Archive for Grudzień, 2015

0 2015

Dziś 31 grudnia, więc czas na tradycyjny wpis, przy którym nie mam problemów z tytułem – podsumowanie roku.

2015 był dokładnie taki jak to przewidziałam (aż się trochę siebie boję) – przyniósł ze sobą potężne zmiany.

Styczeń był bardzo bardzo bardzo zły, aż do dnia 22 zdaję się, kiedy to miała miejsce moja rozmowa kwalifikacyjna i w rezultacie przyjęcie do pracy marzeń. Poza tym kupiłam kozaki za kolano, na które z początku w ogóle nie miałam pomysłu, ale to już jest znacznie mniejszy kaliber wydarzeń.
W lutym były Walentynki, które Ten spędził nie ze mną, a ze skręcanym przez siebie rowerem, a całą resztę miesiąca spędziłam na denerwowaniu się rozpoczynaną w marcu pracą.
W marcu działo się dużo, przede wszystkim dwa tygodnie kursu intensywnego, pierwsze poprawianie egzaminów i w ogóle pierwszy w życiu egzamin ustny. Helena skończyła trzydziestkę, a mnie wyrosła dziwna rzecz z cebulki tulipanów.
W kwietniu byliśmy w Antwerpii pić belgijskie piwo, na oszałamiająco eleganckim polsko-hiszpańskim weselu pić wódkę oraz Ten wywołał potężną awanturę w Mediamarkcie na tle mojego laptopa. Zakończoną triumfem Tego i moim przekonaniem że pozostanę wierną Makowi na wieki wieków.
W maju z kolei piliśmy belgijskie piwo i jedliśmy frytki z majonezem w Brukseli, otwarliśmy sezon wieczornej lampki wina na własnym balkonie, urodziny Tego spędziliśmy z jego rodziną w Marbelli, świętowaliśmy święto sidry i wszystko było fajnie, poza ukrytym w głębinach mojego jestestwa czekaniem na mejla.
W czerwcu zrobiłam detoks oraz życie wywróciło mi się całkowicie do góry nogami w kwestii zawodowej, co z początku nieco mnie przygniotło i przyprawiło o kilka bezsennych nocy. Z innych wydarzeń to nie wyszedł mi wypiek.
W lipcu był upał, odliczałam dni do urlopu i do rozpoczęcia nowej pracy oraz wsiąkłam w książki o Harrym Hole.
W sierpniu wreszcie nadszedł urlop, najdłuższy jaki miałam w historii tego bloga i zdaje się że z najwyższą średnią temperatur. Zupełnie niezgodnie z wyżej wymienionym zakupiłam sobie dwa płaszcze, w Aachen odkryli niewybuch, który sparaliżował miasto akurat w dniu mojego ostatecznego pożegnania ze starą pracą i praktyki w firmie Tego rozpoczęła jego siostra, która poczynając od owego dnia więcej niż raz podniosła mi ciśnienie.
Pierwsze co nasuwa mi się na myśl o wrześniu, to nie moje własne urodziny (w sumie nic dziwnego, urodziny mam co roku i mogły mi się już znudzić), a start w nowej pracy, przejęcie odpowiedzialności za milion spraw i zderzenie z milionem nowych wyzwań. Również we wrześniu przyjechała z wizytą moja siostra z rodziną oraz spędziłam sobie rozkoszny tydzień wyłącznie śpiąc i czytając książki.
W październiku rozpoczął się semestr i nastąpiły kolejne pierwsze razy zawodowe, poszłam na imprezę pracową na której podrywał mnie jeden latynos, ciachnęłam sobie włosy jak za starych dobrych czasów i udaliśmy się na wycieczkę do Berlina. Poza tym spadł śnieg prawie przeprawiając mnie o zawał.
Listopad był jak na listopad przystało oraz zepsuł nam się telewizor. Temperatury za to były jak w maju.
Grudzień jak zwykle tylko mi mignął przed oczami, z wizytą przyjechały nieteściowa i jej siostra i pojechaliśmy do Luksemburga. Siostra Tego zaczęła podnosić mi ciśnienie całkiem serio. Boże Narodzenie spędziłam w Polsce, przeżyłam wiosenne temperatury i tam, wbrew obawom spędziłam je dobrze (Święta nie temperatury) i aktualnie spędzam Sylwestra w ulubionych okolicznościach przyrody, aczkolwiek w znacznie wyższych niż zwykle temperaturach (średnio 20°). (Nie odczepię się od tych temperatur.)

