Archive for Listopad, 2015

O tym że smutno

Napisałabym coś, bo dawno już nic, ale nie wiem jak, bo gdy tak smutno, to ciężko się głupoty kleci. Jeden z czterech najlepszych kumpli Tego, takich z dzieciństwa i jak brat, zapadł na depresję. I wiadomości przychodzą coraz gorsze, że zostawił studia, że uciekł z domu i śpi w samochodzie, że nie kontynuuje terapii bo leki mu nie służą, że zdemolował pokój, i w końcu wczoraj ta najgorsza, że po próbie samobójczej znajduje się w szpitalu z wypłukanym żołądkiem.

I łzy mi wiszą na samym końcu kanalików, w każdej chwili gotowe, by się sturlać i popłynąć po policzkach, a Ten dostał zgorzkniałego wyrazu wokół ust oraz ciemnych obwódek wokół oczu i zaciska tylko pięści z bezsilnej wściekłości niewiadomo na kogo.

 

Leave a comment »

O dziwolągach i telewizorze

Wiele pogodowych dziwolągów widziałam już w tym mieście, niewiele było ich pozytywnych, ale ten ostatni, trwający już od dobrych trzech tygodni zachwycił mnie bez granic: na przełomie października i listopada temperatura oscyluje wokół 14-18 stopni. Do pracy noszę trampki bez skarpetek, lekki płaszcz na coś z krótkim rękawem albo cienką bluzkę, a wywleczonych przed miesiącem grubych swetrów i zimowej parki nawet małym palcem jeszcze nie dotknęłam. Nie wiem jak to wróży na resztę jesieni i zimę, ale gdyby nie świetnie się mające robale (widziałam już kilka os), to jak  dla mnie, mogłoby tak zostać.
A poza tym to nie mamy znowu telewizora. Już drugi tydzień, gdyż pewnego pięknego dnia postanowił się nie dać włączyć. Jako że raz już był naprawiany, bardzo uprzejmy serwis w amazonie zaproponował zwrot pieniędzy, jeśli odeślemy im zepsuty aparat. Przystaliśmy na propozycję z zapałem i najpierw okazało się że Ten wetknął go nie tej spedycji, która miała go odebrać (jak to chłop, nie miał ochoty dłużej czekać na tę właściwą, mnie się nie oszuka), a kiedy już odkręciłam i wyjaśniłam co trzeba, na trudności techniczne napotkał zwrotny przelew, gdyż od czasu zakupu telewizora zmienił mi się numer karty kredytowej. Fakt niemożności oglądania telewizji nie martwi mnie ani trochę, aczkolwiek wyłącznie dlatego że The voice of Germany można oglądać w internecie.

Dużo większe emocje wzbudził we mnie za to Sebastian Bergman – mniej więcej przez 70% książki byłam coraz bardziej rozczarowana, bo za dużo rzeczy nie trzymało mi się żadnej kupy, ale mimo to przy ostatniej stronie z kolei miałam ochotę zamordować autorów, bo znowu muszę co najmniej rok czekać na dalszy ciąg.

Tymczasem siedzę u znienawidzonego fryzjera, czekając na farbę na odrostach i za chwilę chyba jajko zniosę, więc doprawdy będzie lepiej DLA WSZYSTKICH jeśli efekt okaże się zadowalający.

Leave a comment »

O rutynie i łamiącej wiadomości

Od ponad półtora miesiąca jadę już sobie moim nowym rytmem i powiem Wam że jest nieźle. W niedzielne wieczory myślę sobie: Jutro poniedziałak, ale nic to, tylko dwa zajęcia po półtorej godziny, jedne lajtowe, drugie gorsze, ale lubię je przygotowywać, rano wstać nie trzeba, bo zaczynam o dwunastej… Dobra, poniedziałek może być! Po czym tak właśnie jest. W poniedziałkowe wieczory nie myślę zbyt wiele, kładę się bowiem w miarę wcześnie, bo wtorki rozpoczynam bladym świtem, ale na tym koniec negatywów – 3 godzinki z moją ulubioną grupą zaawansowaną lecą jak z bicza strzelił, o 12.00 jestem już w domu i mam cały dzień do wieczornego kursu o 19.00. Po owym jestem zmęczona, fakt, i spać idę znowu wcześnie (to znaczy staram się), bo środa nie dość, że rozpoczyna się o niechrześcijańskiej ósmej rano, to jeszcze składa się z trzech godzin z wyjątkowo odporną na niemiecki język grupą początkującą, trzech godzin przerwy, i kolejnych trzech ze średniozaawansowanymi, którym wprawdzie nic nie mogę zarzucić, ale których zwyczajnie nie lubię. Bywa. ALE, kiedy środa dobiega końca i ok. 18.30 nic już nie muszę, odkorkowuję wino i rozpoczynam modus prawie weekendowy, bo w czwartki mam identyczne zajęcia jak w poniedziałek, również o identycznych godzinach, z jedną różnicą kursu wieczornego o 19.00. Z którego z kolei wracam do domu ze śpiewem na ustach i polką z przytupem, bo WEEKEND! W piątki miewam różne spotkania i zebrania, ale tylko przedpołudniami i rzadko.

Więc zadowolona jestem jak rzadko, bo kto by nie był, a jedyny mój problem jest taki, że się przyzwyczaję, a tu semestr się skończy i znowu będę musiała się przyzwyczajać.

A na fejsbuku zupełnym przypadkiem (identycznie jak moja siostra zawsze znajdowała prezenty gwiazdkowe – szukając czegoś zupełnie innego) odkryłam informację, że gówniarz dorobił się potomstwa. Płci męskiej rzecz jasna, bo przecież taki jest plan każdego szanującego się latynoskiego samca, a gówniarz realizuje PLAN. I śnił mi się dzisiaj, gówniarz nie plan, chociaż informację znalazłam już jakiś czas temu, i z ulgą muszę stwierdzić, że kosmiczne porozumienie, w które kiedyś tak bezgranicznie głupio wierzyłam, uległo zakończeniu, może kosmiczny światłowód się zerwał, a może coś innego, ale tak obsadzony sen nie niesie już za sobą próby nawiązania kontaktu w życiu realnym. (Odnośnie kosmicznego połączenia – łatwo wam się uśmiechać pod nosem, gdybyście to wy po każdym śnie z udziałem danej osoby dokładnie następnego dnia dostawali od niej mejla albo telefon, też byście od tego zgłupieli!) Enyłej. Tatusiem został i jedyne, co nasuwa mi się na myśl w związku z powyższym, to niezwykle odkrywcza myśl, że jak ten czas leci. I tyle. Czyli mówię, nieźle jest.

Leave a comment »