Archive for Sierpień, 2015

O butach i dziobach

Z okazji (właściwie jeszcze nie)rozpoczęcia nowej pracy zakupiłam sobie (no?) buty. Jako że w balerinach mi nie do twarzy, a mam jeszcze nadzieję na ciepły wrzesień i jak najdłuższe uniknięcie wszelkich skarpet, rajstop i innych obrzydliwości, oraz, potrzebowałam obuwia w miarę eleganckiego, ale też bez przesady, wymyśliłam sobie coś takiego. (No, moje są może odrobinę bardziej spiczaste.) I dokładnie takie znalazłam na wystawie cholernie drogiego sklepu z ręcznie robionym obuwiem włoskim, przecenione o dobre 70%. Ostatnia para, mój rozmiar.
Oczywiście uznałam to za pozytywny omen odnośnie wszystkiego – butów, pogody oraz pracy jako takiej i wyżej wymienione radośnie nabyłam.

(Chociaż ogólnie to wcale mi tak radośnie nie jest – jestem bowiem rozszarpana na dwie nierówne połowy, w takie dzioby można powiedzieć, wzajemnie się przenikające. Jedna cieszy się jak głupia, bo wreszcie może robić to co zawsze chciała i nawet możliwe że z tego wyżyć, druga natomiast okropnie, straszliwie się martwi czy da radę. Czy nie wzięła sobie za dużo na głowę, czy nie pomylą jej się kursy, podręczniki, wydziały, terminy, miejsca, jednym słowem czy uda jej się to nowe życie jako tako ogarnąć. Chwilowo pierwsza chyba jednak jest na prowadzeniu. Ani chybi przez te buty…)

Leave a comment »

Tym razem naprawdę o bombie

A skoro mowa o bombie, to w piątek jeden operator koparki trafił na całkowicie autentyczny egzemplarz z czasów wojny, co w mgnieniu oka postawiło na baczność całe miasto. No dobra, jego zachodnią część. Osobiście cudem chyba uniknęliśmy większych atrakcji i znaleźliśmy się na skraju strefy ewakuacji, bomba znajdowała się bowiem na głębokości około pięciu metrów. Gdyby była bliżej powierzchni, trzeba by było ewakuować promień jednego kilometra, czyli calutkie centrum. A tak to, siedząc w ogródku piwnym o 16 godzinie, zaraz po moim ostatnim dniu pracy, z pewnym niepokojem (znaczy ja nie, ja nie posiadam samochodu) obserwowaliśmy narastający korek, a niektórzy z obecnych przejawili pewną troskę o wydostanie pojazdu zaparkowanego w strefie ewakuacji.

W końcu jednak, około pierwszej w nocy, zawierającą 250 kilo TNT bombę rozbrojono, nikomu nic się nie stało, a ja oficjalnie pożegnałam się z aktualnym miejscem pracy. Bardzo dumna z nieuronienia ani jednej łzy. Bardzo gotowa na nowy etap i nowe życie.

Leave a comment »

O płaszczach i bombie

Owszem, zdarzało mi się zakupić szorty czy bikini w lutym, płaszcza w sierpniu nie kupiłam natomiast jeszcze nigdy.

Aż do tego sierpnia, kiedy to zakupiłam dwa.

Na wyprzedażach, z zamiarem oddania jednego, ale nieszczęśliwym przypadkiem nie mogłam się zdecydować, jeden bowiem jest różowy, w pięknym koralowym odcieniu, a drugi granatowy i znacznie bardziej stonowany. Uwielbiam płaszcze, zmora posiadania jednego okrycia na zimę i jednego na jesień/wiosnę i wyglądania w wyżej wymienione pory roku zawsze tak samo prześladowała mnie do średniej młodości (zakładając, że teraz to jest późna młodość, a wczesna była w wieku lat około 20) i od kiedy się jej pozbyłam, jakby lepiej znoszę jesień i zimę. (Co nie znaczy, że w skrytości ducha nie mam nadziei, że tak jak szorty w lutym baaaaardzo długo musiały czekać na swoją premierę, tak i płaszcz w sierpniu jeszcze trochę sobie powisi w szafie.)

A poza tym to stało się, wczoraj na urodzinach u Rosy pękła bomba i wyszło na jaw, że pierwsza z poślubionych par w naszej grupie spodziewa się potomstwa. W marcu. Nie wiem dlaczego, ale jakoś zupełnie nie mogę w to uwierzyć. Owa para też raczej nie, i gdyby nie zdjęcie niewyraźnej krewetki, stanowiące bezsprzeczny dowód, pewnie aż do porodu wszyscy twardo trwaliby w niewierze.

