Archive for Wrzesień, 2015

O sztuce oraz idiotycznych problemach

Chyba muszę być nienormalna, bo po tygodniu przebimbanym jak w opisie niżej, z rekreacyjnym kursem wieczornym we wtorek i czwartek w charakterze jedynego obowiązku zawodowego, już trzeciego dnia poczułam jakby wyrzuty sumienia że nic nie robię i zapragnęłam mieć normalny tydzień pracy. (Krótki tydzień, dodam, bo piątki mam w tym semestrze oficjalnie wolne.)

Co nie zmienia faktu, że w przebimbany tydzień zregenerowałam się jak rzadko, spałam bez umiaru bo miałam czas, sport uprawiałam prawie codziennie bo miałam czas oraz jadłam dobrze i zdrowo, bo miałam czas.

Weekend natomiast był intensywny. W sobotę poszliśmy na  WYSTAWĘ SZTUKI z okazji OTWARCIA ATELIER na którą zaproszony został Ten przez koleżankę z pracy, będącą jednocześnie narzeczoną otwierającego atelier artysty. I całe szczęście że nie ubrałam się w wieczorową suknię i etolę z norek, gdyż WYSTAWA odbywała się w nieotynkowanej salce rozmiarów naszej sypialni, salka z kolei była jednym z dwóch pomieszczeń owego atelier (dobra, plus wychodek), wolno stojącego na czymś jakby podwórku, a w charakterze eksponatów występowały: 1. dwie fotografie z kilku nałożonych na siebie ujęć tego samego motywu, ale w innym położeniu, co dawało wprawdzie dość interesujący, ale też niepokojący efekt, a mianowicie wrażenie, że ma się coś nieteges z oczami, rozbieżnego zeza na przykład, 2. dwóch kawałków drewna, małego i dużego, mały był pomalowany na biało, a duży na niebiesko, 3. jednej normalnej fotografii, przedstawiającej człowieka na przystanku autobusowym, jakby studiującego rozkład, z tym że tabliczka z rozkładem była nienaturalnie wielka i zasłaniała człowiekowi łeb, 4. trzech marmurowych płytek w kwadracie, zawieszonych jedna obok drugiej, 5. jednego malutkiego obrazka, przedstawiającego nie wiem co, jakby gwiaździste niebo w dużym zbliżeniu, w tonach żółci. 6. kilku płyt nagrobnych, uplasowanych na zewnątrz. Otwarcie uświetnił swoją gitarą mąż Isy Mark, będący zupełnie przypadkowo sąsiadem artysty, mieszkającym z nim balkon w balkon, co w połączeniu ze zgubnym nałogiem palenia papierosów przez obu w krótkim czasie doprowadziło do intensywnej przyjaźni. Bankiet po części artystycznej stanowiły kiełbaski z grilla i piwo, a wszystko to na świeżym powietrzu. Po półtorej godziny przestałam czuć palce u stóp, a po trzech, kiedy byłam już jednym sztywnym i trzęsącym się soplem, udało nam się wreszcie opuścić imprezę.

Aby z kolei udać się na kolejną, a mianowicie pożegnanie jednego kumpla Tego, którego żona jest z kolei moją koleżanką z nowej pracy. (Serio, Aachen ma ponad 250 tysięcy mieszkańców.) To znaczy była moją koleżanką, przez dwa tygodnie, pożegnanie bowiem było również jej, oboje przeprowadzają się do Poczdamu. Najwidoczniej skazana byłam owego dnia na idiotyczne problemy atmosferyczno odzieżowe, gdyż od razu zaczęło mi być potwornie gorąco, a w koszulce na ramiączkach zostać nie mogłam, bo zupełnie nic nie myśląc przy ubieraniu, do czarnej podkoszulki włożyłam biały stanik. Więc na wszystkich zdjęciach jestem czerwona jak pomidor, nie z nadużycia piwa a z dobrego ukrwienia przez gwałtowne zmiany temperatur.

A dzisiaj wreszcie zaczynam normalny tydzień pracy, i boję się jak cholera.

Leave a comment »

O najlepszym na świecie

Wiecie co jest najlepsze, ale to absolutnie najlepsze na świecie, dostępne zwykle tylko w weekendy, a i to też nie zawsze, a dla mnie dostępne CODZIENNIE w tym uroczym, cudownym tygodniu ciszy przed burzą? Jak nie wiecie, to już Wam mówię. Najlepsze na świecie jest wstanie rano, nie żeby o świcie, ale tak o dziewiątej, powolne spożycie śniadanka, a potem powrót do łóżka z książką i kawą. Na co najmniej godzinkę.
To mowiłam ja, meldująca się z łóżka, znad kawy i książki.

(Ale już wstaję bo dziesiąta.)

Leave a comment »

O wątpliwościach różnego typu

Przeżyłam koniec świata w postaci rodzinnej wizyty, to znowu nie wiem jakie buty na jesień. Jak nie urok to sraczka, mówię wam.

(Tymczasem pacyfikuję jeden za drugim nowe obszary działania, adrenalina mi strzela jak gejzer, i jeśli wcześniej nie dostanę rozstroju nerwowego albo po nosie, to jest nadzieja, że już jakoś w styczniu przestanę napastować Mentorkę, która pewnie wzdryga się już nerwowo widząc kolejną wiadomość ode mnie.)

Ale wróćmy do tych butów. Wiem na pewno, że będą ciężkie, na grubej podeszwie, żadne tam kobiece szpileczki, i tylko wątpliwość mam, czy czarne z panterą na klamrę, czy raczej brązowe sznurowane. Osobiście skłaniam się ku brązowym, ale możliwe że w końcu nie kupię ani jednych ani drugich, bo mnie śnieg mnie na tych rozważaniach zastanie i potrzeba mi się zmieni.
A dzisiaj skończyłam ostatni tom o Harrym i nawet łezkę uroniłam, bo po 10 tomach czytanych prawie ciurkiem, zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Nie wiem czym teraz tę pustkę wypełnię, Jussi Adler Olsen i jego Carl Mørck rysuje mi się jako całkiem możliwy kandydat.
No i tak to. Nabyłam wczoraj bluzkę i dziś nawet wiem w co się na zajęcia ubiorę, ewenement taki.

Leave a comment »

O wrześniu oraz planie na jutro

Wrzesień ogłaszam miesiącem absolutnego szaleństwa i zapewniam, że mam ku temu powody. Dzisiaj egzaminem zakończył się podwójny dwutygodniowy kurs intensywny i tu odnotowałam od razu dwa sukcesy, a mianowicie udało mi się nie rozchorować (mówiłam że lato jest!) oraz wszystkie egzaminy (35 sztuk) właśnie skończyłam poprawiać. Teoretycznie mogłabym się rozkosznie prawie obijać aż do dnia dwudziestego ósmego, więc niby nie ma pośpiechu, ALE. Jutro rozpoczynam kurs wieczorny, a pojutrze przyjeżdżają z wizytą moja siostra, szwagier oraz siostrzeniec. Na prawie tydzień.

Jeśli to nie jest katastrofa, to ja już nie wiem co nią jest!…

(Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę, że przez ostatnie dwa tygodnie absolutnie niczego nie sprzątałam, prałam, myłam, porządkowałam ani chowałam, ani w ogóle nie dotykałam małym palcem. Jedyną wykonywaną przeze mnie w tym czasie czynnością gospodarską było włączanie zmywarki średnio co drugi dzień. Serio. Możecie teraz uważać mnie za brudasa.)

Więc od niedzieli miotam się pomiędzy papierami a mopem i ścierą, i stan mieszkania zmienił się w ten sposób, że biurko wygląda znacznie gorzej, czyli jakby przeszedł przez nie średniej wielkości huragan, a cała reszta znacznie lepiej, JEŚLI NIE LICZYĆ porozstawianych wszędzie wiaderek, sprejów i butelek ze środkami czyszczącymi oraz malowniczo zwisających zewsząd ścierek. I mopa w kącie. A, i wielkiej sterty prania, wreszcie zdjętego ze sznurka.

Więc plan na jutro jest taki

  1. Uprasować co trzeba, resztę gdzieś poutykać.
  2. Uzupełnić Sporządzić brakującą dokumentację kursów intensywnych.
  3. Pochować utensylia do sprzątania.
  4. Dokończyć kuchnię. (Wiadomo że kuchnię trzeba zrobić na samym końcu, bo tam najłatwiej coś może zniweczyć efekt)
  5. Pochować w.w. utensylia po skończeniu kuchni.
  6. Zacząć się poważnie denerwować tym kursem wieczornym, przeczytać cały internet na temat pierwszych zajęć z początkującymi z zerową znajomością języka docelowego, stworzyć jakiś plan działania i nieco się uspokoić.
  7. Zastanawiać się dwie godziny w co się ubrać, przebrać się co najmniej 4 razy, zdenerwować się ponownie, pognać na zajęcia w czymkolwiek, poprowadzić zajęcia.
  8. Paść na pysk.
  9. Wlać sobie olbrzymią lampkę wina i zasiąść z książką na kanapie.
  10. Pójść spać.

Plan na pojutrze ułożę sobie jutro.

Leave a comment »

O wielkopomnym wydarzeniu

Mówiłam wam, że siostra Tego przyjechała tu na SZEŚĆ MIESIĘCY na praktyki? (Zupełnie tak samo jak Ten – leci mu już piąty rok.) To mówię. Przyjechała,dwa tygodnie temu, a tymczasem Ten poleciał na tydzień do domu bo miał jeszcze urlop. W Aachen zostałam ja z nieznającą nikogo siostrą Tego.

Ogólnie umówiłyśmy się na obiad, około 14. Poszłyśmy do mojej i Tego ulubionej restauracji, zjadłyśmy obiad, poszłyśmy wymienić na większą koszulę, którą podarowała mi była na urodziny (doprawdy wzrusza mnie fakt, że podarowała mi XSkę, ale moje górne plecy i biceps człowieka trenującego trochę z XSki wyrosły. Tylko trochę, w Skę wchodzę bez problemów.), obejrzałyśmy miliony kolczyków w milionie sklepów, a potem to już zrobiła się siódma i postanowiłyśmy udać się na piwko. Pech chciał, że wybrany przez nas bar, bardzo klimatyczny i jeden z najstarszych budynków w mieście, wybrany został również przez grupę 20 panów w wieku więcej niż średnim na świętowanie niewiemczego. Siostra Tego jest bardzo ładną dziewczyną, a na dodatek ma 25 lat, ja owszem, trochę bardziej nadżarta zębem czasu, ale też nie taka ostatnia, a jakby tego wszystkiego było mało, byłyśmy tam jedynymi istotami płci żeńskiej w wieku poniżej lat 60. Więc od progu zaczęły się pytania w jakim języku rozmawiamy, bo ten tam zna portugalski a to prawie to samo, czy wiemy gdzie tu można iść potańczyć, a na koniec panowie postanowili ZASPONSOROWAĆ NAM DRINKI. Jak żyję, nigdy w żadnym barze żaden kelner mi nie powiedział Chcecie następną kolejkę? Chłopaki was zapraszają. Aż do dziś. (Nie wiem dlaczego przypomina mi się stosowna scena z The big bang theory i wcale mi się to nie podoba) Z trudem opanowując wzruszenie właściwe tak wielkopomnemu wydarzeniu, zapłaciłyśmy za spożyte napoje i opuściłyśmy lokal jak się należy, w momencie kiedy było najpiękniej. Siostra Tego obiecała hiszpańską kolację swojej współlokatorce i musiała jeszcze dokonać stosownych zakupów, i całe szczęście że po opuszczeniu supermarketu zatrzymałyśmy się na typowo hiszpańskie przydługawe pożegnanie i ja podczas owego pożegnania coś tam myślałam mimo spożytego piwa, bo inaczej zdałaby sobie sprawę z faktu, że planując na ową kolację tortillę nie kupiła jajek, dopiero w domu. I współlokatorka musiałaby żyć z przekonaniem, że typowo hiszpańskim daniem są ziemniaczki smażone z cebulką.

Leave a comment »

O byciu rok starszą i oparach (sił i lata)

Więc tak, znowu rok starsza jestem. (I żebym sobie nie myślała, jak dobrze rozpoczął się dla mnie ten kolejny rok życia, to śniło mi się że goliłam sobie łeb. Maszynką, na całkowite zero, loki tylko leciały na podłogę, a ja byłam bezgranicznie zachwycona nowym lookiem. Według senników nie jest to zbyt dobry omen, ale gdyby tak było, to przecież bym się tak głupio nie cieszyła, nie?) Z okazji starości chciałam sobie kupić prezent i okazało się że nic mi się nie podoba! Starość, jak nic.

W pracy ciągnę już na oparach sił i możliwe, że jak ten tydzień się skończy, to się znowu rozchoruję, bo mój organizm jest na tyle uprzejmy, że choruje dopiero wtedy kiedy może sobie na to pozwolić. (A może to i wcale nie przez nadwyrężone siły, tylko przez moje twarde przekonanie że wciąż mamy lato, aczkolwiek późne, i odpowiedni do przekonania dobór stroju. Nic takiego, na golasa nie latam, tylko od rajstop mnie odrzuca. Ale to i tak nic w porównaniu z moją koleżanką Justyną, vel dobrą wróżką i mentorką, która tak granitowo nie wierzyła że lato się skończyło, że aż nabawiła się zapalenia pęcherza.)

Moje dzieci na kursach dostarczają. Wczoraj jeden zapytał mnie z całą powagą, czy właściwym zakończeniem formalnego mejla może być Herzlichen Glückwunsch czyli wszystkiego najlepszego. Chyba zacznę to zapisywać bo naprawdę.

Leave a comment »

O męczącym

Nowa praca zaczęła się tak, że spektakularnie obtarły mnie buty. (Te nowe oczywiście.) Jak mówię spektakularnie, to mam na myśli spektakularnie, gdyż bąble mam pod jednym dużym palcem i na obu małych palcach, a oprócz tego strupki od otarć na obu piętach. Na szczęście nie zastanawiałam się, jaki to omen w odniesieniu do wyżej wymienionej pracy, bo kto wie czy po tym pierwszym dniu nie uciekłabym z krzykiem, ale również na szczęście ten pierwszy dzień jako taki wybił mi z głowy wszystkie zabobony. I teraz mam tak, że po dniach wszystkiego razem trzech, po fajrancie mam ochotę zabarykadować się na kilka godzin z książką na kanapie, przenieść do innego wymiaru (obecnie wciąż jeszcze do Oslo i Harrego), a przede wszystkim NIC NIE MÓWIĆ. Do nikogo. I najlepiej żeby nikt do mnie też nie mówił. Albo chociaż nie wymagał ode mnie reakcji.
Czy Wy sobie wyobrażacie jak STRASZLIWIE MĘCZY 10 godzin ciągłego mówienia??? Ja do przedwczoraj też sobie nie wyobrażałam.

No i chyba jesień idzie. W sam raz na blezerek w kolorze rdzawych jesiennych liści.

Leave a comment »