Archive for Październik, 2016

O tym że znowu pakuję walizkę

Po tym, jak tydzień pracy (tym razem tylko 22 godziny) z wizgiem śmignął mi przed oczami, nadszedł czwartkowy wieczór i znowu muszę pakować walizkę.

Pogoda postanowiła kontynuować sabotowanie naszych podróży i po calutkim tygodniu z maksymalną dobową temperaturą 17 stopni na piątek w bułgarskiej Sofii zapowiadają maksymalnie 9. Sobota i niedziela 11, i jedyną pociechą jest mi fakt, że przynajmniej ma być słonecznie. Mimo że w poniedziałek wracamy stosunkowo wcześnie, z całą bezczelnością poprosiłam o zastępstwo na mój kurs, gdyż naprawdę POTRZEBUJĘ URLOPU. Potrzebuję nigdzie nie gnać, nie myśleć że na jeden kurs na jutro zrobić kopie ćwiczeń, na drugi nie zapomnieć płyty z filmem, na trzeci cholera, już tydzień im trzymam wypracowania, muszę sprawdzić, na czwarty przygotować karteczki na tę grę, którą im obiecałam… Wypić ciepłą kawę na siedząco. Pobyć z Tym sam na sam, spacerować, wystroić się i wyjść na kolację. Do powyższego potrzebne mi te 5 dni i ani grosza mniej, niech będzie i w 11 stopniach. 

Okropną mam na tę Sofię ochotę, ciekawe czy zapomniałam już czytać cyrylicę, ciekawe czy widać tam jeszcze pozostałości komunizmu (który uważam za fascynujący i uwielbiam oglądać/czytać wszystko co z krajami byłego bloku wschodniego związane), ciekawe jakie mają jedzenie, ciekawe czy się tam jakoś dogadamy!!!! 

Więc tak. Idę malować paznokcie, układać w myślach outfity, prasować i pakować walizkę! 

Leave a comment »

O weekendzie, bardzo ubogim w sen

W nocy z czwartku na piątek spałam niewiele ponad 4 godziny, a pobudka była o 4.40. Potem prawie nie zdążyliśmy na autobus, zdążyliśmy na pociąg, na kolejny autobus, na samolot i już około czternastej, w towarzystwie mamusi Tego i jej narzeczonego wyruszyliśmy z Malagi do Cordoby na oczekiwane przez wszystkich chrzciny. Dotarliśmy przed siedemnastą, ulokowaliśmy w przydzielonym nam apartamencie (jak się miało okazać później, z potworną akustyką, każdy szept w najbardziej odległym kącie słychać było jak gromki krzyk nad samym uchem. Że nie wspomnę o używaniu prysznica. Czy innych urządzeń sanitarnych.) i ruszyliśmy na obiecane przez wujka Tego zwiedzanie miasta. Już wtedy byliśmy zmęczeni i z objawami niedocukrzenia.


Zrobiliśmy sobie zdjęcie z widokiem na most z rysunku Tego, pochodziliśmy po starym mieście, weszliśmy do Mezquity (imponującej, tak na marginesie), usiedliśmy na spróbowanie tortilli grubej na dobre 12 centymetrów (z gotowanymi ziemniakami, trzeba będzie powtórzyć ten patent bo bardzo dobra) i już trzeba było wracać do apartamentu, żeby wziąć prysznic i się przebrać, bo na 21.30 zarezerwowany był stolik na 13 osób. Celej rodziny Tego ze strony mamy. Kolacja była wyborna, a słynna pieczona oberżyna z salmorejo warta wszelkich zachwytów. Po kolacji rodzina Tego zapragnęła iść na drinka, osobiście dawałam znaki życia wyłącznie z przyzwyczajenia, ale nie pozostało mi nic innego niż wytrzymać. Przy 24 stopniach po północy, gorsze rzeczy się wytrzymywało. Drink okazał się być naprawdę jednym i około 1.30 byliśmy w łóżkach. Mimo zmęczenia spaliśmy nerwowo i źle i o ósmej wszyscy byli na nogach. Okazało się niestety, że prognoza nie kłamała, jest wciąż ciepło, ale leje, parasole zostały w samochodzie mamusi Tego (a ona sama, wraz z narzeczonym była w hostelu) i na śniadanie do pobliskiego baru musieliśmy pójść w dwóch turach: siostra Tego z najmłodszą ciotką (ciotka miała parasol), a po ich powrocie Ten i ja. Nie powiem, żebym tryskała promienną świeżością, po dwóch kawach byłam jedynie rozdrażniona i wcale nie mniej zmęczona, niż przed, a dzień zapowiadał się na długi. Kiedy wróciliśmy, tamte dwie były już gotowe do wyjścia, oświadczyły że one wychodzą już, a my możemy zrobić jak chcemy. Ubraliśmy się więc bez pośpiechu, kiecka na szczęście wyglądała znośnie, lało potwornie, co nie pozostało bez wpływu na nasze humory, parasola wciąż nie mieliśmy, i uratował nas fakt, że w kościele akurat naprzeciw naszego apartamentu odbywał się ślub i taksówki zajeżdżały co kilka minut. Jedną z tych taksówek, pustą po wysadzeniu weselnych gości, mogliśmy wziąć my, nie moknąc zbytnio. Jako że było dość późno, pojechaliśmy prosto do kościoła, dotarliśmy tam około 12.40 (chrzest był na 13.00) i nie było jeszcze NIKOGO. Wyschliśmy więc w samotności, wszyscy naraz zjawili się punkt o trzynastej i chyba już wtedy, wśród całusów, powitań, pokrzykiwań Qué guapa! Me encanta tu vestido! przeszło mi zmęczenie i zły humor. Po nabożeństwie, bardzo krótkim zresztą, wybuchł kolejny chaos pod tytułem kto z kim jedzie, i na wspomnianej w poprzednich postach wsi, faktycznie kiepsko nadającej się do obcasów, znaleźliśmy się około 14.30. Po czym okazało się, że nie ma prądu.

Gwałtowne i intensywne opady deszczu w całej Andaluzji uszkodziły linię wysokiego napięcia i pierwsze dwie godziny imprezy, mającej miejsce w fantastycznej, wielkiej stodole, odbyły się prawie w ciemnościach, co nikomu w niczym nie przeszkadzało, każdy w garści miał piwo, a kelnerzy z dzbankami chodzili i dolewali. Na zewnątrz lało, wewnątrz wrzała zabawa, chodzenie do wychodka parami i trójkami pod parasolem na drugą stronę podwórka, chwiejąc się na obcasach, które oczywiście wszystkie założyły, było miłą rozrywką, pod wieczór zaczęto tańczyć sevillanas, a jeszcze później kuzyni Tego i Ten chwycili gitary i cajón i wszyscy śpiewali rzewne flamenco, a ja miałam łzy w oczach. Sama nie wiem, kiedy zrobiła się pierwsza w nocy i czas było wracać z powrotem do miasta. 


Jeden z niewielu momentów, kiedy ulewa zrobiła antrakt. Widać grill i kawałek wnętrza stodoły. I oczywiście niekompatybilność podłoża z obcasami.

Niedziela była bardzo słaba, po południu wróciliśmy do Marbelli, wciąż w potwornej ulewie, po czym wszyscy zalegli na kanapach nie przestając ruszać szczękami, gdyż kac okazał się być z rodzaju tych, co potrzebują by zatkać mu gębę pożywieniem. 

No a dzisiaj znów wstaliśmy o 4 w nocy, a o 12 w południe wysiedliśmy na dworcu w Aachen po jednym samolocie, jednym autobusie i trzech pociągach. Dobrze że dziś mam tylko kurs wieczorny o godzinie dziewiętnastej.


Na deser jeszcze Mezquita. Będąca właściwie świątynią muzułmańską, przekształcona przez chrześcijan w katedrę. Kontrast widoczny jest na każdym kroku.

