O moim życiu uczuciowym na przestrzeni bloga 

Ja to kiedyś miałam życie! Czytam sobie właśnie dla rozrywki własnego bloga i hoho! Hohoho! Zakochiwałam się z prędkością światła, buty kupowałam na pęczki i piłam jak kozak. Aż dziw, że mi wątroba i serce wytrzymały. A, i biegałam bardzo dużo, traktując to jako terapię na złamane serce i kaca. ( A, to pewnie dlatego wytrzymały.) 

 Codziennie łaziłam po knajpach i budziłam się na kacu, doznawałam uczuć rodem z Harlekina, biegałam i chodziłam na zakupy. Co do zakupów trudno mi nadążyć, co do chłopów jest nieco łatwiej, więc przebiegało to tak: W 2010 roku zakończyłam wreszcie ciągnący się od czasów sprzedblogowych romans z gówniarzem (niestety jeszcze nie kontakty, ale i do tego dojdziemy), rozpoczęłam ognisty romans z Robercikiem, dwa miesiące pózniej Robercik wyjechał, a ja poleciałam do Barcelony kontynuować romans. W 2011 na początku roku poderwał mnie Irlandczyk, a może to i ja jego poderwałam, potrwało to do marca, po czym Irlandczykowi się odwidziało, bardzo ucierpiała moja duma i dwa razy umówiłam się z takim jednym, o którym od początku wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale potrzebowałam się z kimś umówić. W czerwcu spotkałam się na nowo z gówniarzem, nie sam na sam, ale i tak chyba w życiu nie zrozumiem motywów własnej decyzji. Zdaje się że miałam nadzieję że on mnie zobaczy, zrozumie co stracił i padnie na kolana błagając o przebaczenie i moją miłość. Ekhhhhm. Nic takiego oczywiście nie nastąpiło, tymczasem ja sama, stojąc w przewiewie na amsterdamskim dworcu zrozumiałam, że teraz to już naprawdę koniec, że już mi nie zależy, że jestem wyleczona. Zawsze coś.  

W czerwcu 2011 zapadłam na jednego Hiszpana, nawet nie wiem, jak go tu orzchciłam (a! Ten od jednego kierunku ruchu na początku, potem zdaje się że zgoła inaczej) i z różnymi przygodami dociągnęliśmy do końca listopada. Koniec był baardzo zły. Hiszpan rąbnął mną porządnie i potężnie, nawet w sumie nie wiem dlaczego, z perspektywy czasu w tak wielkie własne uczucia jakoś nie wierzę, to w każdym razie był ten moment, kiedy powiedziałam sobie, że koniec, mam dość, wolę już być sama niż w kiepskim towarzystwie, i na randki będę chodzić najwyżej sama z sobą. 

Jak powiedziałam, tak zrobiłam, odprężyłam się, poluzowałem szelki i najwyraźniej tak mi to dobrze zrobiło na wszystko, że już w styczniu 2012 śmiertelnie zakochał się we mnie Ten. Szelki miałam na tyle luźne, a myśli tak dalekie od randek, że faktu w ogóle nie zauważyłam, prób podrywu nie brałam poważnie, mniej więcej do końca kwietnia. A w czerwcu leżałam już z nim na najpiękniejszej plaży na świecie. I conajmniej raz w roku leżę do dziś. 

Jaki z tego morał? Nie mam pojęcia. Na pewno nie mam powodu do wpadania w kompleksy oglądając na przykład „Jak poznałem waszą matkę”! 


Ooooooraz! Wciąż jeszcze mam aplikację Photobooth (chociaż tamten Mak już na emeryturze) i mogę wstawiać takie fotki (pięć lat starszej) mnie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: