Archive for Kwiecień, 2015

Jeszcze o przedmiotach martwych acz złośliwych

No to namieszałam z tym laptopem, aż się dziwię że tak mi ładnie wyszło

Już w niedzielę wieczorem, jak mi zaczęły wyskakiwać jakieś idiotyczne okienka, wydając przy tym dźwięki, jak chciałam wetkąć płytę i szukałam jak by tu otworzyć tę prymitywną szufladę, i jak ją w końcu wetknęłam, i zamiast otworzyć się odpowiedni program i zacząć odtwarzać płyty zawartość, wyskoczyły mi jakieś multimediacośtamcośtam, poczułam wyraźnie i dokładnie, że ja tego laptopa NIE CHCĘ. Nie chcę, nie mogę, on nigdy nie będzie mój, i w ogóle chętnie dopłacę, przepłacę za jabłko, ale ja chcę Maka i już.

Ten przyjął tę decyzję z ulgą, chociaż jest antymak, możliwe że miał dość różnych moich zdań, zaczynających się od: „Bo w maku…”

W poniedziałek zapakowaliśmy więc acera w jego kartonik, i we wtorek po pracy udałam się do Mediamarktu w celu oddać acera i zamówić Macbooka Air. A tam bardzo antypatyczny pan z wąsem, spoglądając z góry na mą małość, z włosami w myckę, twarzą bez makijażu, trampkach na stopach, z wyższością oznajmił mi że nic z tego, że karton jest otwarty, a laptop został użyty, więc nie jest nowy, a zwroty produktu tylko nowego i w opakowaniu oryginalnym. Głupia jaka jestem, probowałam wprawdzie dyskutować, ale Wąsaty uciął w zarodku moje argumenty, oznajmił, że tak się sprawy mają, a nie inaczej, i odwrócił się na pięcie, a ja jak niepyszna wróciłam do domu, prawie łykając łzy.

Kiedy historię mojej porażki usłyszał Ten, zakipiał w nim andaluzyjski temperament, a właściciel temperamentu oświadczył że jutro, czyli wczoraj pójdzie on. I zażąda widzenia z szefem.

I rzeczywiście. Ten oczywiście postąpił dużo bardziej strategicznie, włożył swój camelowy płaszcz, który gonił po calych Wyspach Kanaryjskich, a który znalazł w końcu w Kolonii, kiedy z Wysp wróciliśmy, i w którym świat leży mu u stóp, wzrostem niczym Wąsatemu nie ustępował, poszedł, i po wysłuchaniu tej samej przemowy, którą wysłuchałam ja dnia poprzedniego, spokojnie poprosił o nazwisko pana i rozmowę z szefem. Po czym wyszedł po 15 minutach z plikiem banknotów, równowartością laptopa, w kieszeni i triumfalną pieśnią na ustach.

W przyszłym tygodniu kupuję Maka. Na pewno nie w Mediamarkcie.

Leave a comment »

O niechęci do przedmiotów martwych

Odgrażałam się już od dłuższego czasu, ale wczoraj w końcu nadszedł ten dzień, postąpiłam ROZSĄDNIE i zakupiłam laptopa z windowsem. (Tak, upieram się że decyzję podyktował mi rozsądek, nie chciałam wydawać fortuny za dizajn i jabłko, zakupiony acer jest solidnym komputerem o świetnych parametrach,  a do obecnej pracy niestety potrzebuję internet explorera.)

No i przywlokłam go do domu, usiłując symulować radość, z obrzydzeniem popatrzyłam na idiotyczne aplikacje w windowsie osiem, skonfigurowałam to i owo, po czym zapragnęłam obecności Tego przy wyżej wymienionych działaniach, zabrałam kabel i udałam się do salonu, gdzie Ten oglądał telewizję. Usiadłam obok niego na kanapie, wetknęłam wtyczkę do kontaktu, i w tym momencie Ten przestał oglądać telewizję. Bo telewizor zrobił PLOF, po czym zgasł, i już się nie włączył.

Nie wiem co się dokładnie stało, ani dlaczego, ale jeśli przed tym PLOF byłam jeszcze w stanie rozwinąć jakieś ciepłe uczucia do tego laptopa, to po nim stało się to zupełnie niemożliwe. Ja nawet nieszczególnie chętnie oglądam telewizję i chwilowy brak odbiornika jest mi całkowicie obojętny, ja po prostu nieuleczalnie się do ustrojstwa uprzedziłam.

Hm, myslałam że tylko z ludźmi tak mam.

Leave a comment »

O czekaniu na mejla

Od wczoraj czekam na mejla. Czekam intensywnie, w napięciu, z duszą na ramieniu i niepewnością w sercu. Najgorsze, że dostałam mejla zapowiadającego mejla na którego czekam, i owa zapowiedź spowodowała wyżej wymienione, nad wyraz nieprzyjemne uczucia. Bo co będzie jak mejl nie przyjdzie? Albo nie przyniesie pożądanych efektów? Sama żadnego wysłać nie mogę, to pewne, różne osoby zrobiły już dla mnie ile mogły, teraz tylko zostaje CZEKAĆ. Jedna z moich najmniej ulubionych czynności, szlagbyto.

PS I pomyśleć że nietakdawno temu czekałam na mejle od facetów!… Phi! Tamto czekanie to było NIC.

Leave a comment »

O polsko- hiszpańskim weselu

W Małopolsce i na Podkarpaciu było wściekle zimno. W dniu polsko-hiszpańskiego wesela lodowaty wiatr siekł gradowymi kulkami eleganckie hiszpańskie panie z nierzadko gołymi nogami. Samo polsko – hiszpańskie wesele bardzo bardzo, hiszpański pan młody dzielnie powtarzał za księdzem ze nie opuści małżonki aż do śmierdzi, za to polski wodzirej utrzymywał uparcie że panu młodemu na imię Georgio, faktyczny Gregorio nie chciał mu przejść przez gardło, aż w końcu zgodził się na swojskiego Grzesia. Nie bardzo było wiadomo kiedy co jeść, bo na stole stały i zimne przekąski i ciasta, dla Hiszpanów rzecz niepojęta, oraz wyraźnie widać było nieobecność piwa. Picie wódki z kieliszka na początku zostało potraktowane z dużą nieufnością, potem z rosnącym entuzjazmem.

Osobiście bawiłam się świetnie, głównie dlatego że sama wszystko i wszystkich rozumiałam, hiszpański pan młody przyjmował wszystko ze stoickim spokojem, chodził od stolika do stolika i spełniał toasty.

Wróciliśmy wczoraj w nocy, oboje mocno przeziębieni, a Ten do tego z wyraźną awersją do wódki.

image

W oczekiwaniu na autobus.

image

Ten i jego kumple. Cóż za napad elegancji!

image

Wreszcie można zdjąć płaszcz i nie marznąć!

Leave a comment »

O tuczącym jedzeniu

W sobotę Ten zaprosił Helenę i Setę na brownie. Przedtem zrobił brownie. Oraz kupił litr lodów waniliowych i bitej śmietany, do towarzystwa dla brownie. Helena i Seta nie wołoduchy, wszystkiego nie zjedli, wobec czego resztki produktów zostały do poniedziałku.

W poniedziałek wieczorem Ten rzekł:

T: Chcesz trochę lodów?
Ja: No nie wiem… Lody tuczą.
T: Ty, zobacz jaka jesteś, ja przynajmniej zjadłem całe brownie, co zostało, ty nic nie zjadłaś!.. Nie bądź świnia, wykończ przynajmniej bitą śmietanę!
Ja: Zwariowałeś? Mam otworzyć buzię i wstrzyknąć do niej bitej śmietany???
T (z zatroskaną miną): Ja tak wczoraj zrobiłem…

Kurtyna.

Leave a comment »

O problemach pierwszego świata

Dziś sobota, imieniny kota, i w związku z tym przeleciałam się odrobinę ze szmatą przez chałupę, nie żeby przesadnie, tak po wierzchu raczej, i podczas przelatywania zgubiłam leżące na kuchennym stole podkładki pod talerze. Zdjęłam je w celu wytrzeć stół, i nie wiem gdzie położyłam. Możliwe że byłam nieco rozproszona, bo podczas wycierania pisałam z Heleną na temat torebki do mojego outfitu na wesele (które jest już w przyszłym tygodniu!), i dużo bardziej interesowały mnie zdjęcia jej złotych torebek, ewentualnie pasujące do moich widzianych jak na razie jedynie na zdjęciu złotych butów, niż kuchenny stół i teraz jestem bardzo ciekawa, gdzie te podkładki się w końcu znajdą.

A poza tym to się przeziębiłam, bo wczoraj było 22 stopnie i nieopatrznie wyszłam w dość odkrytych butach na gołe stopy. Nie było mi wcale zimno, w żadnym razie, i mimo to kicham dziś tak, że chałupa się trzęsie, a smarkam jeszcze lepiej. Ale wiosnę można uznać za obecną. 

A wracając do wesela, to gryzę się okropnie rajstopami, bo nie wiem czy czarne kryjące, czy tak zwane cieliste, udające że ich w ogóle nie ma, których bardzo nie lubię. Najlepiej byłoby oczywiście bez żadnych rajsop, bo buty są piptołami, ale tego się po pierwsze po pogodzie nie spodziewam, a po drugie nie jestem pewna czy baz rajsop to czasem nie nieelegancko. Mimo to absolutnie nie może być zimno, bo mój strój nie przewiduje żadnego żakietu ani nic z tych rzeczy. Problemy pierwszego świata, ot co.

Leave a comment »

O turystyce piwnej i zimnie

To wróciłam. Podróże do Belgii, albo przynajmniej do Antwerpii, śmiało można nazwać turystyką piwną, gdyż zabytki da się tam oskoczyć w kilka godzin, natomiast zwiedzić wszystkie kultowe, nastrojowe bary i wypić tam chociaż po jednym absolutnie wyjątkowym piwie, to jest zupełnie inna sprawa. Dość szkodliwa dla zdrowia i dla figury. Ale ja się pytam – CO INNEGO można robić przy temperaturze pięciu stopni i wściekłej wichurze??? Oraz mżawce??? Wierzcie mi, zwiedzanie barów jest o wiele bardziej atrakcyjne niż zwiedzanie kościołów. Oraz o wiele cieplejsze.
Abstrahując od piwa i zimna, te czterodniowe miniwakacje zrobiły nam doskonale – w Antwerpii zatrzymaliśmy się w przepięknym B&B, właściciel, Erik, robił nam sniadanko na zamówioną godzinę, wreszcie zdołałam się WYSPAĆ i wyłączyć, nie myśleć o przyszłości ani o stresie, tylko o tym co włożę żeby dobrze wyglądać na zdjęciach (i nie zamarznąć), co wszystko razem ogólnie nazywa się chyba odpoczęciem.

image

image

Leave a comment »