O rozważaniach charakterologicznych oraz sezonowych

Jako że szampan wciąż się jeszcze we mnie nie pieni (z wielu przyczyn, ale wieści z Marbelli są póki co optymistyczne – oby tak dalej), a nastrój mam taki więcej nostalgiczny, w sam raz na pisanie memuarów, przyszło mi dziś do głowy, że jak na moje 37 lat CAŁKIEM SPORO przeżyłam  (w kolejności mniej więcej chronologicznej jak następuje: rozpoczęcie pracy zawodowej w zawodzie wyuczonym na 4 roku studiów, porzucenie ojczystego kraju w wieku lat 24 z powodu, uwaga, internetowej miłości, studia w obcym kraju, zakończenie internetowej miłości, opanowanie dwóch nowych języków obcych, liczne romanse, związki, afery, podróże, zajęcia zarobkowe od pracy w kawiarni poprzez instytucje integracyjne, firmę informatyczną, tłumaczenia wszelkiego autoramentu aż po obecne), a według własnej oceny charakterologicznie zupełnie to do mnie nie pasuje. Rzecz jasna nie dokonałam tego wszystkiego sama, w żadnym wypadku, lecz nikt nigdy nie wziął mnie za rękę i niczego gotowego nie podsunął mi pod nos, najwyżej uraczył mniej lub bardziej wyrazistym kopem w odpowiednim kierunku. Ale mimo wszystko, uważam się raczej za mimozę bojącą się opuścić własną strefę komfortu i w ogóle własnego cienia, niż przebojową bywalczynię świata, i jakoś mi to wszystko do siebie w ogóle nie pasuje.

A skoro mowa o szampanie, to nadszedł znowu czas Christmas Parties i szukania odpowiedniego odzienia. Tegoroczne motto jest proste – opozycja jasne / ciemne, co oznacza że dopuszczalna jest wyłącznie odzież w kolorach białym, czarnym i szarym. Oczywiście zamówiłam sobie kieckę na asosie, kiecka przyjdzie oczywiście ostatniego dnia i nie będzie mi pasować, czyli jak dotąd wszystko fajnie, a schody zaczynają się od faktu że Party jest w piątek, a w tenże piątek z wizytą przylatują mamusia Tego ze swoją siostrą czyli Tego ciotką. I należy je odebrać z lotniska. A lądują mniej więcej w tym samym momencie, kiedy na imprezie wzniesiony zostanie pierwszy toast. Ten oczywiście nie dopuszcza opcji niepójścia, mamusię i ciotkę prędzej zabierze ze sobą, niż imprezę opuści, nawet jakby miał pojawić się tam o trzeciej nad ranem. (Do tego pewnie nie dojdzie, północ natomiast uważam za całkiem realistyczną.)

Tymczasem na dworze leje już od trzech dni bez przerwy, wiatr urywa łeb przy najmniejszej próbie wychylenia owego za próg, a wszystko to przy przyjemnych dwunastu stopniach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: