Archive for Listopad, 2014

O tym co robiłam jak mnie nie było

Nie było mnie, bo oglądałam Homeland. Łyknęłam dotychczasowe odcinki w 3 wieczory, i doprawdy jestem zdegustowana. (Oraz porządnie wciągnięta, prawie o niczym innym nie myślę) Czy tę Carrie już całkiem pojebało? Końcówkę odcinka czwartego i cały piąty oglądałam ze wstrętem, bardzo pozytywne uczucia rozwinąwszy przy tym do Quinna, którego dotąd traktowałam dość obojętnie. Końcówka odcinka zdaje się że siódmego natomiast, dała mi wrażenie, że ktoś tu sobie ze mnie jaja robi, ale na szczęście jaja okazały się zjawą. Dziś wieczorem jak amen w pacierzu skończę dostępne dziewięć, zobaczymy z jakimi uczuciami. 

Oraz zdecydowanie powinnam zrobić porządek w torebce. Dziś zajrzałam niechcący (zwykle wyjmuję potrzebną rzecz na macanego) i znalazłam: portfel, telefon, futerał z okularami przeciwsłonecznymi (jak dotąd normalne) oraz: małą odżywkę do włosów, ladowarkę do telefonu, mały krem do ciała, małą łyżeczkę, kwitek od wypłaty sprzed trzech miesięcy, luzem kopertę od kwitka, 6 (!) szminek w różnych kolorach, pomadkę ochronną i mnóstwo czarnego piasku z plaży. Dobrze ze chociaż wszystko małe…

Grudzień oficjalnie ogłaszam miesiącem podróży, gdyż jeśli wszystko dobrze pójdzie, znajdę się w jednym miesiącu w czterech krajach: Anglii, Niemczech, Polsce i Hiszpanii. Yayyyy, it’s good to be me!

Reklamy

Leave a comment »

O sobocie i śledziach

W piątek otworzyli jarmark bożonarodzeniowy i dzisiejszą sobotę spędziliśmy identycznie jak wszystkie cztery przedświąteczne soboty w zeszłym roku – spacerem przez zatłoczone ulice, paczuszką gorących kasztanów i jeszcze gorętszym winem. Jedynym czynnikiem lekko zgrzytliwym była temperatura, czternaście stopni w cieniu i promienne słońce wcale nie pasowało ani do bombek, ani do kolęd, ani tym bardziej do temperatury wina, ale jakoś ZUPEŁNIE SIĘ NIE SKARŻYLIŚMY. Szczególnie po tym tygodniu na Kanarach, gdzie bombki też wisiały, dlaczego nie. Na palmach.

Po jarmarku poszliśmy zrobić zakupy na obiad i z ciekawości zakupiliśmy słoik śledzi po szwedzku. Pani Joanna Chmielewska w jednej z książek pisała że Duńczycy wszystko mają na słodko i ze śledzi robią coś w rodzaju kompotu, i doprawdy powinno mi się to skojarzyć wcześniej, ale niestety się nie skojarzyło. Pewnie przez to wino. FUJ. Szwedzi czy Duńczycy jeden pies, słodkie paskudztwo, a w dodatku z cynamonem.

Leave a comment »

O tym że relacji nie będzie

Dzisiaj rano wzięłam się sumiennie za pisanie rzetelnej relacji z wakacji, i byłam już prawie w połowie, kiedy makowi zabrakło prądu i się wziął wyłączył. Więc relacji nie będzie. Może i lepiej dla Was, bo już w połowie była przydługa, ale w zamian zabiję Was zdjęciami.

image

Wieczór pierwszy. Właśnie dojechaliśmy do Santa Cruz, przebraliśmy się w letnie ciuchy i wyszliśmy nabrać apetytu na kolację. Nic tak nie wyostrza apetytu jak piwko!

image

Poranek dnia następnego. Spacer po Santa Cruz. (Tak naprawdę to wybrałam to zdjęcie, bo widać mój biceps!)

image

Dobra, tu widać trochę Santa Cruz. Niezbyt piękna, ale interesująca mieszanka stylu kolonialnego i typowego hiszpańskiego miasta. Plus wszechobecne palmy.

image

Ten sam dzień. Pieresze popołudnie na czarnej plaży.

image

Wciąż ten sam dzień. Orotava.

image

Dzień trzeci. Las Palmas de Gran Canaria! Podróżowałam już wcześniej promem, ale nigdy po oceanie. POTWORNOŚĆ.

image

Pusta uliczka w Las Palmas.

image

Kolacja w absolutnie zachwycającym miejscu. (Viva Trip Advisor) Wyraźnie widać że jaszcze nie jestem opalona.

image

Dzień czwarty, jedyny ze złą pogodą. Pojechaliśmy oglądać miejsce, w którym morze uderza o skały, wpada w tunel pomiędzy nimi i wystrzela w górę jak fontanna, ale na jedynym zdjęciu, na którym udało się to uchwycić, wyglądam jak przygłup.

image

Resztę dnia ze złą pogodą spedziliśmy na plaży miejskiej w Las Palmas, gapiąc się na fale. A, i jedząc.

image

Dzień piąty, wciąż na Gran Canarii. Bardzo sympatyczne pueblo na szczycie góry, droga do którego, z prędkością 20 na godzinę w stylu wijącej się żmiji, kilka razy doprowadziła mnie do stanu przedzawałowego. Na przykład kiedy, z zupełnie inną prędkością, z naprzeciwka wystrzelał autobus.

image

Popołudnie tego samego dnia. Fantastyczna plaża z wydmami.

image

Spedziiśmy tak dobre dwie godziny. Kocham piach!

image

Dzień szósty i ostatni. Z powrotem na Teneryfie i plaży pełnej staruszków nagich, jak ich Pan Bóg stworzył. Dobrze że na ocean mogę patrzeć kilka godzin bez przerwy, bo gdzie indziej się nie dało.

image

Popołudnie w Garachico.

image

Ostatnia wieczerza.

Na zakończenie chciałabym się przyznać do popełnienia przestępstwa, a mianowicie w ostatnim hotelu w Los Cristianos (straszne miejsce, na marginesie) na tarasie stał nasz stolik z ikei, do którego brakowało nam śrubki. Już nam nie brakuje śrubki.

Leave a comment »

O tym co, być może, będzie jutro

Na powrót pomalowałam zmyte już zimowo paznokcie u stóp.

Mimo że opłakałam już odwołanie podróży i przede wszystkim jego przyczynę, NA DZIEŃ DZISIEJSZY wygląda na to, że jednak jutro lecimy. Na Kanary, bo do programu, oprócz Teneryfy, włączona została Gran Canaria.

Ciągle jeszcze patrzę na komórkę w oczekiwaniu złych wieści. Ale walizkę mam już spakowaną. Trzymajcie kciuki!

Leave a comment »