O rutynie i łamiącej wiadomości

Od ponad półtora miesiąca jadę już sobie moim nowym rytmem i powiem Wam że jest nieźle. W niedzielne wieczory myślę sobie: Jutro poniedziałak, ale nic to, tylko dwa zajęcia po półtorej godziny, jedne lajtowe, drugie gorsze, ale lubię je przygotowywać, rano wstać nie trzeba, bo zaczynam o dwunastej… Dobra, poniedziałek może być! Po czym tak właśnie jest. W poniedziałkowe wieczory nie myślę zbyt wiele, kładę się bowiem w miarę wcześnie, bo wtorki rozpoczynam bladym świtem, ale na tym koniec negatywów – 3 godzinki z moją ulubioną grupą zaawansowaną lecą jak z bicza strzelił, o 12.00 jestem już w domu i mam cały dzień do wieczornego kursu o 19.00. Po owym jestem zmęczona, fakt, i spać idę znowu wcześnie (to znaczy staram się), bo środa nie dość, że rozpoczyna się o niechrześcijańskiej ósmej rano, to jeszcze składa się z trzech godzin z wyjątkowo odporną na niemiecki język grupą początkującą, trzech godzin przerwy, i kolejnych trzech ze średniozaawansowanymi, którym wprawdzie nic nie mogę zarzucić, ale których zwyczajnie nie lubię. Bywa. ALE, kiedy środa dobiega końca i ok. 18.30 nic już nie muszę, odkorkowuję wino i rozpoczynam modus prawie weekendowy, bo w czwartki mam identyczne zajęcia jak w poniedziałek, również o identycznych godzinach, z jedną różnicą kursu wieczornego o 19.00. Z którego z kolei wracam do domu ze śpiewem na ustach i polką z przytupem, bo WEEKEND! W piątki miewam różne spotkania i zebrania, ale tylko przedpołudniami i rzadko.

Więc zadowolona jestem jak rzadko, bo kto by nie był, a jedyny mój problem jest taki, że się przyzwyczaję, a tu semestr się skończy i znowu będę musiała się przyzwyczajać.

A na fejsbuku zupełnym przypadkiem (identycznie jak moja siostra zawsze znajdowała prezenty gwiazdkowe – szukając czegoś zupełnie innego) odkryłam informację, że gówniarz dorobił się potomstwa. Płci męskiej rzecz jasna, bo przecież taki jest plan każdego szanującego się latynoskiego samca, a gówniarz realizuje PLAN. I śnił mi się dzisiaj, gówniarz nie plan, chociaż informację znalazłam już jakiś czas temu, i z ulgą muszę stwierdzić, że kosmiczne porozumienie, w które kiedyś tak bezgranicznie głupio wierzyłam, uległo zakończeniu, może kosmiczny światłowód się zerwał, a może coś innego, ale tak obsadzony sen nie niesie już za sobą próby nawiązania kontaktu w życiu realnym. (Odnośnie kosmicznego połączenia – łatwo wam się uśmiechać pod nosem, gdybyście to wy po każdym śnie z udziałem danej osoby dokładnie następnego dnia dostawali od niej mejla albo telefon, też byście od tego zgłupieli!) Enyłej. Tatusiem został i jedyne, co nasuwa mi się na myśl w związku z powyższym, to niezwykle odkrywcza myśl, że jak ten czas leci. I tyle. Czyli mówię, nieźle jest.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: