O podróży powrotnej

Dzień rozpoczął się niechcianą pobudką około godziny czwartej trzydzieści i spędzeniu pozostałych do budzika prawie dwóch godzin martwiąc się z całej siły. Piętnaście po szóstej wreszcie wstałam, umieściłam umęczone ciało wraz z jeszcze bardziej umęczonym umysłem pod prysznicem i przyjęłam kawę. Na przystanku tramwajowym byłam jedyną osobą, aczkolwiek na ulicy widać było sporo ludzi. Zmierzających na poranną mszę. No tak, prawda, dziś niedziela.
W pociągu facet za mną donośnie i uporczywie pytał przez telefon osobę na drugim końcu drutu (drutu oczywiście nie, czego właściwie? Światłowodu?) czy uprzątnęła w kurniku i polecał żeby Sławek im narwał mleczu bo sałatę żrą jak opętane. Komu, nie udało mi się dowiedzieć. W Malborku pociąg wypełnił się po brzegi i naprzeciwko mnie usiadła strasznie chuda dziewczyna z, dla kontrastu zapewne, strasznie grubymi brwiami.
W Gdańsku najpierw musiałam dobre pięć minut studiować plan przystanków autobusowych i obczajać sposób dostania się na drugą stronę ulicy, a potem pół godziny czekać na autobus. W międzyczasie zrobiła się jedenasta.
Na lotnisko dotarłam bez przeszkód i o czasie, nikt nie robił mi wstrętów z powodu zawartości walizki, okazałam się na tyle niegroźnym przestępcą, że nawt nie piszczałam na bramce, a czas oczekiwania prawie w całości spędziłam w sklepie wolnocłowym. W samej kolejce dość intensywnie pozżymałam się w duszy na grupę niemieckich emertytek, które nie mogły się pogodzić z koniecznością schowania torebki do walizki i głośno groziły zemstą w postaci ustawienia się w przejściu samolotu i wydobywania owej, blokując przejście.
Mimo tej zemsty jednakże, niewątpliwie dokonanej, wystartowaliśmy punktualnie i wylądowaliśmy przed czasem (o 15.05, a pierwszy mój środek transportu tego dnia odjeżdżał, przypominam, o 7.23) a podróż przespałam jak niemowlę.
Wszystko szło zbyt gładko, aby mogło być prawdziwe, i ostatnia przeszkoda, pociąg do Aachen, przyjechała spóźniona o 20 minut, zapewne żebym nie rozbestwiła się zbytnio. W pociągu strasznie zmarzły mi stopy, a ostatnie kilometry dłużyły mi się tak, że bliska byłam wyskoczenia i popchnięcia nieruchawego żelastwa.

A zaraz potem na dworcu czekał Ten i to już się zrobił zupełnie inny gatunek literacki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: