Archive for Luty, 2015

O panice i wątpliwej pociesze

Moja nowa praca rozpoczyna się już w poniedziałek (nie jutro, w kolejny), więc uważam że czas najwyższy wpaść w rzetelną panikę. Miałam sporą przerwę w uprawianiu zawodu nauczycielskiego, przynajmniej w konwencjonalnym pojęciu, a zajęć ze studentami, z których każdy ma inny język ojczysty, a jedynym wspólnym jest język, którego mam ich nauczyć, czyli niemiecki, nie prowadziłam NIGDY. Poza tym oprócz nowej pracy będę wciąż chodziła do starej pracy, nie wiem czy starczy mi czasu na sen, nie wiem czy ze wszystkim dam radę, i jestem z jednej strony pozytywnie podekscytowana, bo ZAWSZE chciałam uczyć międzynarodowych studentów, a z drugiej bardzo porządnie zestrachana. Bardzo.
Nikłym pocieszeniem jest mi fakt, że ubierając się ostatnio na proszoną kolację u znajomych, a raczej stojąc w bieliźnie przed otwartą szafą, z rozgoryczeniem spojrzałam na BARDZO STARĄ skórzaną bordową spódnicę, pomyślałam, że KIEDYŚ było mi w niej wygodnie i mogłam się ruszać, masochistycznie zdjęłam ją z wieszaka i przymierzyłam, i otóż ZNÓW było mi wygodnie i mogłam się ruszać! Po owej kolacji jednakże wrażenie ustąpiło, więc tak jak mówię, pociecha to bardzo wątpliwa…

Reklamy

Comments (1) »

O Walentynkach

Odkrycie, jakiego dokonałam tu na blogu, za sprawą Jagi zdaje się, a mianowicie, że święty Walenty jest patronem wariatów, ma nieustający acz znaczący wpływ na moje życie. Ten zwariował bowiem na tle rowerów wyścigowych, postanowił nabyć takowy na tegoroczny triathlon, postanowienie zrealizował przy finansowej pomocy całej rodziny, udzielonej z okazji minionych świąt, ponad miesiąc spędził porównując, konsultując się z bardziej doświadczonymi kolegami triathlonistami, gapiąc się na zbliżenia różnych rowerowych detali, aż wreszcie tydzień temu wielka paczka z rowerem w kawałkach i histerycznym napisem FRAGILE! w końcu nadeszła z Wielkiej Brytanii, a sobotę, Walentynki czyli, Ten uznał za doskonały dzień do samodzielnego montażu jednośladu.

(Należy zauważyć, że do licznych zalet Tego nie należą niestety wybujałe zdolności manualne. Do wad natomiast, bardzo szybkie zniecierpliwienie i napady średnich rozmiarów furii.)

Osobiście próbowałam wziąć się za wielką stertę prasowania, uznawszy, że dopóki czegoś nie zmontuje, Ten będzie stracony dla świata, i proszę mi wierzyć, że na jedną koszulę potrzebowałam jakichś czterdziestu minut, przy czym czterdzieści razy trafił mnie szlag, gdyż wołał mnie do pomocy w równych odstępach czasu, akurat kiedy zdążyłam wrócić do deski, pokręcić pokrętłem żelazka i wykonać dwa posunięcia po koszuli. Dokładnie wtedy następował wrzask, ja się wzdrygałam, kręciłam pokrętłem w stronę przeciwną, mruczałam przekleństwa pod nosem i szłam. Najczęściej coś trzymać. Najczęściej źle. Nierówno, albo krzywo.

Możliwe, że skończyliśmy razem, ja stertę, on montować, i wtedy mogliśmy przystąpić do świętowania drugiego zakresu działalności świętego Walentego. A teraz chodzi i co jakiś czas zagląda do pokoju z rowerem, napawa się widokiem, i daje mu buziaczki w ramę.

Leave a comment »

O tym co mi dzisiaj wyszło

Wyszło mi dzisiaj, że mój związek bazuje na gigantycznym oszustwie. A mianowicie, Ten NIE WIE, że kolor włosów, jakim obdarzyła mnie natura, jest niezupełnie tym samym, jaki noszę na głowie od dobrych 10 lat. (A wyszło mi tak, bo właśnie byłam u fryzjera.)

I tak sobie myślę, że faceci, to naprawdę jakąś dla mnie niepojętą percepcję mają, bo ni huhu nie pojmuję, jak można NIE WIDZIEĆ tego potwornego, ogromnego, ziejącego i straszącego odrostu, jaki ostatnio widniał na mojej głowie. Oni to chyba jakoś tak patrzą globalnie, te same co zawsze oczy, nos, cycki i tyłek, moja kobita znaczy się.

(Swoją drogą ustabilizował mi się absolutnie genialny sposób farbowania: na całości dość ciemny blond, a na czubku, na zewnętrznej warstwie, niewielka ilość bardzo jasnych pasemek. Przy czym pasemka co drugie farbowanie. W ten sposób nie niszczę kłaków ciągłym rozjaśnianiem, kolory są na tyle wymieszane, że mój naturalny, kiedy zaczyna się pojawiać, nie rzuca się tak bardzo w oczy, i do fryzjera chodzę co jakieś trzy miesiące.)