2015 ogłaszam bardzo dobrym rokiem. Co do 2016 nie mam przeczuć, mam za to życzenia i wielką nadzieję że się spełnią. (Ale głośno nie powiem.)

Wam życzę szczęśliwości wszelakiej i jak zwykle, niech nadchodzący rok będzie przynajmniej tak dobry jak mijający.

image

Leave a comment »

O uczuciach niskich

Dobra, już po Świętach, więc uwaga, będę się przyznawać do uczuć niskich i brzydkich, które niewątpliwie największą szkodę duchową wyrządzają mnie samej, ale absolutnie nic na nie poradzić nie mogę. Uczucia dotyczą siostry Tego.
Pomijam, że jest egocentryczna, rozpieszczona i przekonana o tym, że wszystko na tym świecie zostało stworzone wyłącznie po to by jej służyć. Pomijam, bo z tym jakoś sobie radzę i przynajmniej ja nie służę. Jest przy tym właściwie sympatyczna, więc czort bierz. Ale że kopiuje moje najbardziej ekstraordynaryjne zakupy odzieżowe, tego wybaczyć nie mogę. Na domiar złego mamy naprawdę bardzo podobny gust i oprócz kopiowania celowego (ostatnio kozaki za kolana, zgrzytam zębami do dziś!!!!) zdarza się kopiowanie bezwiedne i tu również służę przykładem – zakupiona przeze mnie na Sylwestra lureksowa bluzeczka z ciemnogranatową błyszczącą nicią ukazała mi się ze zdjęcia rodzinnego z Wigilii, jakie przysłał mi Ten. Bynajmniej nie na mnie się ukazała. Ktoś by się nie zdenerwował?

Tymczasem macham do was z lotniska w Eindhoven, z kolejki na lot do Malagi. Zobaczymy kto wystąpi na Sylwestrze w lureksowej bluzeczce…

EDIT. Dotarłam i okazało się że camelowy płaszcz TEŻ.

Leave a comment »

O takich różnych, świątecznych

Wiem że milczę jak ten grób, ale najpierw byłam straszliwie zajęta (na dodatek było to zlecenie z gatunku tych, za które płacą grube pieniądze, ale napoczęcie których się odwleka, ze strachu zapewne, jak długo się da. Aż do momentu, kiedy się wreszcie weźmie byka za rogi, a ten nie okazuje się tak straszny jak go malują, ale jest już potwornie późno, a termin goni), a potem goniłam za prezentami i pakowałam się w pośpiechu, żeby 18 po południu wsiąść do autokaru i pomknąć w kierunku ojczyzny. Podróż zapowiadała się niezwykle optymistycznie i pewnie dlatego okazała się bardzo pechowa, a mianowicie puścił jakiś tam wężyk, wylał się jakiś tam płyn, i nie tylko spędziliśmy ponad godzinę na czekaniu aż wymienią wężyk, ale, jak okazało się później, owy płyn zalał mi walizkę wraz z zawartością. Na całe szczęście większość zawartości była zawinięta w plastikowe worki, a dla puchowej kurtki i tak nie znalazłabym zastosowania przy trzynastu stopniach plus, więc nie zmartwiłam się przesadnie katastrofą.
Aktualnie głównym moim zajęciem jest pomaganie towarzyszenie siostrze w przygotowaniach do Wigilii, popijając cytrynówkę roboty wspólnej, wujka i siostry.
Zaraz w drugie święto czeka mnie z kolei nerwowa podróż do Gdańska, a stamtąd samolot do Kolonii, dwa dni później natomiast kolejny, do Malagi.

Życzę Wam więc bardzo wesołych Świąt, atmosfery przyjaznej i rodzinnej oraz małego poziomu tęsknoty za tymi, którzy już z Wami tych Świąt nie spędzą. (Ostatniego życzę najbardziej sobie samej.)

