Archive for Grudzień, 2014

O 2014

Proszę Państwa, ostatni dzień roku, tradycyjnie czas na podsumowanie!

To lecimy.

Styczeń, jak zawsze, polegał na tym, że nie chciał się skończyć. Wypełniały go głównie wizyty na wyprzedażach i kupowanie rzeczy w kratkę, oraz usiłowanie jedzenia zdrowo, gdyż w listopadzie roku ubiegłego zaczęłam pracować na sikspek na brzuchu. (I wciąż na niego pracuję, dodajmy.) W lutym ta obsesja się pogłębiła, odkryłam jedzenie BIO, zaczęłam czytać fit blogi, oraz, co okazało się bardzo brzemienne w skutkach, Ten zaczął przebąkiwać coś o zmianie miejsca zamieszkania. A, i zaczęłam oglądać Breaking Bad, zdecydowanie serial roku.
W marcu się działo. Uciekliśmy od karnawału do Belgii, przeżyliśmy wybuch lata z grillem i łuszczącą się skórą na nosie, oraz po długiej chorobie zmarła koleżanka Tego ze studiów, co bardzo nami wstrząsnęło. Również w marcu, wyjątkowo wcześnie, dopadła mnie alergia i kupiłam pierwsze hantle. Po kilogramie na rączkę, ahahahaha.
Kwiecień rozpoczął się planowaniem podróży do Paryża, potem nadeszła Wielkanoc i sama podróż, gdzie głównie zajęta byłam paskiem od trencza. A podróż była jedną z lepszych w tym roku. W końcu zaczęłam brać się za poważniejsze ciężary i kupiłam sześciokilowego ketla, a Ten wziął udział w swoim pierwszym triathlonie.
W maju spędziliśmy tydzień w Hiszpanii, znowu miałam na sobie cygańską suknię i piłam rebujito na ferii w Sewilli oraz leżałam na najpiękniejszej plaży na ziemi. Najważniejszym wydarzeniem maja było jednak rozpoczęcie szukania mieszkania. Wspólnego.
Pod koniec maja byłam w Polsce, na początku czerwca znowu w Marbelli, skąd w drodze powrotnej odbyłam najdroższą w życiu podróż taksówką. O czym życzę sobie na powrót zapomnieć. Po powrocie natychmiast zaczęliśmy się pakować i planować przeprowadzkę, co chwilowo wybiło nam z głowy inne rzeczy.
Pierwszego lipca wreszcie oficjalnie zaczęliśmy mieszkać razem, z pomocą Heleny samodzielnie zmontowaliśmy całą kuchnię, przez około tydzień codziennie robiłam ukochanemu kanapki do pracy, zamiast ciuchów kupowałam miksery, odkurzacze, obrusy i garnki. Ten zaczął gotować dla mnie kolacyjki, wybitnie utrudniając mi dążenie do sikspeka, a na horyzoncie znowu pojawiło się widmo gówniarza. Niegroźne i zamazane. Na zakończenie zdarzyło mi się wydarzenie nadprzyrodzone, a mianowicie cud z wieszakami. Sierpień był nieciekawy, lało jak w październiku, użerałam się z typami od internetu, okradli nam piwnicę i doznałam rozczarowania.
We wrześniu jednak wszystko się poprawiło, miałam urodziny, dostałam kindla i wreszcie porządne regulowane hantle i wyprawiliśmy pierwszą imprezę w nowym mieszkaniu. Z wydarzeń negatywnych ukradli mi komórkę, co zmusiło mnie do zakupu nexusa, z którego jestem niezwykle zadowolona. Byliśmy na zakupach w Maastricht, zdecydowałam że jesień będzie pod znakiem wczesnych lat dziewięćdziesiątych i od razu zakupiłam stosowne obuwie. Oraz bilety lotnicze na Teneryfę.
W październiku ożenił się jeden kumpel i impreza była EPICKA. Zdecydowanie wesele wszech czasów. Następnego dnia był genialny koncert Vetusta Morla i rozpoczęłam manufakturę chleba. A wszystkie absolutnie wieczory spedziliśmy oglądając serial House od Cards.
Listopad upłynął pod znakiem podróży na Kanary i zamierzam ten patent w miarę możliwości zastosować na wszystkie listopady. Jak mi się skończą wyspy, zacznę od początku.
A, i otworzyli jarmark bożonarodzeniowy oraz w trzy dni łyknęłam cały sezon Homeland. Bardzo dobry. Grudzień był jak zwykle bardzo nerwowy, czasu mało, a tyle grzanego wina do wypicia, ominęła mnie własna Krismes party, za to byłam w Londynie, byłam również w domu na Święta, gdzie wyjątkowo dobrze dogadywałam się z siostrą, a teraz jestem w Marbelli, w wyniku najgorszej podróży w moim życiu, o czym niewątpliwie jeszcze napiszę, albo i nie. I jak myślę o tym 2014, któremu zostało jeszcze pare  godzin, to wyraz twarzy mam przyjemny. To był zdecydowanie bardzo dobry rok. Jeśli chodzi o nadchodzący 2015, to mam wrażenie, że przyniesie coś potężnego. Zmiany. Oby na lepsze, czego Wam i sobie bardzo bardzo życzę! Szczęśliwości!

Comments (1) »

O wrzodzie na dupie

To wróciłam dzisiaj, w charakterze wrzodu na dupie, gdyż z Polski przywiozłam sobie piękne przeziębienie i całą drogę nie dawałam ludziom spać, rozgłośnie kichając. Potem zaczęłam równie głośno szczękać zębami, gdyż w mieszkaniu było jedenaście i pół stopnia. (Że nie wspomnę o białym gównie na ulicach, ale cicho, już topnieje.)

A w kącie znowu stoi swieżutko spakowana walizka, gdyż jutro lecę spędzać Sylwestra w ulubionych okolicznościach przyrody w Marbelli. (Ten jeszcze wczoraj mówił mi żebym nie brała płaszcza, teraz podobno trochę się ochłodziło, nie ma to jak moje szczęście.) (Z drugiej strony bardzo chętnie wezmę płaszcz, bo mam nowy, bardzo ładny i w bardzo przyjemnej cenie, i jeszcze chętniej będę go nosiła tylko na tiszert.)

Ogólnie to nie wiem co to jest, ale jak jestem w Polsce, to mam wrażenie, że piję i się nie upijam oraz, co nawet lepsze, jem i opona mi nie rośnie!

Leave a comment »

O przygotowaniach świątecznych

Więc jestem w domu i pomagam siostrze w przygotowaniach świątecznych, co polega na tym, że ona przygotowuje rożne rzeczy i popija przy tym dżin z tonikiem, a ja tylko popijam dżin z tonikiem. No, przynajmniej wczoraj wieczorem na tym polegało, bo od pierogów i krokietów to już chyba nie dam rady się wymigać.

Ale wczoraj wieczorem było bardzo wesoło, moja siostrzenica opowiadała różne historie, które z racji nieobecności mnie ominęły, na przykład jak moja siostra odkryła grupę muzyczną Marlon S, i całej rodziny się pytała czy też ją znają. Szwagier twierdził, że on zna jedynie Marlona B, ale to średnio muzyczne, siostrzenica patrzyła tylko podejrzliwie, i słusznie, bo Marlon S kiedyś w końcu leciał w radiu jak wszyscy byli. I wiecie o jaką grupę chodziło? (To łatwe, ja się od razu domyśliłam.) O Maroon 5 oczywiście.

A dzisiaj pierwszy raz w życiu smażyłam kotlety schabowe i jestem z siebie potwornie dumna.

Leave a comment »

O tym że jadę

Wstałam dziś o szóstej dwadzieścia, byłam w pracy do trzynastej, potem dokonałam ostatnich sprawunków, w domu byłam nieco przed czternastą, a na autokar do Polski musiałam wyjść o szesnastej. I wiecie co zrobiłam w ciągu tych dwóch godzin? TRENING. (Faktycznie, nie brzmi to jakbym miała dobrze w głowie). Nieduży, zaledwie półgodzinny, ale intensywny, z obciążeniem, i zadowoleniem zdałam sobie sprawę, że najmniejsze co dźwigam, to dwa kilogramy na rękę, a największe sześć. W zależności od ćwiczenia. Uważam, że dla osoby, która jeszcze pół roku temu machała półkilogramowymi  hantelkami to całkiem nieźle.

No, potem to już był stres, że nie zdążę, bo godzina była wybitnie korkowa, autobus, w który wsiadłam, miał zmienioną trasę i musiałam przebiec galopem ostatni kawałek, ciągnąc za sobą wybitnie idiotyczną i niewygodną do ciągnięcia torbę, bo faktycznie było późno, a potem okazało się, że autokar, którym miałam jechać, był ostatni w kolejce.

Ale jadę, w kindlu fajna książka, a w umyśle i ciele skumulowane zmęczenie. Jeszcze tylko szesnaście godzin i będę w domu.

Leave a comment »

O Londynie

To byłam w Londynie. Nie żeby pierwszy raz, ale o pierwszym chętnie zapomnę. I tak:
– nie widziałam Big Bena
– widziałam za to różne słynne mosty, na przykład ten:

image

– cel, w jakim pojechaliśmy, czyli zrobienie niespodzianki mamusi Tego, którą z kolei do Londynu zabrała siostra Tego, oczywiście we wszystko wtajemniczona, udała się świetnie, aczkolwiek niewiele brakowało do wręcz przeciwnie, bo obie, zarówno mamusia, jak i jej siostra, również obecna, były już mocno zniecierpliwione czekaniem na dziwnie tępego Luisa, obecnie mieszkającego w Londynie najlepszego kumpla Tego, z którym rzekomo były umówione. Zamiast Luisa na miejsce spotkania przyszliśmy oczywiście Ten i ja, co trochę potrwało, stąd niezwykła tępota Luisa
– zimno było jak piorun, aczkolwiek nie tak, jak to wygląda:

image

– brytyjskie funty z tym samym zdjęciem królowej uważam za głupie
– brytyjskie krany na poszczególne temperatury wody uważam za głupie
-brytyjskie jedzenie uważam za obrzydliwe
– fakt, że trzeba płacić bardzo drogie pieniądze za obrzydliwe jedzenie uważam za głupi
– brytyjskie gniazdka uważam za idiotyczne, a adaptery za dwa funty przepalają się od byle czego, na przykład wetknięcia do nich suszarki do włosów
– Hyde Park uważam za przepiękny, szczególnie przy takiej pogodzie:

image

– Portobello Road zachwyciło mnie bez granic (a mamusia Tego w kapeluszu i okularach wyglądała jak szpieg z krainy deszczowców, nie sądzicie?)