I tak bardzo bardzo się cieszę, że zostawiłam za sobą (oby na zawsze) studenckie czasy bez złamanego grosza przy duszy, kiedy to szlag na tle odrostu trafiał mnie niespodziewanie, w celach oszczędnościowych kupowałam farbę, ze zgrozą kontemplowałam efekt samodzielnych wyczynów (najczęściej pomarańczowe bądź żółte plamy, albo odrost kolorem niewiele mający wspólnego z resztą), i mimo braku środków i tak biegiem leciałam do fryzjera. Tak tak, nigdy boleśniej nie odczułam na własnej skórze przysłowia że chytry dwa razy traci…

Comments (1) »

O kapuścianej jeździe

Doprawdy, czasy, kiedy człowiek dobrze się bawił po prostu pijąc przez cały dzień, powinnam mieć już dawno za sobą, i nawet myślałam że mam i prawie zostałam w domu, ale świecące za oknem słońce mnie przekonało i jednak wzięłam udział w importowanej północnoniemieckiej tradycji o nazwie Kohlfahrt, i nie żałuję.

Kohlfahrt czyli kapuściana jazda nazywa się właśnie tak od tradycyjnego jedzenia serwowanego po zakończeniu trasy, a mianowicie jarmużu (po niemiecku Grünkohl czyli zielona kapusta) z ziemniakami i kiełbaskami. Zanim jednak można wciągnąć słuszną porcyjkę tego specjału należy spędzić całą grupą kilka godzin na zewnątrz, koniecznie w zimie, koniecznie w jakimś leśnym terenie (oryginalnie, na północy, głównie na wszechobecnym trawiastym  wale) z uwieszonymi na szyi kieliszkami, ciągnąc za sobą wózeczek z zapasem piwa oraz sznapsa (na przykład tego, mniam!) i zatrzymując się co jakiś czas w celu odbycia jakiejś gry, typu rzucanie ziemniakiem do ustawionej na środku butelki, drużyna przeciwna do rzucającej musi podbiec i z powrotem ją ustawić, przez ten czas drużyna rzucająca może pić piwo. Wygrywa drużyna, która jako pierwsza nie ma już piwa. Niezwykle ambitne, ale naprawdę zabawne, szczególnie gdy ziemniak upadnie na ulicę i natychmiast zostaje przejechany na miazgę przez co najmniej trzy samochody. I tak przez cały dzień, aż się ściemni. Na północy, gdzie jest to wszystkim znane i namiętnie uprawiane, na jedzenie jarmużu wynajmuje się knajpę, a nierzadko i didżeja na wieczór, w celu bawić się dalej w cieple, ale my musieliśmy się zadowolić ugotowaniem wielkiego gara potrawy wcześniej, i odgrzaniem jej po zlądowaniu w kwaterze głównej organizatorów całej zabawy.
Było naprawdę bardzo fajnie, aczkolwiek zimno jak piorun, i chętnie bym kiedyś wzięła udział w północnoniemieckim oryginale!

Leave a comment »

O tym że mężczyźni to coś takiego że w ogóle brak słów

Wiecie, dzisiaj poczułam pierwszy raz że mam więcej siły w łapie. A wiecie przy jakiej czynności? Przy łupaniu orzechów. Włoskich. Bez dziadka. I wyciskaniu soku z pestek granatów. Gołymi rękami. I ucieranie szafranu z cukrem. Łyżeczką. A wiecie dlaczego to wszystko? Bo Ten zapragnął przygotować samodzielnie potrawę, którą zajadamy się namiętnie w perskiej restauracji, a mianowicie kurczaka duszonego w sosie z granatów i orzechów włoskich. Tak. Więc znalazł przepis, przeczytał listę składników i zrobił zakupy, nie wdawawszy się w czytanie treści i przetwarzanie informacji, nie pomyślawszy, że orzechy można kupić już łuskane, że nie wspomnę o opcji orzechów ŁUSKANYCH I MIELONYCH, że granaty stoją wprawdzie na liście składników, ale tak naprawdę potrzebny jest z nich sok, a od jednego do drugiego droga jest daleka, szczególnie bez pomocy wyciskarki do cytrusów (każdy z czterech granatów należało przeciąć na ćwiartki, po czym w każdą ćwiartkę walić drewnianą łyżką żeby wypadły pestki, a potem te pestki wyciskać i przecedzać) i że do ucierania cholernego szafranu potrzebny jest MOŹDZIERZ!!!!!

(W życiu nie posiadałam moździerza.)

Teraz potrawa siedzi w piecu, wygląda podejrzanie, cała kuchnia jest w czerwonych bryzgach, a pestki granatów zgrzytają pod nogami, na zmianę z łupinami orzechów. A, w kciuku mam dziurę, za sprawą takoż orzechów.
A najlepszy ze wszystkiego jest fakt, że podobno TO JA chciałam koniecznie  ugotować owego kurczaka, a Ten dokonał wyżej wymienionych zakupów i zmusił mnie do katorżniczej pracy ABY SPRAWIĆ MI PRZYJEMNOŚĆ.

Leave a comment »