Archive for Luty, 2016

O weselu w Sewilli, a jakże

Nigdy nie używam tego słowa, ale tym razem użyję: Wesele w Sewilli było EPICKIE.

Podróż w tamtą stronę poszła jak po maśle, mimo że była potwornie długa (dotrzeć należało do belgijskiego Charleroi) i w piątek około godziny dwudziestej znaleźliśmy się w andaluzyjskiej stolicy. Od razu na lotnisku spotkaliśmy się z innymi weselnymi gośćmi, impreza była bowiem na 250 osób, z których rodzina nie stanowiła nawet połowy – w większości byli to przyjaciele państwa młodych, obecnie rozrzuceni po świecie, z którymi kiedyś skrzyżowały się ich drogi. Spotkanie niezwykle nas ucieszyło, zakończyło się wspólną taksówką do centrum oraz wymianą informacji, że prawie cała zaproszona nierodzina znajduje się od pół godziny na Plaza del Salvador, racząc się chłodnym piwkiem, smażonymi rybkami i towarzystwem niewidzianych od wieków osób. Zostawiliśmy więc bagaże w przydzielonym nam apartamencie, przebraliśmy i pośpieszyliśmy dołączyć do reszty. Kiedy dotarliśmy, panna młoda była już w stanie wyraźnie wskazującym, Ten rzucił mnie na pastwę losu i poszedł się witać, czego nie miałam mu w ogóle za złe, bo po pierwsze wiedziałam, jak bardzo emocjonujące były to dla niego chwile, a po drugie jego koleżanki ze studiów były przemiłe i w ogóle nie odczułam jego nieobecności. Postaliśmy tak sobie trochę dłużej niż do północy (było 17 stopni), panna młoda postanowiła po drodze wstąpić na shoty, czego odprowadzające ją przyjaciółki nie zdołały jej wyperswadować i noc spędziła obejmując muszlę klozetową. (Wesele było o 12.00.)

Następnego dnia Ten chciał wstać o 9.00, ale wymusiłam na nim 8.30 i całe szczęście.

Wstaliśmy, zeszliśmy na śniadanie do baru na dole (ach te tosty z pomidorem, oliwą i szynką…!), wróciliśmy do apartamentu i zaczęliśmy szukać żelazka, które miało być, a którego nie było. W efekcie podróżne żelazko pożyczyli nam ci w apartamentu na dole, a w czasie zrobiła nam się niewielka dziura. Wyprasowałam swoją kieckę i koszulę Tego, wlazłam pod prysznic, a Ten w tym czasie skoczył do bardzo luksusowego domu handlowego El Corte Inglés, w celu zakupić sobie szelki i jedwabną chusteczkę do butonierki. Kiedy obydwoje byliśmy gotowi, żeby zacząć się ubierać, było dziesięć po jedenastej. (Do kościoła było 20 minut spacerkiem.)

Przy wkładaniu sukienki został mi w ręku wichajster od suwaka, co lekko mnie zdenerwowało, ale nie było tragedią bo suwak działał, a przy wkładaniu rajstop odkryłam dziurę na łydce, co z kolei wprowadziło mnie w stan lekkiej paniki, gdyż drugich cieniutkich rajstop bez palców nie posiadałam. Ten, cały w nerwach, wyrzucał mi brak myślenia perspektywistycznego, aż do momentu gdy zapragnął zapiąć górny guzik w marynarce, w miejscu którego zastał tylko kilka wiszących nitek. Oszczędziłam sobie komentarzy na temat sprawdzania garnituru przed spakowaniem i zamiast tego milczałam triumfująco. Zapasowe guziki Ten miał, brakowało tylko igły i nitki, jasne więc było, że El Corte Inglés będzie trzeba odwiedzić jeszcze raz. Wypadliśmy z apartamentu o godzinie 11.40, o 11.50 miałam w torebce nowe cieniutkie rajstopy bez palców (najdroższe, w jakich kiedykolwiek tkwiły moje nogi), a 0 12.10 wypadliśmy z pasmanterii z nicią i igłą pod pachą. Biegnąc sprintem po sewilskim bruku powtarzałam sobie, że kiedyś to będzie bardzo śmieszne…

Kościół był tak malutki i tak pełny, że naszej nieobecności nikt nie zauważył, a w momencie, kiedy ksiądz ogłaszał Mercedes i Alberto mężem i żoną, ja przyszywałam Temu na placyku przed kościołem guzik do marynarki.