image

– strasznie się nie wyspałam
– ale było bardzo fajnie

Leave a comment »

Nie oszukujmy się, o żarciu

Na tej sobotniej imprezie z pietruszką opowiedziałam Yarze o chlebie, znaczy że od dobrych dwóch miesięcy nie kupiłam chleba, tak się wciągnęłam w tą domową piekarnię, co miało skutek. A mianowicie Yara zaproponowała że w takim razie, skoro ona ma jamón y queso*, mogłaby przybyć z owymi któregoś wieczora z wizytą do chleba, Ten zajmie się winem, i wyjdzie z tego przedświąteczna kolacja.  

Jamón y queso, czyli po naszemu szynka i ser, to nie jest jakieś tam jedzenie, to w Hiszpanii są dobra kulturalne i powyższa propozycja jest jedną z największych deklaracji przyjaźni. Prawie każdy Hiszpan na obczyźnie jamón (szynkę) w głębinach lodówki posiada, gdyż albo sobie przywiózł będąc z wizytą u rodziny, albo przywiozła mu ją wizytująca rodzina, i mówimy tu o szynce iberyjskiej, surowej, ze świni karmionej żołędziami, nie takiej paczkowanej, kupionej na stoisku samoobsługowym z wędlinami w Mercadonie, tylko o cienkich plastrach krojonych świeżo z wysuszonej świńskiej nogi i pakowanych próżniowo. Taka szynka to prawdziwa poezja.

Skrzyknęliśmy jeszcze Helenę, która przyniosła ser z Menorki i budyń z turronu (kolejne dobro kulturalne Hiszpanii to turrón, a pochodząca z Jijony Helena użyła najlepszego z możliwych surowca) i kolacja odbyła się wczoraj, a w wyniku powyższego dość ciężko mi było dzisiaj wstać. Zarówno w sensie ciężaru ciała, jak i ciężaru głowy. W ogóle dni mi się kurczą w zastraszającym tempie, dziś już środa, a czwartek i piątek będą jednym i tym samym dniem, bo nasz samolot do Londynu odchodzi o siódmej rano z Kolonii w piątek, co oznacza konieczność wyruszenia z Aachen o… czwartej. Więc nie wiem czy to w ogóle warto się kłaść, ale z drugiej strony, sam lot trwa tylko marną godzinę, więc czasu na sen też nie będzie. Może powinnam się jakoś na zapas wyspać…?

Leave a comment »

O tym że co za weekend

Krismes partys w tym roku obeszły się ze mną łagodnie, bo na własnej mnie nie będzie ze względu na wypad do Londynu (już w piątek!!!!!), a o swojej, że jest w piątek ubiegły, Ten powiadomił mnie trzy dni wcześniej. Nie żeby specjalnie, z głowy mu całkowicie wyleciało.

Miałam wprawdzie zamiar skoczyć do Zary w piątek po pracy, tak NA WSZELKI WYPADEK, zobaczyć co mają, ale nagły napad migreny, taki z szykanami, z widzeniem czarnych plam i plączącym się językiem, zmusił mnie do przedwczesnego opuszczenia miejsca pracy i znokautował na kilka godzin. Po końskiej dawce ibuprofenu, wyspaniu się i odpoczęciu, późnym wieczorem czułam się już jednak całkiem dobrze i na imprezę poszliśmy około 22, a włożyłam czerwoną sukienkę, wiszącą w mojej szafie już dobre pięć lat i zdecydowanie zbyt rzadko noszoną.

Było fantastycznie, na deser ustawiono na sali budkę z lodami, grała bałkańska kapela, a Ten ustrzelił mi w puszki serce z piernika.

Wczoraj natomiast imprezę świąteczną w gronie przyjaciół organizowały Rosa i Irune, i już sama treść zaproszenia pozwalała nabrać dużych nadziei, dziewczyny anuncjowały mianowicie, że nakupowały alkoholu do wypęku, ale przyjść należy po kolacji, bo owej zaproszenie nie obejmuje. Impreza była zgodnie z przewidywaniami dużym sukcesem, nikt natomiast nie przewidział, że ktoś zwymiotuje do stojącej na balkonie doniczki z pietruszką. Nieco zaschłą.

Więc teraz drugi weekend poproszę, bo obecny strasznie mnie zmęczył.

Leave a comment »