O rażącej niesprawiedliwości

Niech mi będzie wolno wyrazić święte oburzenie z powodu rażącej niesprawiedliwości, za jaką uważam nadejście dzisiejszego poniedziałku. Tak szybkie nadejście, jeśli chodzi o ścisłość. W weekend powinno się wypoczywać, a ja jestem bardziej zmęczona niż po przeprzucaniu węgla (znaczy tak myślę, bo nigdy nie przerzucałam.)

Nietypowe wesele w jednym aspekcie okazało się bardzo typowe, a mianowicie alkohol lał się strumieniami. Obydwoje z Tym mieliśmy wyjątkowo dobry dzień na alkoholizowanie, żadne z nas nie poczuło się źle ani nie doznało urwania filmu, bawiliśmy się przednio, gdyż na weselo zjechało się mnóstwo osób odbywających prawie 10 lat temu razem z panem młodym Erazmusa w Aachen, kiedy to i ja ich wszystkich poznałam, i wszyscy byli granitowo zdecydowani nie oszczędzać się pod żadnym względem. Nie oszczędzaliśmy się tak prawie do szóstej rano, w tańcach spaliłam na pewno wszystkie zjedzone kalorie, po czym nasze szczęście trwało dalej i obudziliśmy się (około trzynastej, przyznaję) zupełnie bez kaca. (Czego niestety większa część towarzystwa, mieszająca radośnie wszystkie możliwe alkohole, nie mogła o sobie powiedzieć). I gdyby tylko ta niedziela mogłaby być zwykłą leniwą poimprezową niedzielą, nie odczuwałabym pewnie wspomnianego na wstępie świętego oburzenia. A nie była, bo od ponad miesiąca w naszym regale spoczywały bilety na koncert hiszpańskiej grupy Vetusta Morla (tu jedna z moich ulubionych piosenek), która po raz pierwszy z mini trasą koncertową opuściła granicę Hiszpanii. Koncert odbywał się w Kolonii, do Kolonii trzeba było dojechać pociągiem, a niemieckie koleje akurat na ten weekend zaplanowały prace remontowe na szynach i komunikację zastępczą do, powiedzmy, jednej czwartej drogi. Powiem tylko, że trwającą zwykle niewiele ponad 50 minut podróżą rozkoszowaliśmy się tym razem przez prawie dwie godziny, przy czym co bardziej skacowane jednostki szczególnie doceniły ostre zakręty w wypełnionym jak puszka sardynkami autobusie. Na miejscu jednak na wszelkie niedogodności pomogło małe piwko, i przedkoncertowa kanapka z rukolą, parmezanem i czerwonym pesto, spożyte w deszczu w kolejce do wejścia.

Koncert był genialny. Mała sala, na 300 osób, piosenkarz na wyciągnięcie ręki, znane na pamięć piosenki, śpiewane pełną piersią przez owe 300 osób i intymna atmosfera, wszystko to sprawiło, że przez dużą część czasu miałam mokre oczy i gęsią skórę.

A potem trzeba było jeszcze ową czarowną podróż odbyć z powrotem, i już był de facto poniedziałek, od godziny, więc ja się pytam, kiedy ja miałam odpocząć? Eh, starość nie radość, uwierzcie mi.

image

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: