówek, pustą po wysadzeniu weselnych gości, mogliśmy wziąć my, nie moknąc zbytnio. Jako że było dość późno, pojechaliśmy prosto do kościoła, dotarliśmy tam około 12.40 (chrzest był na 13.00) i nie było jeszcze NIKOGO. Wyschliśmy więc w samotności, wszyscy naraz zjawili się punkt o trzynastej i chyba już wtedy, wśród całusów, powitań, pokrzykiwań Qué guapa! Me encanta tu vestido! przeszło mi zmęczenie i zły humor. Po nabożeństwie, bardzo krótkim zresztą, wybuchł kolejny chaos pod tytułem kto z kim jedzie, i na wspomnianej w poprzednich postach wsi, faktycznie kiepsko nadającej się do obcasów, znaleźliśmy się około 14.30. Po czym okazało się, że nie ma prądu.

Gwałtowne i intensywne opady deszczu w całej Andaluzji uszkodziły linię wysokiego napięcia i pierwsze dwie godziny imprezy, mającej miejsce w fantastycznej, wielkiej stodole, odbyły się prawie w ciemnościach, co nikomu w niczym nie przeszkadzało, każdy w garści miał piwo, a kelnerzy z dzbankami chodzili i dolewali. Na zewnątrz lało, wewnątrz wrzała zabawa, chodzenie do wychodka parami i trójkami pod parasolem na drugą stronę podwórka, chwiejąc się na obcasach, które oczywiście wszystkie założyły, było miłą rozrywką, pod wieczór zaczęto tańczyć sevillanas, a jeszcze później kuzyni Tego i Ten chwycili gitary i cajón i wszyscy śpiewali rzewne flamenco, a ja miałam łzy w oczach. Sama nie wiem, kiedy zrobiła się pierwsza w nocy i czas było wracać z powrotem do miasta. 


Jeden z niewielu momentów, kiedy ulewa zrobiła antrakt. Widać grill i kawałek wnętrza stodoły. I oczywiście niekompatybilność podłoża z obcasami.

Niedziela była bardzo słaba, po południu wróciliśmy do Marbelli, wciąż w potwornej ulewie, po czym wszyscy zalegli na kanapach nie przestając ruszać szczękami, gdyż kac okazał się być z rodzaju tych, co potrzebują by zatkać mu gębę pożywieniem. 

No a dzisiaj znów wstaliśmy o 4 w nocy, a o 12 w południe wysiedliśmy na dworcu w Aachen po jednym samolocie, jednym autobusie i trzech pociągach. Dobrze że dziś mam tylko kurs wieczorny o godzinie dziewiętnastej.


Na deser jeszcze Mezquita. Będąca właściwie świątynią muzułmańską, przekształcona przez chrześcijan w katedrę. Kontrast widoczny jest na każdym kroku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: