O detoksie

Dobra, na tym etapie już chyba nie odpadnę, więc mogę o tym napisać: od wczoraj przeprowadzam trzydniowy detoks. Możliwe że mi odbiło, nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz, ale po tych wszystkich ekscesach zapoczątkowanych Brukselą i frytami z majonezem (oprócz figury, fatalnych dla zamszowej spódnicy), kontynuowanych podczas licznych imprez, wyjazdów i długich weekendów, pod znakiem których uplīnął mi maj, zapragnęłam, zanim z tym skończę, porządnie przepłukać organizm. Początkowo zamierzałam zamówić sobie kurację sokami i przez trzy dni przyjmować do wnętrza wyłącznie płyny, ale od powyższego skutecznie odstraszyła mnie cena, zaczynająca się od skromnych 150 euro. Po starannym przekopaniu internetu znalazłam jednak informację, iż główną i zasadniczą zasadą owego detoksu  jest spożywanie wyłącznie pokarmów o odczynie zasadowym, jako że alkohol, kofeina, biały cukier i podobne trucizny (również mięso i nabiał) znacząco zakwaszają organizm. Czyli, inaczej mówiąc, głównie owoców i warzyw. Na tej samej stronie znalazłam również detalicznie rozpisany trzydniowy plan detoksu do przeprowadzenia w domu, z listą zakupów i przepisami na każdy z trzech dziennych posiłków. Wszystko wydało mi się strasznie proste i w ogóle pikuś, a potrawy brzmiały całkiem smacznie, w poniedziałek wieczorem wykupiłam więc pół warzywniaka i we wtorek czyli wczoraj, z zapałem przystąpiłam do detoksowania. Pierwsza połowa dnia zleciała mi nawet nie wiem kiedy, gdyż musiałam potwornie wcześnie wstać, a tak wcześnie głodna nie bywam, potem zaś byłam zajęta pracą, i w domu znalazłam się około 13.30. Już dość porządnie głodna. W ramach obiadu przygotowałam sobie sałatę, rozpaczliwie biedną, bez żadnego sycącego dodatku, pochłonęłam ową aż do ostatniej pestki słonecznika, którymi wolno mi było ją posypać, i zaczęłam odliczać czas do kolacji. Wkrótce potem zaczęła mnie okropnie, potwornie boleć głowa i trzęsło mnie z zimna. Obydwa objawy są całkowicie normalne i na obydwa byłam przygotowana, w końcu drastycznie obcięłam sobie dostawę kalorii, więc aby odwrócić własną uwagę od powyższego, najpierw obejrzałam 3 odcinki czwartego sezonu The Killing, a potem udałam się na spacer, przy czym okazało się że temperatura na zewnętrzu była o milion stopni wyższa niż (odczuwalna) w moim mieszkaniu. Kolację zamierzałam zjeść około 19.00, więc w okolicach 18.30 zabrałam się za gotowanie. W planie była zupa-krem ze słodkich ziemniaków i banana, z imbirem i ziołami, cudownie rozgrzewająca, która smakowała najczystszą ambrozją, przysięgam! Po zupie prawie zupełnie przeszedł mi ból głowy, więc z nowym optymizmem pogratulowałam sobie pierwszego dnia. Do łóżka udałam się wcześnie, bo i tak już usypiałam na kanapie, nie wiem czy była to wina detoksu, czy wczesnego wstania, faktem jest, że spałam twardo i naprawdę wypoczęłam.

Drugiego dnia, czyli dzisiaj rano, obudziłam się jak nowo narodzona, bez bólu głowy, bez trzęsiawki, oraz bez wielkiego głodu. Na dobry początek strzeliłam sobie szklankę ciepłej wody z cytryną, a potem zabrałam za krojenie owoców na śniadanie. Wielką michę mango, pomarańczy, kiwi i ananasa ledwo dałam radę zjeść i po takim śniadaniu miałam w sobie tyle energii, że wykonałam półgodzinny pilates na nogi i brzuch, i wciąż czułam się świetnie! Dziś pracowałam po południu, „obiad” musiałam więc zjeść przed pracą, stosunkowo wcześnie, i wiedziałam że będzie mi ciężko wytrzymać do kolacji. Tym bardziej że owy obiad stanowiło zielone smoothie z roszponki, ogórka, jabłka, awokado i pietruszki. Uggggh. Jak dotąd jedyna potrawa, która wzbudziła mój dość średni entuzjazm, ale nie wybrzydzałam. Pół litra gęstego przecieru napełniło mi żołądek na dłużej niż myślałam, po południu poratowałam się dwoma waflami ryżowymi (dozwolone w przypadku wielkiego głodu) i do kolacji dotrwałam bez żadnych nieprzyjemnych objawów. Wręcz przeciwnie – czułam się trochę jakby w moim smoothie znajdowała się jakaś niedozwolona substancja, wypełniała mnie wręcz euforia i miałam uczucie unoszenia się nad ziemią. (W przenośni, spokojnie.) Dziś na kolację była kolejna pyszna zupa-krem, tym razem z kalarepy i ziemniaka, zaprawiana masłem migdałowym. (Bajdełej, absolutne odkrycie roku to masło migdałowe! Drogie jak piorun, ale jakie pyszne!!!!) Kalarepę miałam sporą i możliwe że dlatego ledwie udało mi się opróżnić miskę, mimo porządnego głodu. I niniejszym gratuluję sobie dnia drugiego, co do jutra, mam mieszane uczucia, z jednej strony jestem dobrej myśli, bo jadłospis prezentuje się nieźle, na śniadanie mam nawet nieco płatków owsianych, ale z drugiej obawiam się faktu że jutro święto, Ten będzie w domu, czy zdołam oprzeć się pokusom? Stay tuned, bo nie omieszkam o tym napisać 🙂

image

Obiad

Reklamy

komentarze 3 so far »

  1. 1

    Zaintrygował mnie ten detox 🙂 mogłabyś napisać dokładniej jak to wygląda? Albo może jakiś link?
    Dzielna jesteś 🙂

  2. 2

    Mariposanegra said,

    No wygląda tak jak napisałam: przez trzy dni spożywasz wyłącznie produkty o odczynie zasadowym, czyli prawie same owoce i warzywa, do południa owoce po południu warzywa. Trzy posiłki, śniadanie i obiad w formie surowej, albo sałatki albo smoothie, kolacja w formie zupy kremu. Absolutnie zakazana jest kofeina, nikotyna, alkohol, cukier i produkty mleczne. Do picia tylko woda i herbatki ziołowe (bez teiny). I tyle 🙂 linkiem mogę posłużyć, ale niestety wyłącznie w języku niemieckim.


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: