Archive for Czerwiec, 2014

O tym, że się przeprowadzamy

Jak będę chciała kupić sobie kolejną kurtkę czy płaszcz, dajcie mi w łeb. (Mam jedną, wielką niebieską torbę z Ikei, PO BRZEGI I Z CZUBKIEM wypełnioną samymi kurtkami i płaszczami.) Jak będę chciała kupić sobie kolejny sweter, dajcie mi w łeb. (Mam kolejną, wielką niebieską torbę z Ikei, wypełnioną samymi swetrami.) Jak będę chciała kupić sobie kolejną torebkę, dajcie mi w łeb… (Mam powiedzieć co mam niebieskiego i wielkiego z Ikei, wypełnionego samymi torebkami? Dodam, że wszystkie są skórzane i piękne, i wszystkie mi bardzo potrzebne!)

Ten natomiast spakował już i przeniósł do nowego mieszkania wszystkie swoje gacie, co oznacza, że do soboty będzie chodził z gołym tyłkiem.

Jednym słowem, przeprowadzamysię.

Reklamy

Leave a comment »

O tym że cud się jednak zdarzył, cha cha cha

Bardzo drogi cud.

Oczywiście, nocowanie na lotnisku tudzież dworcu wydawało nam się hipsterskie i kul, i w ogóle no pasa nada, aż do dnia lotu powrotnego, czyli wczoraj. Wczoraj po południu poziom nieprzyjemności we wnętrzu zaczął nam gwałtownie rosnąć i nieśmiało zalogowaliśmy się na stronę blablacar, czyli taką, na której zgłasza się ktoś, kto na danej trasie, w danym terminie ma wolne miejsce w samochodzie, i za niewielkie pieniądze można z nim jechać. Od razu po pierwszym rzucie oka ciśnienie strzeliło nam w górę, bo jak byk wyraźnie stało tam, że jeden taki, jadący z Paryża, ma w samochodzie dwa miejsca i może nas zabrać z Brukseli, o 23.30. Lądowaliśmy, przypominam, o 22.45 w Charleroi, od Brukseli 60 km. Szybciutko zorientowaliśmy się w internecie że taksówka do Brukseli kosztuje około 80 euro, uznaliśmy że to jeszcze ujdzie, potwierdziliśmy udział typowi z blablacar, i pełni nadziei wsiedliśmy do samolotu. Wylądowaliśmy równo za piętnaście. Do taksówki popędziliśmy biegiem. Taksówkarzowi przykazaliśmy cisnąć ile się da, bo o 23.30 musieliśmy być na dworcu Midi. Taksówkarz swoje zadanie spełnił, a kurs wypadł NIECO DROŻEJ niż 80 euro. Zżymając się w duszy zadzwoniliśmy do typa od blabla. Typ powiedział że były korki przy wyjeździe z Paryża i będzie 45 minut później. Po półgodzinie nadjechał autobus z Charleroi, którym, gdybyśmy wiedzieli że typ się spóźni, moglibyśmy dojechać na czas, nie wydając majątku na taksówkę. Po godzinie nadjechał również typ. I zamiast jechać prościutko do Aachen, kierowany wydawanymi po francusku komendami teraz w prawo, o a teraz w lewo, zaczął szukać ulicy, na której mieszkała pasażerka, w Brukseli wysadzana. Po czym oznajmił, że na trasie ma jeszcze Maastricht, gdzie również musi zawieźć pasażerkę pod dom. Full serwis, panie! Po kolejnej rundzie komend po francusku, nastąpiło wysadzenie ostatniej pasażerki i wreszcie drogowskazy na Aachen. Typ pobił niewątpliwy rekord, bo z Maastricht do Aachen jechał piętnaście minut. W łóżku byliśmy o czwartej rano.

O tej podróży nie życzę sobie więcej pamiętać, następnym razem śpię na lotnisku, co ja mówię, ja kim następnym razem, w ogóle już nigdzie nie jeżdżę.

Życzę sobie zachować w pamięci jedynie to:

image

image

image

image

3 Komentarze »

O zmianie statusu

W przeciągu pięciu dni przeszliśmy ze statusu „Nigdy w życiu nie znjadziemy mieszkania, w tym mieście nie ma mieszkań” do „Umowa podpisana, przeprowadzka w przyszłym tygodniu”.

Nie wiem, jak to ogarnę, dobrze że i tak chcę schudnąć, bo czekają mnie miesiące na chrupkim chlebku i zapasie herbaty, ale póki co, cieszę się, jak kto gupi, pakuję walizkę, i na dobry początek (kto wie, kiedy znowu zacznie starczać na jaką podróż) spadam do Marbelli.

Trochę drżą mi jeszcze ręce, trochę wypełnia melancholia, bo przecież spędziłam w tym mieszkaniu ponad 10 lat, trochę wraca gorzki posmak, bo przypomina o porażce poprzedniego związku… Ale wypełniający duszę radosny kwik przeważa. Zdecydowanie.

Comments (1) »

O jednej takiej rzeczy

Powiem Wam jedną rzecz: gdyby nie mój cudowny, wspaniały, prześliczny kettlebell, którym jak sobie skutecznie pomacham, to staję się tabula rasa, to jedno takie babsko miałoby zamiast wyważonych, kulturalnych odpowiedzi, wybite wszystkie zęby. Bez wyjątku.

Leave a comment »

O tym że teraz to już naprawdę

W przyszłym tygodniu znowu długi weekend (uwielbiam maj i czerwiec) a my znowu lecimy! Do Marbelli. I znowu nie będziemy mieli czym wrócić, tylko że tym razem naprawdę. Tym razem cud się nie zdarzy, bo ostatni pociąg z Brukseli do Aachen odchodzi o 20.07, a my o 19.55 wylatujemy z Malagi. W niedzielę. Czeka nas więc spędzenie nocy na dworcu (mam nadzieję że nie zamykają!) i powrót do Aachen w poniedziałek rano, zapewne prościutko do pracy. Spoko. Cztery dni słońca i jedzenia krewetek wydają się wystarczającą rekompensatą, nieprawdaż?

(Przy okazji muszę powiedzieć, że jest to jeden z powodów, dla których kocham Tego. Jest jedyną znaną mi osobą, z którą da się robić takie rzeczy.)

A wczoraj NIE WIEM PO CO polazłam do H&M (Skończyłam z kupowaniem szmat, już wspominałam? Teraz będę kupowała szafki, garnki i farby. Znaczy, jak tylko znajdziemy mieszkanie.) i znalazłam na wyprzedaży (wyprzedaż się rozpoczęła, wiedzieliście?) jedwabną koszulkę na ramiączkach. W rozmiarze 42, ale to drobiazg, jeśli chodzi o jedwab, w ogóle nie patrzę na rozmiar, sam dotyk materiału powoduje, że dostaję małpiego rozumu i pędem lecę do kasy.

Na amazonie natomiast znalazłam gacie do mojego nabytego w zeszłym roku, również na wyprzedażach, stanika od bikini i osiągnęłam absolutną nirwanę, gdyż stanik ma śliczny kwiatowy retro wzorek i najpiękniejszą na świecie formę balkonetki i rozkoszowanie się owym faktem zaburzał mi jedynie brak pendantu w postaci gaci.

No. To idę ketlem pomachać na dobry początek dnia.

 

4 Komentarze »

O skandalicznym zaniedbaniu

Zaniedbaniu bloga, rzecz jasna.

Skandaliczne zaniedbanie wynika po pierwsze z tego że szukamy mieszkania, co jest nam ciężką zgryzotą, kamieniem u nogi oraz spędzaczem snu z powiek, a po drugie z tego że weekend był tutaj długi, zawierał wolny poniedziałek, i w całości został przez nas spędzony na holenderskim wybrzeżu Morza Północnego, POD NAMIOTEM.

Oczywiście że wzbraniałam się jak mogłam przed opcją namiotową, do wygód się człowiek przyzwyczaja jak mało do czego, a mój ostatni raz miał miejsce chyba z 10 lat temu, ale długi weekend zielonoświątkowy to okres, w którym wypełnione po brzegi jest absolutnie WSZYSTKO, gdzie tylko da się przenocować. Więc po bezskutecznych 3 godzinach spędzonych na szukaniu hoteli i hosteli, poddaliśmy się i w sobotę rano samochód Philippa, chłopaka Heleny zapełnił się po dach sprzętem kempingowym oraz naszą czwórką. Ten i ja nie mieliśmy namiotu i podróż odbyła się z małym przystankiem w Decathlonie, ale już około południa udało nam się ruszyć w kierunku morza. Z jeszcze bardziej wypchanym samochodem. Po namyśle zdecydowaliśmy się na małą miejscowość o nazwie Domburg, położoną na samej górze holenderskiego cypelka. Od razu przy wjeździe zobaczyliśmy drogowskazy na kempingi, wybraliśmy pierwszy z brzegu i zostaliśmy uraczeni informacją że wszystko jest pełne w całym regionie Zeeland, owy kemping też, ale jak chcemy, to możemy się rozbić o tu, za recepcją, na dwa małe namioty miejsca starczy. Propozycję przyjęliśmy z wielkim entuzjazmem, miejsce wydało nam się nawet lepsze niż pozostałe miejsca kempingowe, wszędzie mieliśmy blisko, tyły recepcji dysponowały betonowanym tarasikiem i sznurkami na bieliznę, sam kemping był luksusowy, posiadał basen, supermarket ze świeżym chlebem każdego dnia, sanitaria że mucha nie siada, i na dodatek był na prawdę niedrogi.

Rozbijanie namiotów poszło nam jak z płatka i nawet udało nam się spędzić jeszcze z 3 godziny na plaży, zrobić zakupy na grila, spożyć kolację i popatrzeć jak robi się coraz ciemniej, i w końcu uciec przed pierwszymi  kroplami do namiotów.
Drugi dzień wykorzystaliśmy w całości na plażowanie, pogoda była jak dzwon, a wieczorem nawet udało nam się skoczyć na lody do miasta, zanim zaczęło padać. Całkiem nam się spodobał ten układ – w dzień piękne słońce, w nocy deszcz.
Do Aachen wróciliśmy bez korków, po kolejnych 3 godzinach na plaży, i porządna, rzetelna burza zastała nas już w domach.
Weekend doskonały.

Leave a comment »

O podróży powrotnej

Dzień rozpoczął się niechcianą pobudką około godziny czwartej trzydzieści i spędzeniu pozostałych do budzika prawie dwóch godzin martwiąc się z całej siły. Piętnaście po szóstej wreszcie wstałam, umieściłam umęczone ciało wraz z jeszcze bardziej umęczonym umysłem pod prysznicem i przyjęłam kawę. Na przystanku tramwajowym byłam jedyną osobą, aczkolwiek na ulicy widać było sporo ludzi. Zmierzających na poranną mszę. No tak, prawda, dziś niedziela.
W pociągu facet za mną donośnie i uporczywie pytał przez telefon osobę na drugim końcu drutu (drutu oczywiście nie, czego właściwie? Światłowodu?) czy uprzątnęła w kurniku i polecał żeby Sławek im narwał mleczu bo sałatę żrą jak opętane. Komu, nie udało mi się dowiedzieć. W Malborku pociąg wypełnił się po brzegi i naprzeciwko mnie usiadła strasznie chuda dziewczyna z, dla kontrastu zapewne, strasznie grubymi brwiami.
W Gdańsku najpierw musiałam dobre pięć minut studiować plan przystanków autobusowych i obczajać sposób dostania się na drugą stronę ulicy, a potem pół godziny czekać na autobus. W międzyczasie zrobiła się jedenasta.
Na lotnisko dotarłam bez przeszkód i o czasie, nikt nie robił mi wstrętów z powodu zawartości walizki, okazałam się na tyle niegroźnym przestępcą, że nawt nie piszczałam na bramce, a czas oczekiwania prawie w całości spędziłam w sklepie wolnocłowym. W samej kolejce dość intensywnie pozżymałam się w duszy na grupę niemieckich emertytek, które nie mogły się pogodzić z koniecznością schowania torebki do walizki i głośno groziły zemstą w postaci ustawienia się w przejściu samolotu i wydobywania owej, blokując przejście.
Mimo tej zemsty jednakże, niewątpliwie dokonanej, wystartowaliśmy punktualnie i wylądowaliśmy przed czasem (o 15.05, a pierwszy mój środek transportu tego dnia odjeżdżał, przypominam, o 7.23) a podróż przespałam jak niemowlę.
Wszystko szło zbyt gładko, aby mogło być prawdziwe, i ostatnia przeszkoda, pociąg do Aachen, przyjechała spóźniona o 20 minut, zapewne żebym nie rozbestwiła się zbytnio. W pociągu strasznie zmarzły mi stopy, a ostatnie kilometry dłużyły mi się tak, że bliska byłam wyskoczenia i popchnięcia nieruchawego żelastwa.

A zaraz potem na dworcu czekał Ten i to już się zrobił zupełnie inny gatunek literacki.

Leave a comment »