Archive for Czerwiec, 2015

O przyszłym upale i przeszłej katastrofie

Juhu, wreszcie mogę ponarzekać na upały! (W sumie to mi się nie zdarza, ale zapowiadane 37 stopni na weekend to może być COŚ.) Oraz muszę publicznie przysiąc że już nic nie kupię na wyprzedażach, bo w ubiegłym tygodniu coś mi się palec zakleszczył na numerze karty kredytowej i nagle mam mnóstwo letnich sukienek. Nawet dobrze się składa, nie powiem.

W sobotę natomiast po raz pierwszy w życiu nie udał mi się wypiek. Zapragnęłam mianowicie upiec szalenie zdrowe ciasto czekoladowe, bez mąki i bez cukru, na bazie czerwonej fasoli. I nie wiem czy tej fasoli dałam za dużo (w przepisie była dużą puszka, ja miałam dwie małe, wagowo faktycznie trochę więcej), czy słodzącego zagęszczanego soku z agawy za mało, czy też może jedno i drugie, faktem jest jednakże że ciasto wyszło zupełnie nieciekawe w smaku, fasola przebijała się ordynarnie przez czekoladę, a na domiar nieszczęścia za wcześnie je wyjęłam i było niedopieczone ORAZ przykleiło się do formy i za chińskiego boga nie chciało wyleźć. Jednym słowem katastrofa na całej linii.

Tymczasem idę nalać sobie wina białego schłodzonego i usiąść na balkonie, bo mamy 26 stopni o godzinie 21.31.

Leave a comment »

O zwrotach akcji

Nie piszę, bo przeżywam nieoczekiwane zwroty akcji.

Zupełnie jak z zeszłym roku w kwestii mieszkania, tak teraz w kwestii pracy przeszłam od zniechęconego walenia głową w mur do patrzenia w oszołomieniu, jak otwierają się przede mną całkiem nowe możliwości („-Chcesz wziąć też niemiecki dla studentów ekonomii?” „-Eeee, raczej niekoniecznie, nie wiem czy będę wiedziała czego właściwie ich uczę, ekonomia to dla mnie trochę jak chiński…” „-Zrobisz jak uważasz, ale możliwość masz – DOBRZE CI RADZĘ, podszkol się z tej ekonomii, masz całe lato, z czasem się wyspecjalizujesz w temacie i nikt cię nie ruszy, dobrze jest umieć coś, czego inni nie potrafią…”). Więc na razie kiwam głową na wszystko, ciągle w oszołomieniu, bo pewnie druga taka okazja już się nie nadarzy, mówię że tak, że dobrze, że pasuje mi w przyszłym tygodniu, latam na spotkania i usiłuję odsunąć panikę na wrzesień, kiedy to SIĘ ZACZNIE. I tylko sny nie bardzo chcą słuchać, już teraz przeżywam w nich wszystkie możliwe kataklizmy i trzęsienia ziemi.

Zanim jednak SIĘ ZACZNIE, dokładnie za 6 tygodni i jeden dzień, zamierzam zrobić użytek z nabytego dzisiaj bileciku do Malagi. Prawie dwa tygodnie sierpnia zamierzam leżeć do góry brzuchem na leżaku, tudzież ręczniku, chłonąć słoneczne promienie i jeść krewetki. Oraz zabrać ze sobą wszystkie letnie ubrania i przebierać się trzy razy dziennie (tym bardziej, że kupiłam sobie trzy letnie kiecki i jeden bardzo letni top. Dodam, że aktualnie od dwóch dni, punktualnie z nadejściem lata, leje jak z cebra, a temperatura spadła do 13 stopni. Ale kiecki piękne.)

A. Oglądał ktoś już nowych detektywów?

Comments (1) »

O babysittingu i pilatesie

W piątek doznałam zupełnie nowych dla siebie doświadczeń, a mianowicie zostałam poproszona o opiekę nad TRÓJKĄ dzieci mojej koleżanki Justyny. A tak, całą trójką naraz, w wieku lat 8, 4 i 1. Zgodziłam się oczywiście bez wahania, gdyż żeby odwdzięczyć się Justynie za to, co dla mnie zrobiła, nie wystarczyłby nawet rok opieki nad jej dziećmi, a co tu mówić o półtorej godzinki, i jak w końcu machałam im na pożegnanie po zakończonym zadaniu, brudna, na spódnicy od bucików roczniaka, na reszcie od rączek jedzącej loda czterolatki, rozczochrana od wczepiających mi się we włosy rączek, niepewna, jakim językiem właściwie mówię (wszystkie dzieci rozumieją po polsku, ale tylko najstarsza nim mówi), wyraźnie poczułam, że nie mogę jeszcze iść do domu, a uspokoić mnie może jedynie rundka po sklepach. (Nawet nie wiem, który to już haftowany boho kaftan w mojej szafie, ale zwariowałam zupełnie na ich tle i wiem że nie jest to miłość na jedno lato.) Późnym wieczorem, kiedy usiłowałam się wygodnie ulokować w łóżku w celu czytać, odkryłam wielkiego guza z tyłu głowy, którego nabiłam sobie byłam, wyrżnąwszy łbem w mini bramkę do futbolu przy wywlekaniu z niej małego, i prostując się odrobinkę za wcześnie.

Nieobecność Tego przez cały weekend nie zmartwiła mnie więc wcale, rozbiłam sobie obóz na balkonie, zaopatrzyłam w zapasy potraw i napojów, zrelaksowałam się maksymalnie, nieco opaliłam, prawie skończyłam ponad 700 stronicową książkę, którą męczę od miesiąca, a balkon opuszczałam wyłącznie, aby wykonać rundkę pilatesu. Jestem bowiem obecnie śmiertelnie zakochana w pilatesie, od dnia, kiedy nadwyrężone detoksem zapasy energii zmusiły mnie do poszukania czegoś low impact, praktycznie nie podniosłam żadnego ciężaru, kładę się na matę z prawdziwą rozkoszą i jednocześnie myślę, że gdyby nie te miesiące podnoszenia ciężarów, nie miałabym teraz siły na wykonywanie najtrudniejszej wersji każdego z ćwiczeń. Ciężary jednak sumiennie podnosiłam, mięśnie mam silniejsze niż kiedykolwiek i bardzo podoba mi się ta walka przeciwko mnie samej, której wymaga pilates.

Odnośnie czekania na mejla, to owszem, doczekałam się, aczkolwiek z zupełnie innej strony i z zupełnie inną treścią, na razie jestem równie niepewna, jak miesiąc temu, natomiast znacznie więcej przerażona ogromem nadchodzących możliwycgh zmian, i mam nadzieję wkrótce móc napisać coś konkretnego.

Leave a comment »

O tym że jestem najgłupszą istotą tej planety

Pamiętacie jak prawie kupiłam sobie laptopa z windowsem? Bo w pracy jedna rzecz mi działała tylko pod Internet Explorerem? I jak przeżyłam niewyobrażalne zgryzoty na tle zakupów w Media Markcie? Otóż po kupnie laptopa z windowsem, zwrocie laptopa z windowsem, zakupie maka oraz pożyczeniu od Sety prastarego laptopa z windowsem i kilku ciężkich chwilach przy próbach używania owego, odkryłam, że wyżej wymieniona jedna rzecz działa również pod Safari. Serio. A stało to jak byk, napisane na tej samej checkliście, na której wyczytałam informację o IE. Zaraz w następnym zdaniu. Taka jestem głupia!

A pamiętacie jak kupiłam bawełniany top, którego nie można było prać? Więc wyprałam go bardzo ostrożnie w rękach i nic mu się oczywiście nie stało, z czego bardzo się ucieszyłam, po czym poplamiłam go czerwonym winem, potraktowałam odplamiaczem, brutalnie wyprałam w pralce,  a on w dalszym ciągu wygląda tak jak przed praniem. Nie wiem czy nie powinnam zmienić zdania o czytaniu metek, a może i czytaniu w ogóle…

Leave a comment »

O detoksie ciąg dalszy

Zgodnie z przewidywaniami ostatni dzień okazał się z jednej strony łatwy, a z drugiej trudny. (Prawdopodobnie zresztą jak wszystko inne w życiu.) Jedno jest pewne, jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na powtórzenie tego doświadczenia, upewnię się przedtem, że nie wejdzie mi w paradę żadne święto, żaden weekend, ani żadne inne wodzenie na pokuszenie. Tym razem zupełnie nie pomyślałam, co od razu się zemściło, gdyż nie mogłam ani napić się winka z Tym na balkonie w środowy wieczór, mimo pięknej pogody i niekonieczności wstawania rano dnia następnego, a w same Boże Ciało, które postanowiliśmy spędzić w Maastricht, nie mogłam pójść ani na piwo, ani na lody ani na frytki, ani w ogóle na nic, bo w charakterze obiadu, który spożyliśmy w parku, sama sobie nie wierząc, zaserwowałam sobie pokrojone w paski SUROWE WARZYWA. Przygotowane w domu i przytargane w plastikowym pojemniku. Choć teraz sama sobie nie wierzę, tamtego dnia nawet nie pomyślałam, że mogłabym się złamać, pojemnik z surowymi warzywami popity wodą był wprawdzie w zaistniałych okolicznościach ciężką karą, ale również jedyną dostępną opcją. W torebce miałam również wafle ryżowe, ale wcale nie musiałam po nie sięgać, Wielki Głód mnie nie dopadł. Po dotarciu do domu przygotowałam sobie kolejną pyszną zupkę, tym razem paprykową ze słodkim ziemniakiem, i spać poszłam syta, z uczuciem błogiego zadowolenia, dumy z samej siebie i przede wszystkim radości że już koniec.

W piątek wciąż nie byłam głodna, na śniadanie mimo możliwości jedzenia WSZYSTKIEGO, zapodałam sobie smoothie z resztek i odrobinę płatków owsianych, wciągu dnia zjadłam niewiele i wieczorne piwo, które smakowało mi jak NIGDY, zaowocowało takim kacem, jakbym wypiła go co najmniej trzy cysterny, a nie trzy niewielkie szklaneczki.

Więc nie wiem.

Ale pewnie i tak to powtórzę.

 

Leave a comment »

O detoksie

Dobra, na tym etapie już chyba nie odpadnę, więc mogę o tym napisać: od wczoraj przeprowadzam trzydniowy detoks. Możliwe że mi odbiło, nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz, ale po tych wszystkich ekscesach zapoczątkowanych Brukselą i frytami z majonezem (oprócz figury, fatalnych dla zamszowej spódnicy), kontynuowanych podczas licznych imprez, wyjazdów i długich weekendów, pod znakiem których uplīnął mi maj, zapragnęłam, zanim z tym skończę, porządnie przepłukać organizm. Początkowo zamierzałam zamówić sobie kurację sokami i przez trzy dni przyjmować do wnętrza wyłącznie płyny, ale od powyższego skutecznie odstraszyła mnie cena, zaczynająca się od skromnych 150 euro. Po starannym przekopaniu internetu znalazłam jednak informację, iż główną i zasadniczą zasadą owego detoksu  jest spożywanie wyłącznie pokarmów o odczynie zasadowym, jako że alkohol, kofeina, biały cukier i podobne trucizny (również mięso i nabiał) znacząco zakwaszają organizm. Czyli, inaczej mówiąc, głównie owoców i warzyw. Na tej samej stronie znalazłam również detalicznie rozpisany trzydniowy plan detoksu do przeprowadzenia w domu, z listą zakupów i przepisami na każdy z trzech dziennych posiłków. Wszystko wydało mi się strasznie proste i w ogóle pikuś, a potrawy brzmiały całkiem smacznie, w poniedziałek wieczorem wykupiłam więc pół warzywniaka i we wtorek czyli wczoraj, z zapałem przystąpiłam do detoksowania. Pierwsza połowa dnia zleciała mi nawet nie wiem kiedy, gdyż musiałam potwornie wcześnie wstać, a tak wcześnie głodna nie bywam, potem zaś byłam zajęta pracą, i w domu znalazłam się około 13.30. Już dość porządnie głodna. W ramach obiadu przygotowałam sobie sałatę, rozpaczliwie biedną, bez żadnego sycącego dodatku, pochłonęłam ową aż do ostatniej pestki słonecznika, którymi wolno mi było ją posypać, i zaczęłam odliczać czas do kolacji. Wkrótce potem zaczęła mnie okropnie, potwornie boleć głowa i trzęsło mnie z zimna. Obydwa objawy są całkowicie normalne i na obydwa byłam przygotowana, w końcu drastycznie obcięłam sobie dostawę kalorii, więc aby odwrócić własną uwagę od powyższego, najpierw obejrzałam 3 odcinki czwartego sezonu The Killing, a potem udałam się na spacer, przy czym okazało się że temperatura na zewnętrzu była o milion stopni wyższa niż (odczuwalna) w moim mieszkaniu. Kolację zamierzałam zjeść około 19.00, więc w okolicach 18.30 zabrałam się za gotowanie. W planie była zupa-krem ze słodkich ziemniaków i banana, z imbirem i ziołami, cudownie rozgrzewająca, która smakowała najczystszą ambrozją, przysięgam! Po zupie prawie zupełnie przeszedł mi ból głowy, więc z nowym optymizmem pogratulowałam sobie pierwszego dnia. Do łóżka udałam się wcześnie, bo i tak już usypiałam na kanapie, nie wiem czy była to wina detoksu, czy wczesnego wstania, faktem jest, że spałam twardo i naprawdę wypoczęłam.

Drugiego dnia, czyli dzisiaj rano, obudziłam się jak nowo narodzona, bez bólu głowy, bez trzęsiawki, oraz bez wielkiego głodu. Na dobry początek strzeliłam sobie szklankę ciepłej wody z cytryną, a potem zabrałam za krojenie owoców na śniadanie. Wielką michę mango, pomarańczy, kiwi i ananasa ledwo dałam radę zjeść i po takim śniadaniu miałam w sobie tyle energii, że wykonałam półgodzinny pilates na nogi i brzuch, i wciąż czułam się świetnie! Dziś pracowałam po południu, „obiad” musiałam więc zjeść przed pracą, stosunkowo wcześnie, i wiedziałam że będzie mi ciężko wytrzymać do kolacji. Tym bardziej że owy obiad stanowiło zielone smoothie z roszponki, ogórka, jabłka, awokado i pietruszki. Uggggh. Jak dotąd jedyna potrawa, która wzbudziła mój dość średni entuzjazm, ale nie wybrzydzałam. Pół litra gęstego przecieru napełniło mi żołądek na dłużej niż myślałam, po południu poratowałam się dwoma waflami ryżowymi (dozwolone w przypadku wielkiego głodu) i do kolacji dotrwałam bez żadnych nieprzyjemnych objawów. Wręcz przeciwnie – czułam się trochę jakby w moim smoothie znajdowała się jakaś niedozwolona substancja, wypełniała mnie wręcz euforia i miałam uczucie unoszenia się nad ziemią. (W przenośni, spokojnie.) Dziś na kolację była kolejna pyszna zupa-krem, tym razem z kalarepy i ziemniaka, zaprawiana masłem migdałowym. (Bajdełej, absolutne odkrycie roku to masło migdałowe! Drogie jak piorun, ale jakie pyszne!!!!) Kalarepę miałam sporą i możliwe że dlatego ledwie udało mi się opróżnić miskę, mimo porządnego głodu. I niniejszym gratuluję sobie dnia drugiego, co do jutra, mam mieszane uczucia, z jednej strony jestem dobrej myśli, bo jadłospis prezentuje się nieźle, na śniadanie mam nawet nieco płatków owsianych, ale z drugiej obawiam się faktu że jutro święto, Ten będzie w domu, czy zdołam oprzeć się pokusom? Stay tuned, bo nie omieszkam o tym napisać 🙂

image

Obiad

3 komentarze »