Archive for Październik, 2015

O Berlinie

Miało być o Berlinie (i będzie),ale właśnie nadrobiłam sobie brakujące odcinki i nie mogę nie napisać, bo się ze mnie wylewa, że nowy sezon Homeland jest genialny. Pewnie się komuś narażę, ale uważam że odkąd skończyli z Brodym, jest taki dobry, że brak mi superlatyw.

A wracając do Berlina. (W przenośni, chociaż w rzeczywistości też pewnie nie raz wrócę.)

W drogę ruszyliśmy w trzeciej godzinie piątku, czyli mówiąc po ludzku o trzeciej w nocy, po dwóch godzinach snu. Osobiście byłam w dość dobrym stanie, co nawet mnie zdziwiło, Ten natomiast miauczał i jojczał jak stara baba i dopiero na miejscu mu przeszło. W samolocie zdrzemnęliśmy się nieco, co w moim przypadku jest sporym eufemizmem, bo zasnęłam zanim samolot oderwał się od ziemi, a gdy się trochę przecknęłam i zaczęłam odbierać bodźce, pierwszym moim uczuciem było zdenerwowanie dlaczego jeszcze nie startujemy. Wylądowaliśmy po jakichś 15 minutach od uczucia.

Ten od pierwszego momentu usiłował gadać ze wszystkimi po angielsku, bo przecież leciał samolotem i spędza weekend w podróży, logiczne, nie? Pierwszy moment zaś wyglądał tak, że zostawiliśmy walizki w hotelu, chlapnęliśmy sobie trochę zimnej wody w twarz i ruszyliśmy w trasę. Na pierwszy ogień poszło śniadanie z dużą kawą, Brama Brandenburska, Reichstag, Monument ku pamięci wymordowanych Żydów i interaktywne muzeum NRD, które zachwyciło mnie bez granic, bo fascynuje mnie wszystko związane z komunizmem, w Polsce, w NRD, jeden piorun. (Fascynuje tak samo, jak oglądanie czegoś obrzydliwego, patrzysz, brzydzisz się, analizujesz, jak coś tak wstrętnego jest w ogóle możliwe, i nie możesz przestać się gapić.)

Na obiad weszliśmy do Vapiano, po raz pierwszy w życiu i na pewno ostatni, wybór miejsca okazał się bowiem fatalnym błędem. Wiem, że ustrojstwo ma swoich fanów (było nimi zapchane), i zrozumienie ich przekracza moje możliwości. Zaduch, gorąco, tłumy, KOLEJKI, samodzielny transport wystanych w kolejce dóbr do stolika,śmierdzące garkuchnią ubrania i włosy po wyjściu, nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Gdyby jeszcze jedzenie było niedobre, to chyba bym wysadziła przybytek w powietrze.

Po południu zmęczenie okazało się obezwładniające, zdecydowaliśmy się więc nie wyłazić już z hotelu, z uciechą odkryliśmy obecność supermarketu z produktami iberyjskimi zaraz obok wyżej wymienionego, i nabyliśmy sobie taką kolacyjkę i taką cavę, że mówienie po angielsku byłoby całkiem uzasadnione, gdyby się nie mówiło po hiszpańsku.

Potem spaliśmy 10 godzin, wstaliśmy świeżutcy jak wucepiker i udaliśmy się odkrywać Berlin w najpiękniejszy jesienny dzień, jaki zdarzyło mi się przeżyć w tym kraju. Przed wyjściem, a po prysznicu odkryłam z kolei, że zapomniałam grzebienia i przez cały weekend się nie czesałam, co mojej pożal się Boże koafiurze wcale jednak nie zaszkodziło. Potem zrobiliśmy 19 kilometrów piechotą, jak uprzejmie poinformowała mnie aplikacja w telefonie, odpadły nam nogi, spożyliśmy obiad w meksykańskiej restauracji w dzielnicy Kreuzberg, poprzedzony najlepszymi na świecie nachos z serem, po których właściwie nie byłam już głodna, obejrzeliśmy galerię na resztkach muru, dobiliśmy do 22 kilometrów i w hotelu odkryliśmy że WCALE NIE W POBLIŻU hotelu odkryto bombę z czasów wojny, w związku z czym następnego poranka o 9 rano, hotel będzie ewakuowany. Jak to nie jest karma!… O mały włos uniknęłam ewakuacji przed bombą w Aachen, to proszę bardzo, ewakuują mnie przed bombą w Berlinie. Nic w naturze nie ginie i co ma wisieć nie utonie.

Jeden mały spóźniony samolot, samobójcę na torach (całe szczęście już nieco sprzątniętego dzięki opóźnieniu) i akcję policyjną na dworu głównym w Kolonii później byliśmy w domu, zmęczeni i niezwykle zadowoleni.

image

image

image

image

Reklamy

Leave a comment »

O aktualnym stanie rzeczy i Teodorze

Podróż do Berlina już za dwa dni, a tymczasem Ten zapadł sobie na zapalenie ucha. Nic nowego. Ucho boli, Ten bierze antybiotyk, a do walizek i  planowania podróży nikt nie ma głowy, co właściwie całkiem dobrze wróży. Osobiście tylko gorączkowo sprawdzam prognozę pogody, bo zeszły tydzień ze swoimi przygruntowymi przymrozkami i obrzydliwą marznącą mżawką napędził mi pod tym względem całkiem niezłego stracha. Jest optymistycznie, 14 stopni i słoneczko, więc bardzo jestem ciekawa, czy nie spadnie na przykład śnieg. (Bo deszcz to pikuś.)

Poza tym to życie mi ostatnio upływało na Teodorze Szackim, którego sobie łyknęłam wszystkie części w oczekiwaniu na nowego Sebastiana Bergmana. Czytałam niejako od końca i pierwsza książka (którą przeczytałam jako ostatnią), strasznie mnie zdenerwowała. Intryga potwornie wydumana i zagmatwana, rozwiązanie aspirujące do Aghaty Christie, a sam Szacki zachowujący się jak ostatni dupek. Nie czytajcie. Przeczytajcie lepiej Bezcennego, bo to bardzo sympatyczna mieszanka Dana Browna ze Stigiem Larsonen i Clivem Cusslerem.

A dziś już środa, najgorszą orkę na ugorze (czyli grupę początkującą) już odwaliłam i do weekendu zostały mi jeszcze cztery grupy. Jupi.

Leave a comment »

O śniegu i różnych uczuciach

Piszę gdyż niewątpliwie dostanę zaraz zawału (oraz mam właśnie przerwę): PADA ŚNIEG. Który nie spadł ani w zeszłym roku (no, prawie), ani dwa lata temu, i już zdążyłam nabrać nadziei na oszukane zimy bez tej przykrości, a tu nagle W POŁOWIE PAŹDZIERNIKA takie rozczarowanie. Jak zaczął, to prawie przerwę w zajęciach musiałam zrobić, gdyż wszyscy jak jeden mąż rzucili się do okien gwałtownie wyszarpując telefony z kieszeni, celem zrobienia obrzydlistwu zdjęcia. W czym celowali studenci hiszpańscy.
W weekend natomiast, a konkretnie w piątek na pracowej imprezie, doznałam sprzecznych uczuć. Negatywnych na tle Niemców, doprawdy, jak firma cię zaprasza na imprezę, w piątek wieczorem, w lokalu rozrywkowym, to co wkładasz na grzbiet: odzienie lepsze i bardziej odświętne, czy też buty trekingowe i polar?????? Więc Niemcy to drugie. Osobiście byłam jak zwykle overdressed, z czego z kolei wynikają uczucia pozytywne, gdyż ilością wysłuchanych komplementów (wcale niedotyczących stroju) mogę napawać się jeszcze przez kilka tygodni.
Poza tym gardło mnie boli i jak to z tym śniegiem mi się jeszcze powtórzy, to naprawdę coś mi się zrobi.

Leave a comment »

O tym że nie przechodzą mi głupie pomysły

Nie mam pojęcia dlaczego, ale z wiekiem w ogóle nie przechodzą mi głupie pomysły. Ba, dzisiejszy był nawet całkowicie i stuprocentowo godny trzynastolatki. Rozkoszując się bowiem wolnym piątkiem, odwaliłam resztkę roboty około dziewiątej rano, wróciłam do łóżka z kawą i Teodorem Szackim, po czym stwierdziłam że już prawie pierwsza i wypadałoby coś zrobić. Za najpilniejsze coś, zanim pójdę pod prysznic, uznałam malutki trenindżek, stwierdziłam z paniką że strona fitnessblender padła, przeczytałam na fejsbuku inteligentny komentarz, że mogę użyć jutuba, jak wyczytałam tak zrobiłam, zupełnie przypadkowo odkryłam bardzo fajną tabatę i wreszcie dotarłam do kluczowego momentu dla głupiego pomysłu i poszłam pod prysznic. A pod prysznicem pomyślałam że mogłabym podciąć sobie końcówki, sama, nic takiego, włosy rozczesuję zawsze z głową w dół, więc ciachnę tylko z centymetr, nie więcej tego co będzie zwisało i trafię na pewno w te smętne dłużyzny na plecach, bo w co innego miałabym trafić. Prawdopodobnie nie pomyślałam już nic więcej, szare komórki mi zdechły i znieruchomiały, wyleciałam z łazienki, poleciałam po nożyczki i ciachnęłam kilka razy. No, jeden raz nawet więcej niż centymetr, jakieś dobre cztery. Roztrzepałam włosy, podniosłam głowę, spojrzałam w lustro i okazało się że ciachnęłam sobie dokładnie z przodu, przy twarzy, tworząc jak zwykle idiotyczną nibygrzywkę, rozdzieloną bocznym przedziałkiem i kończącą się z obu stron gdzieś na wysokości nosa. Niby nic takiego, dobrze mi w takich grzywkach, ale najgorsze że włosy po obu stronach są strasznie dziwnie wystopniowane, tworzą jakby schody i w ogóle płakać się chce. Wiem oczywiście że przesadzam, na prostych włosach byłaby to katastrofa, na moich lokach trzeba się dobrze przyjrzeć żeby coś ujrzeć, ale kurde, ja się właśnie przyglądam.

Poza tym mam dziś firmową imprezę, najlepszy dzień na głupie pomysły. A, i oczywiście nie mam się w co ubrać.

Leave a comment »

O podróży do Berlina i tym że na dwoje babka wróżyła

Jako że dawno mnie nigdzie nie zaniosło i mam wolne piątki, za dwa tygodnie lecimy do Berlina. Owszem, tylko na weekend i owszem, LECIMY. Niemieckie koleje są naprawdę bezwstydnie, obrzydliwie drogie oraz ogólnie bezwstydne i obrzydliwe i za sześciogodzinną podróż cholernym ICE (który w mojej głowie zawsze występuje z szyldem „Dzisiaj 20 minut spóźniony”) żąda sobie stówy (100€) w jedną stronę. A tymczasem ja, zupełnym przypadkiem i z głupia frant, bo mieliśmy już wynajmować samochód i jechać gdzieś niedaleko, znalazłam lot za 75 w obie strony. Ha! Bardzo bladym świtem, ale cóż, po pierwsze chyba taki nasz los, po drugie najlepsze podróże rozpoczynały się od niewyspania i zwiedzania o poranku, a po trzecie przynajmniej wykorzystamy ten dzień w pełni i całkowicie. Osobiście uwielbiam Berlin, byłam tam już kilka razy i jeszcze nie mam dość, kiedyś byłam śmiertelnie zakochana w Monachium, teraz jego miejsce zajął Berlin, co oznacza że Monachium muszę sobie koniecznie odświeżyć. Ten też w Berlinie był, ale nigdy ze mną, zatem głupi rzut oka na stronę Ryanair okazał się strzałem w dziesiątkę.
Zaraz po zarezerwowaniu lotu zabraliśmy się za hotel i znowu ja, bo uparłam się obejrzeć obrazki przybytku o nazwie Mondrian Suits (ze względu na Mondriana właśnie, ciekawiło mnie jak zinterpretowali) odkryłam to zachwycające miejsce, w którym wprawdzie po Mondrianie nie było śladu ni popiołu, ale które okazało się nie
być typowym hotelem, a rodzajem apartamentu z salonem, kuchnią i sypialnią. Bardzo przyjemnym zarówno optycznie jak i cenowo, w którym nie trzeba się zrywać na śniadanie, ani płacić majątku za produkty w minibarze tudzież hotelowej knajpie.
Poza tym podróż wypadła nam w weekend, w który byliśmy zaproszeni na imprezę w stylu lat 20, o czym zupełnie zapomnieliśmy, a co ucieszyło mnie niezmiernie (tylko nie mówcie Temu), bo nie mam najmniejszej ochoty na lata dwudzieste. Ani żadne inne, szczerze mówiąc, wszelkie przebieranki wydają mi się aktualnie okropnie męczące.

Cała impreza urodziła się więc w mojej głowie i w zależności od rezultatu, albo będę się potem szczycić jakie to mam dobre pomysły, albo wszystko będzie moją winą, na dwoje babka wróżyła.

2 Komentarze »

O pierwszych razach i idiotyzmie

O święta Genowefo, to był naprawdę trudny tydzień. Wszystko było pierwsze, koszmarny chaos pierwszego tygodnia, nicniewiedzący studenci, zrzucające na siebie wzajemnie winę organy (administracji uczelni), dzwoniący bez przerwy telefon, nerwowe wzdryganie na dźwięk nadchodzącego mejla, byłam w stanie to wszystko znieść w stosunkowo dobrym stanie (albo przynajmniej robiąc dobrą minę do złej gry i udając że wszystko pod kontrolą) tylko i wyłącznie dzięki myśli że to jest mój PIERWSZY RAZ i że muszę tylko koniecznie zapamiętać, co zrobiłam źle i więcej tego nie robić oraz, że bardzo niedługo, najpóźniej na firmowej imprezie, to wszystko będzie cholernie śmieszne.

Tymczasem nadszedł piątek, dzień wolny, przeszłam się odrobinę po sklepach i zdałam sobie sprawę z nieprawdopodobnego faktu, że we wrześniu nic sobie nie kupiłam. Serio, całkiem nic, bo jedne zakupione w przypływie zaćmienia umysłu kowbojskie botki (mimo że wahałam się między dwiema parami tak zwanych półbutów) właśnie oddałam.

W sobotę natomiast popełniliśmy idiotyzm światowej klasy, a mianowicie zaprosiliśmy mojego kumpla Pawła na kolację nie zrobiwszy przedtem żadnych zakupów oraz zapomniawszy że jest 3 października, najważniejsze niemieckie święto i wszyściuteńko jest na cztery spusty zamknięte. Przed odwołaniem kolacji tudzież zamówieniem pizzy uratowała nas jak zawsze bliskość zagranicy i na zakupy udaliśmy się w stanie niewielkiej paniki autobusem do Holandii. Rzecz jasna nie byliśmy jedynymi, którzy na ten pomysł wpadli i zakupów dokonywaliśmy przepychając się pomiędzy regałami, zderzając z innymi wózkami i od czasu do czasu wydając z siebie wściekły gulgot. Do domu wróciliśmy obładowani przede wszystkim piwem, bo w Holandii mają mnóstwo rodzajów i niedrogie, oraz składnikami potrzebnymi do ugotowania kolacji, nie zapomniawszy o niczym chyba zwyczajnym cudem. Kolacja udała się nadzwyczajnie, Paweł wyszedł o trzeciej nad ranem, a dzisiaj już lekko dopada mnie typowo niedzielny strach przed nowym tygodniem, niby już nie pierwszym, ale jeszcze wystarczająco NOWYM, by się go trochę obawiać.

Leave a comment »