Leave a comment »

O wizycie nieteściowej

Podobno wizyta teściowej to wizytacja, ale ja, niżej podpisana, dysponująca w tym momencie (nieoficjalną wprawdzie, ale nie bądźmy drobiazgowi) teściową w charakterze gościa, muszę zadać kłam temu stwierdzeniu i powiedzieć publicznie, że nic podobnego. Moja nieteściowa oraz towarzysząca jej siostra przez cały pobyt u nas w domu starają się być niewidoczne, bezwonne, nie przeszkadzać i usuwać się z drogi. Oraz ZMYWAJĄ. Mimo obecności zmywarki i doprowadzając mnie do rozpaczy oraz wydzierania im naczyń z rąk. (Do szamotaniny na szczęście nie doszło.) Przez cały pobyt w podróżach natomiast (w Luksemburgu byliśmy tym razem) próbowały za wszystko płacić i nie udało im się to w 100% przypadków tylko i wyłącznie dlatego że nie wszędzie personel mówił po hiszpańsku. Kiedy widziały, że mówił, podstępem szły do toalety, łapały kelnera po drodze i wciskały mu pieniądze, zanim ktokolwiek zdążył poprosić o rachunek do stolika. Poza tym dostarczają powodów do zakwasów od śmiechu, cały czas kręcąc telefonem filmiki dla wiekowej babci, żeby zobaczyła jak wnuczek w germańskim kraju sobie radzi. Mówię Wam, co najmniej tygodnia urlopu będę potrzebowała po tym przedłużonym weekendzie.
Oraz diety odchudzającej, a najchętniej ogólnego detoksu. #grudniupozwólżyć

image

          Luksemburg wieczorową porą.

Leave a comment »

O rozważaniach charakterologicznych oraz sezonowych

Jako że szampan wciąż się jeszcze we mnie nie pieni (z wielu przyczyn, ale wieści z Marbelli są póki co optymistyczne – oby tak dalej), a nastrój mam taki więcej nostalgiczny, w sam raz na pisanie memuarów, przyszło mi dziś do głowy, że jak na moje 37 lat CAŁKIEM SPORO przeżyłam  (w kolejności mniej więcej chronologicznej jak następuje: rozpoczęcie pracy zawodowej w zawodzie wyuczonym na 4 roku studiów, porzucenie ojczystego kraju w wieku lat 24 z powodu, uwaga, internetowej miłości, studia w obcym kraju, zakończenie internetowej miłości, opanowanie dwóch nowych języków obcych, liczne romanse, związki, afery, podróże, zajęcia zarobkowe od pracy w kawiarni poprzez instytucje integracyjne, firmę informatyczną, tłumaczenia wszelkiego autoramentu aż po obecne), a według własnej oceny charakterologicznie zupełnie to do mnie nie pasuje. Rzecz jasna nie dokonałam tego wszystkiego sama, w żadnym wypadku, lecz nikt nigdy nie wziął mnie za rękę i niczego gotowego nie podsunął mi pod nos, najwyżej uraczył mniej lub bardziej wyrazistym kopem w odpowiednim kierunku. Ale mimo wszystko, uważam się raczej za mimozę bojącą się opuścić własną strefę komfortu i w ogóle własnego cienia, niż przebojową bywalczynię świata, i jakoś mi to wszystko do siebie w ogóle nie pasuje.

A skoro mowa o szampanie, to nadszedł znowu czas Christmas Parties i szukania odpowiedniego odzienia. Tegoroczne motto jest proste – opozycja jasne / ciemne, co oznacza że dopuszczalna jest wyłącznie odzież w kolorach białym, czarnym i szarym. Oczywiście zamówiłam sobie kieckę na asosie, kiecka przyjdzie oczywiście ostatniego dnia i nie będzie mi pasować, czyli jak dotąd wszystko fajnie, a schody zaczynają się od faktu że Party jest w piątek, a w tenże piątek z wizytą przylatują mamusia Tego ze swoją siostrą czyli Tego ciotką. I należy je odebrać z lotniska. A lądują mniej więcej w tym samym momencie, kiedy na imprezie wzniesiony zostanie pierwszy toast. Ten oczywiście nie dopuszcza opcji niepójścia, mamusię i ciotkę prędzej zabierze ze sobą, niż imprezę opuści, nawet jakby miał pojawić się tam o trzeciej nad ranem. (Do tego pewnie nie dojdzie, północ natomiast uważam za całkiem realistyczną.)

Tymczasem na dworze leje już od trzech dni bez przerwy, wiatr urywa łeb przy najmniejszej próbie wychylenia owego za próg, a wszystko to przy przyjemnych dwunastu stopniach.

Leave a comment »