Cała reszta była już normalna (jak na Hiszpanię), po pannie młodej nie widać było śladu kaca, szampan był specjalnie sprowadzany z Francji, jedzenie niezwykle wykwintne, co jakiś czas didżeja zastępował tercet flamenco, a pary zaczynały tańczyć sevillanas, drinki mocniejsze niż piwo, wino czy szampan serwowano od 17.00, a towarzystwo było pijane tak jak należy upijać się na weselach – na wesoło.

Następnego dnia wróciliśmy do żywych późnym popołudniem, wyszliśmy na spacer po przepięknej Sewilli przy przepięknej pogodzie, wypiliśmy piwo z kuzynem Tego i w charakterze kolacji urządziliśmy rundkę po tapas barach.

Kolejnym dniem był wtorek i trzeba było wracać.

W Eindhoven, gdzie lądowaliśmy, samolotem rzucało jak puszką czegokolwiek z napisem Przed użyciem wstrząsnąć, a Ten miał z nerwów wilgotne ręce. Podróż powrotna okazała się koszmarna, głównie ze względu na ulewę, wichurę i karnawał, ale o północy siedzieliśmy już na własnej rodzonej kanapie, pijąc herbatę na rozgrzewkę.

image

Reklamy

Leave a comment »

O końcu stycznia i związku między golfem a ropą

Po mniej więcej 4 latach w końcu skończył się styczeń. Jestem pewna, że dla nikogo nie jest to nowość (idę o zakład że wszyscy tak jak ja odliczali dni do jego zakończenia), a wyłącznie wiadomość WARTA ODNOTOWANIA. Moje wspomniane rozszerzenie działalności pedagogicznej miało nastąpić dopiero siedemnastego i stres miałam odłożony na nieco później, gdy tu nagle zadzwonił mój niesłychanie dobrze zorganizowany przełożony (Hiszpan – to wiele wyjaśnia) z zapytaniem czy może mogłabym już w środę. Odpowiedziałam, że bym mogła, dlaczego nie, on na to że doskonale, i że jeszcze prześle mi odpowiednie dane, po czym odłożyliśmy słuchawki. A mnie, dobrą godzinę po owym telefonie, przyszło do głowy że być może on miał na myśli TĘ ŚRODĘ. Znaczy pojutrze. Siedzę więc teraz gapiąc się w telefon i (znowu) czekając na rozwiewającego wątpliwości mejla. (Może i on Hiszpan, ale ja też nie od macochy.)

Wczoraj natomiast weszłam do sypialni a tam Ten z lekkim stuporem wpatruje się w zdjęcie w telefonie. Delikatne spytałam, co też go tak zafrapowało, i w odpowiedzi ujrzałam na ekranie nieteściową z kijem golfowym w dłoniach, w skupieniu wpatrującą się w trawnik. ”Moja mama grająca w golfa… Naprawdę tylko tego brakowało. Myślisz że ona tam szuka ropy, czy dlaczego tyle tam dziur?” – zapytał Ten w zadumie.

Odkryłam w  jeszcze jedną dobrą stronę weselnego weekendu w Sewilli (poza tą, że w tym tygodniu jest 21 stopni, bo oczywiście na weekend spadnie): ominie mnie karnawał! Chyba się starzeję czy coś.

(W sumie to nie – gdybym się starzała, to byłabym z roku na rok coraz większą fanką, szczególnie tej koszmarnej muzyki, którą można znieść wyłącznie na bardzo ciężkiej bani. To sama nie wiem.)

3 Komentarze »