Leave a comment »

O tym że nie mam czasu i innych takich

Coś bym napisała, ale jedyne co mi przychodzi do głowy, to fakt, że okropnie ostatnio nie mam czasu. W zeszłym tygodniu 34 godziny, w tym 32 (aktualny status: 26/32) i do tego sprawdzanie niezliczonych wypocin, które w swej inteligencji własnoręcznie zadałam. (Czy ja mam aby na pewno dobrze w głowie? Myślę, że zacznę robić jak moja przyjaciółka Annabelle: „Dziś tylko 8 osób przyszło! Dziś będziemy pisać wypracowanie, będę miała tylko 8 do sprawdzenia!”) Nie dziwota, że szafę mam prawie pustą, a cała odzież piętrzy się w koszu do prasowania i zupełnie nie mam pojęcia co jutro na grzbiet włożę. 

A jeśli mowa o wkładaniu na grzbiet, to zakupiłam kieckę na chrzciny (lecimy pojutrze!) chociaż wcale nie jestem pewnia czy ją założę, oraz wściekła nam się ładna pogoda i nagle z zapowiadanych 25 stopni i słońca zrobiły się 22 i możliwy deszcz. A Ten przez ostatnie dwa tygodnie siedzi po nocach przy biurku i kończy prezent – pięć lat temu obiecał kuzynowi na ślub własnoręcznie wykonany rysunek Mostu Rzymskiego w Cordobie i usiłuje dotrzymać słowa na chrzest jego pierworodnej córki. W formacie A2, więc łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo w chwili obecnej nienawidzi rysowania, kuzyna oraz własnych, głupawych obietnic. 

Tymczasem skończyłam drugi sezon Broadchurch i jakby mi rękę odciął! Ostatnio widziałam zdjęcie osoby nad brzegiem morza melancholijnie wpatrującej się w horyzont, a pod nią napis: Za każdym razem gdy skończę serial na Netfliksie. Wypisz wymaluj ja. Trzeci sezon podobno istnieje, tylko kto wie kiedy będzie dostępny. I czy doczekam. 

Edit: skończył! Według mnie całkiem niezłe.

Leave a comment »

O tym tygodniu

Tydzień rozpoczęłam wypiciem okropnej lury w charakterze kawy w poniedziałek rano, gdyż podstawiłam kubek pod ekspres i wcisnęłam guzik nie wrzuciwszy przedtem kapsułki i zaparzyły mi się już raz zaparzone resztki poprzedniej kawy. Lurę wypiłam prawie nie zwróciwszy uwagi, a z faktu zdałam sobie sprawę kiedy opuszczałam kuchnię już przed wyjściem i wzrok mój padł ma opakowanie kawowych kapsułek. I uświadomiłam sobie, że w żadnym razie tego opakowania nie miałam dziś w ręku, a kawę niby piłam.

Nicto, w pracy wypiłam kolejną, tym razem z kawą, i zabrałam się za odpękiwanie moich 34 godzin w tym tygodniu (mamy czwartek wieczór, a ja mam 29/34! Yeeey).

W kwestii chrzcin atmosfera się zagęszcza. Jeszcze latem wszystkie (możliwe że powinnam powiedzieć „wszyscy”, ale rodzina Tego to głównie baby) jak jeden mąż pyskowały że na tę wieś nie będą się stroić, że w dżinsach pójdą, a tymczasem każda ma naszykowane obcasy i szykany! Dobrze że je już trochę znam i sama od początku wiedziałam że na płaskich nie idę. W rodzinie Tego próżni są WSZYSCY, nawet 90-letnia babcia i sam Ten, a outfity na ważne uroczystości omawiane są publicznie na łatsapie. Dzisiejszego popołudnia więc, jako że do wyjazdu został tydzień, surowo nakazałam Temu dokonanie przeglądu garderoby, aby uniknąć niespodzianek typu brakujący guzik w marynarce, lub sama marynarka pijąca pod pachami. Ten udał że mnie ignoruje, oczywiście żeby nie przyznać że mam rację, i już za dwie godziny z kanapy usłyszałam huk i szuranie, znoszenie walizek z pawlacza, trzaskanie szufladami i rozpakowywanie pudeł z rzadko noszonymi ubraniami. Na moje pytanie, co właściwie robi, Ten z niejakim zakłopotaniem odparł, że szuka białej koszuli. Nie przyszło mu tylko do głowy poszukać w jednym miejscu, a mianowicie w koszu z bielizną do pasowania, gdzie koszula znajdowała się od lutego. (Skąd to wiem? Bo sama ją tam wrzuciłam, w lutym właśnie, kiedy wróciliśmy z wesela w Sewilli.)

Więc ten. Włosy obcięłam i mam znowu krótkie. 

Leave a comment »

O różnych kolacjach

Wczoraj byliśmy u znajomych na kolacji. Niewątpliwym znakiem posunięcia się w latach jest fakt, że już nie chodzimy TYLE po knajpach (jak tylko w dwójkę, to jeszcze sporo chodzimy), raczej w ogóle do klubów i dyskotek, a często do znajomych na kolację. I najczęściej do tych samych znajomych, Antonio y Annabelle, gdyż Ten jest zaprzyjaźniony z Antonio i chodzą razem między innymi na rower, a ja jestem zaprzyjaźniona z Annabelle i poniekąd razem pracujemy. Poza tym Antonio y Annabelle mają półtorarocznego synka i kolejnego potomka w drodze, co nieco im utrudnia spotykanie się w lokalach rozrywkowych. (Raz nawet spotkaliśmy się w trzy pary, a były to urodziny Annabelle, mówię wam, wypisz wymaluj „How i met your mother”!).

Więc byliśmy na tej kolacji, oprócz par obecne były również jednostki niesparowane i mnóstwo wina, i w pewnym momencie Antonio wywlókł z barku suwenir z podróży służbowej do Korei, czyli flaszkę, pół na pół zajętą przez substancję płynną i KORZEŃ. (Antonio zawsze przywozi z podróży służbowych płynne suweniry.) Wielki, gruby, podobno żeńszenia. Osobiście wolałam pozostać przy winie, ale dziwactwo powąchałam i wiecie jak to pachniało? Wypisz wymaluj wilgotna ziemia u mojej babci, z której właśnie ukopano świeże ziemniaki! Z ciekawości pociągnęłam łyka ze szklaneczki Sety, bo najbliżej siedział i smak doskonale pasował do zapachu: jakby kto się wgryzł w surowego ziemniaka. Jednym słowem nie polecam, chyba że fanom surowych ziemniaków. 

A plan na dziś miałam taki, żeby jak najwięcej leżeć, bo w piątek też byliśmy na kolacji, u siostry Tego, i też było wino (chociaż z mniejszym uszczerbkiem na samopoczuciu, bo NIKT tak nie pilnuje tempa polewania jak Antonio. Obojętnie gdzie jest, automatycznie przejmuje kontrolę nad butelką i dba, żeby żaden kieliszek nie był pusty dłużej niż przez pięć sekund), ale chyba dłużej nie wytrzymam (jest piętnasta, więc uważam to za niezły wynik) i włączę fitnessblender i trochę poskaczę.

A na deser fotka z wyżej wymienionych urodzin Annabelle, gdzie obecne były trzy pary (Antonio robi zdjecie), miałam na sobie ukochaną letnią sukienkę, był cudowny, potworny upał, a ja byłam opalona. (Proszę zwrócić uwagę co stoi obok mojego nakrycia – tak, odplamiacz! Nie byłabym sobą, gdybym na każdej kolacji nie musiała pytać gospodyni, czy posiada odplamiacz…) 

Leave a comment »

O BUTACH i serialach

No i stało się. Dzisiaj rano było 3 stopnie oraz włączyłam ogrzewanie. 

Oczywiście dokładnie wtedy, kiedy przyszły moje najnowsze buty i tak bardzo chciałam je jeszcze ponosić bez rajstop!… (Jeśli chodzi o stopy, nie marznę zbytnio, mam wysoką granicę tolerancji i NIE WĄTPIĘ że jeszcze je na gołe stopy włożę, ale 3 stopnie? Hmmm.) Jeśli natomiast o same obuwie chodzi, żywo staje mi przed oczami cytat z „Całego zdania nieboszczyka” Chmielewskiej (możliwe że niedokładny): „…na nogach miałam bowiem  modne buty, których obcasy bardziej przypominały końskie kopyta niż obcasy…”. 50(!) lat później, a nic nie straciło na aktualności: 


Druga strona jest asymetryczna, całkowicie zabudowana.

Tymczasem wdrażam się w nowy semestr i aktualny plan zajęć, i na razie mi się bardzo podoba (najbardziej kończenie tygodnia w czwartki o 15.45, ale to się może szybko zmienić. Póki co, odkorkowuję wino.).

Od kilku miesięcy posiadam Netflix i wiecie co odkryłam ostatnio? Że kabel od kablówki wymsknął się z gniazdka, przy odkurzaniu zapewne, i tak sobie leży od kilku tygodni. A Ten i ja najpierw obejrzeliśmy ciurkiem wszystkie po kolei odcinki „The big bang theory” (uwielbiam i ryczę ze śmiechu, mimo że niektóre dialogi znam na pamięć) a teraz lecimy z „How I met your mother”. Nie żeby po raz pierwszy, ale za pierwszym razem za bardzo chciałam się już w końcu dowiedzieć, o co chodzi z tą tytułową matką, żeby zwracać uwagę, na głęboką mądrość tego serialu. Teraz z kolei, wiedząc właściwie co się stanie, mogę wreszcie docenić prawdziwość sytuacji i niektórych schematów w związkach. (I wytykać Temu pewne sprawy paluchem.) Bardzo pożyteczne! Oprócz tego mamy napoczęte różne sezony „Broadchurch”, „Narcos”, „Get down” „Orange is the new black” i „House od cards”. Wszystkie palce lizać, więc kiepsko widzę przyszłość tego kabla.  

Leave a comment »

O podróżach przeszłych i przyszłych 

Ostatni wpis doskonale pokazuje jaki ze mnie głupek, Bułgaria faktycznie do bloku wschodniego należała, pamiętam nawet z dzieciństwa, że co zamożniejsi jeździli tam na wakacje, (co powinno mi dać do myślenia) ale czysto geograficznie to mówimy tu raczej o południu Europy niż jej wschodzie. Tak czy tak, wizytować będziemy, na Bałkany też nas jeszcze nie zaniosło, a teraz to nawet i hotel mamy, bardzo niedrogi. 

Leuven natomiast okazało się bardzo małe i bardzo klimatyczne. Możnaby tam było spokojnie zostać jeszcze całą niedzielę (w poniedziałek tu było święto), zwałaszcza doskonale zachowana cześć miasta z roku 1230 bardzo przypadła nam do gustu, ale niestety z dnia na dzień zrobił się październik, a pogoda bardzo wzięła to sobie do serca. W przeciwieństwie do nas, my wybraliśmy się w tiszercie / koszuli i cienkiej kurteczce oraz obuwiu, które wprawdzie nie było sandałami, jednakże zakładania skarpet (brrr) nie przewidywało. Na sobotę nadawało się to jeszcze całkiem nieźle i nawet z okularów przeciwsłonecznych zrobiliśmy pożytek, ale w niedzielę październik wybuchł pełną gębą i zziębnięci z podkulonym ogonem pomaszerowaliśmy na dworzec. 

Teraz jeszcze tylko 2 i pół tygodnia i Córdoba. Zziębnięcie nam chyba nie grozi, problem jest natomiast natury odzieżowej (kto by pomyślał), chociaż właściwie to nie, raczej odzieżowo-praktycznej, a mianowicie impreza odbędzie się nie w samej Cordobie, a na wsi, prawdopodobnie pod gołym niebem, w gospodarstwie rodziny ze strony matki chrzczonego dzieciątka, gdzie warunki, zwłaszcza podłogowe, wykluczają bardzo wytworne stroje, a w dżinsach i butach na traktorze też jakoś głupio.

A, i pizzę znowu zrobiłam, tym razem z drożdżami. I lepsza niż bez, owszem. 

W roku 1230. Prawda że ładnie? 


A tu ratusz. 

Leave a comment »