Tymczasem w samym centrum postawili diabelskie koło i oczywiście musieliśmy się przejechać.

image

My na diabelskim młynie, a w tle katedra, aczkolwiek niewyraźna, bo trafiła nam się gondola z szybkami.

image

Całe miasto zapchane było słonecznikami, do wzięcia, zupełnie za friko.

 

Leave a comment »

O Marbelli, post turystyczny

Więc wróciłam i zdążyłam nawet zrobić dwa prania oraz olać prasowanie, gdyż żadna z wypranych rzeczy nie jest mi aktualnie potrzebna. Jesienną odzież mam czystą.

(Chyba można sobie wyobrazić poziom mojej depresji po zmianie z trzydziestu kilku stopni i wielkiego ciepłego słońca codziennie do stopni dwunastu i ulewy, więc nie będę o tym pisać.)

Do Marbelli jeżdżę regularnie już czwarty rok, a Lidka wyznała mi na instagramie, że nie wie czy ona chce tam pojechać, napiszę więc lepiej o tym, może przynajmniej coś komuś z tego przyjdzie.

Marbella jest bardzo specyficznym miastem. Pięknie położona nad Morzem Śródziemnym, wygodnie oddalona o pół godziny samochodem od wielkiego lotniska w Maladze, z absolutnie fantastycznym mikroklimatem, dzięki temu morzu z jednej strony właśnie i górom o pasującej do morza nazwie La Concha czyli po naszemu Muszla z drugiej. To połączenie sprawia, że w Marbelli temperatura rzadko przekracza 27-28 stopni i spada poniżej 15 (mówimy tutaj o całym roku) i należy ona do niewielu miejsc w Andaluzji, w których w środku upalnego lata wychodząc wieczorem na kolację należy zabrać ze sobą raczej sweterek niż wachlarz, a w nocy da się spać. Ulubiona przez celebrytów, którzy w absolutnie snobistycznym Puerto Banús parkują swoje luksusowe jachty, a po ich opuszczeniu, akurat po drodze do lexusa czy porshe mają butiki Chanel czy innego Gucci. Tam też znajdują się bary z drinkami po 60 euro sztuka oraz pozbawionymi wieku gośćmi z napompowanymi ustami, przedłużonymi włosami i wielkimi sztucznymi biustami. Często gęsto słychać też rosyjski język. Jako atrakcja turystyczna Puerto Banús jest punktem obowiązkowym. Stare Miasto również bardzo bardzo warte zobaczenia, bardzo andaluzyjskie i autentyczne, nie wystylizowane na potrzeby turystów. W barach może nie w samym centrum, raczej bliżej portu rybackiego, często wyglądających jakby sanepid miał tam co robić, można zjeść za bardzo niewielkie pieniądze świetne ryby i owoce morza, które jeszcze poprzedniego dnia w tym morzu pływały. (Restauracje o zgoła innych widełkach cenowych też są, dlaczego nie, ale z autopsji nie znam żadnej.)

Oprócz tego Marbella ma kilometry plaży, niestety bardzo wąskiej, bo wyżej wymienieni celebryci gdzieś musieli swoje letnie domki postawić, a ustawa o pierwszej linii plaży napotyka na trudności od ilości lat w zupełności wystarczającej do ich postawienia, ale mimo wszystko dość przyzwoitej jak na plażę miejską.

Podsumowując: do Marbelli można chcieć jechać lub tego nie chcieć, w zależności od pożądanego typu wakacji. Osobiście gdybym wybierała się na urlop typowo plażowy, czytaj apartament na dwa tygodnie i poruszanie się pomiędzy plażą a basenem oraz supermarketem/knajpą, w żadnym razie nie chciałabym jechać do Marbelli, a udała się raczej do jakiejś nadatlantyckiej wioski w prowincji Cádiz. Jeśli natomiast poszłabym w dłuższe zwiedzanie Andaluzji, Marbelli w żadnym wypadku bym nie pominęła, bo jednak sporo się różni od innych andaluzyjskich miast. Ach, i jeszcze jedna ważna rzecz – w absolutnie żadnym wypadku nie jechałabym tam w sierpniu. W sierpniu ilość mieszkańców multiplikuje się razy pierdyliard, WSZĘDZIE pełno jest samochodów, kolacji nie da się zjeść NIGDZIE przed 23.00 i ogólnie panuje piekło na ziemi.

No i tyle chyba w temacie.

PS Opaliłam się tak nieprzyzwoicie, że muszę się jak najszybciej umówić ze wszystkimi znajomymi, zanim mi zlezie!

Leave a comment »

O urlopach i ich cechach

Urlopy mają tę jedną zasadniczą cechę że jak długie by nie były, do połowy przebiegają jak się należy, w tempie zdychającej krowy, natomiast od połowy już można właściwie pakować walizkę, bo wiadomo że zleci jak jeden dzień. Tak właśnie było i tym razem, trzy dni na najpiękniejszej plaży na świecie oraz dwa po nich następujące minęły jak sen jaki złoty i WTEM zostało nam jeszcze tylko jutro. A było tak:

image

Ocean i ja.

image

Zachód słońca w Marbelli.

image

Okropnie zestresowani jesteśmy.

image

Końcówka Europy.

image

Leave a comment »

Nie będzie oryginalnie, o upale

Mimo panującej w całej Europie fali gorąca i typowej dla danego kraju pogody, właśnie na południu Hiszpanii najbardziej narzekają na upał. Mówię wam, coś okropnego. Upał też okropny, a do tego strasznie zdradliwy, bo pozornie nie ma słońca, a człowiek pod koniec dnia wygląda jak rak w ukropie. Wczoraj na przykład wybraliśmy się z Tym na spacer plażą, gdyż upieramy się przy obecności choćby minimalnej aktywności fizycznej i 6 kilometrów brzegiem morza wydało nam się właściwą dawką. Ten jest absolutnie sam sobie winny, spaceru doznawał w koszulce na ramiączkach i bez kremu, bo słońca NIE BYŁO, i te ramiączka pięknie mu się teraz odznaczają na wściekle czerwonych ramionach i dekolcie (niewątpliwie to kara za używanie koszulek na ramiączkach, które według mnie są samym ZŁEM, ale na plaży się przy nich upiera i co mu zrobisz). Że nie wspomnę o twarzy koloru dojrzałych malin. Ja natomiast nigdy nie zdołam zrozumieć jakim cudem się spiekłam, na owy spacer udałam się bowiem z twarzą w odcieniu dość trupim od kremu 50+ oraz lnianym kaftanie z długim rękawem. Mimo to wieczorem byłam już znacznie mniej trupia, a więcej malinowa.
Dietę zachowujemy jak na urlop obrzydliwie zdrową, przedwczoraj w menu były ryby i owoce morza z grilla przez cały boży dzień, wczoraj grillowane warzywa i zimna sałatka makaronowa. Gdyby nie chłodne piwko i tinto de verano, jeszcze bym tu nie daj boże schudła. Na urlopie!

A dziś jest zdaje się niedziela, co oznacza że jutro jedziemy na 3 dni na najpiękniejszą plażę na świecie, skąd zamierzam wrócić pełna tuńczyka w przeróżnych postaciach!

Leave a comment »

O czarownym początku urlopu

Urlop rozpoczął się wręcz cudownie.
Wstaliśmy o 5, o 6.37 siedzieliśmy w pociągu, a ok. 7.30 ktoś postanowił opuścić ten padół łez akurat na tych torach, którymi ten pociąg jechał. Piekło rozpętało się dantejskie w jednej sekundzie. Wiadomo było, że z wioski, w której się znajdowaliśmy, nic nie wyjedzie ani nie wjedzie po torach w ciągu najbliższych godzin, opuściwszy pechowy pojazd znalazłam więc numer taksówki i zrobiłam z niego natychmiastowy użytek z nadzieją dotarcia chociaż do najbliższej miejscowości i złapania następnego pociągu na lotnisko. Nadzieja zdechła po dotarciu na stację, akurat 3 minuty po odjeździe wyżej wymienionego.
Z ciężkim sercem zdecydowaliśmy więc że jeśli naprawdę chcemy lecieć (a chcieliśmy), musimy wziąć drugą taksówkę, na same lotnisko. 75 kilometrów. Na całe szczęście napatoczył nam się młodzieniec w identycznej sytuacji, z lotem tylko pół godziny później niż nasz, co uczyniło nieco bardziej znośnym koszt owej wycieczki.
Cała reszta poszła już ulgowo, jeśli pominąć fakt, że Ten zapomniał zabrać walizki z kontroli bezpieczeństwa, a mi pani celniczka pracowicie przełożyła szminki i mascary z kosmetyczki do plastikowego woreczka. Tak było oczywiście dużo bezpieczniej. Trzy godziny lotu spędziliśmy bardzo rozrywkowo rżnąc w kółko i krzyżyk oraz szubienicę w dwóch językach.

A teraz w końcu jest tak:

image

i jedyne, co mnie aktualnie martwi, to te białe paski od innego bikini.

Comments (1) »