Archive for Maj, 2014

O byciu kłębkiem nerwów

Maj miesiącem podróżowania. W niedzielę lecę do Polski. (Więc jak ktoś ma dosyć tych potwornych upałów, to może się uspokoić – jak przybędę ja, na pewno się skończą.)

Poza tym jestem ostatnio strasznie nerwowa i na pewno niebawem zwariuję, gdyż z Tym szukamy mieszkania. Dla nas. Żebym przestała mieć życie rozrzucone na dwóch domach, pożądaną sztukę odzieży zawsze nie w tym miejscu, w którym sama się znajduję i ogólne rozdwojenie jaźni.

Pomijając tę niewątpliwie pozytywną stronę medalu, szukanie mieszkania jest po pierwsze primo strasznie trudne i stresujące (trzeba dzwonić! Umawiać się na terminy! Nienawidzę dzwonić) i po drugie primo dużym krokiem naprzód. I zmianą.

A dzisiaj mamy decydującą rozmowę z jedną wynajmującą, muszę spakować walizkę i załatwić rzeczy przed wyjazdem, więc we własnym dobrze pojętym interesie, PROSZĘ DO MNIE DZIŚ NIE ROZMAWIAĆ.

Reklamy

2 Komentarze »

O depresji popowrotowej

W Marbelli było średnio 22 stopnie (wieczorem chłodniej) i bez jednej chmurki. W Sewilli było 32 stopnie (nawet o 2 nad ranem) i bez jednej chmurki. W Aachen jest 9 stopni i leje. Oczywiście mam depresję jak Mount Everest.

Tygodniowy pobyt w raju do tego stopnia wypełniony był atrakcjami, że starczyłoby ich i na miesiąc, słowo daję. Jako że flagę polskiego honoru trzymam wysoko, tym razem w djutifri zakupiłam litrową flachę Belwedera, bo dużo dobrego o nim słyszałam, i naprawdę polecam. Ordynarnego smaku wódy nie odnotowano (szczególnie w połączeniu ze świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy), a i kaca takoż nie. Ale i tak hitem pobytu, przebiegającego pod wyraźnym znakiem ferii, było rebujito, czyli mieszanka tego sfermentowanego wina z Jerez, coś jakby sherry, ze sprajtem i dużą ilością kostek lodu. A sama Feria de Sevilla okazała się zgodnie z przewidywaniami absolutnym szaleństwem, 12 godzinami NA STOJĄCO, we wściekłym upale, troską o spływający makijaż, pęcherzami na stopach i powrotem do domu o drugiej w nocy na kolanach Tego, w sześć osób w malutkim samochodzie, na oczach policji. Spain is different.

Ocean był tak samo zimny jak zawsze i tak samo jak zawsze bałam się w nim wykąpać. Codziennie opychałam się krewetkami we wszystkich możliwych kombinacjach, oliwkami o smaku anchoa (półtora euro za litrowy słoik, coś pięknego), rybką z patelni, iberyjską szynką i awokado. (Zaraz się rozpłaczę.)

W Zarze zakupiłam upatrzone sandały za 20 euro mniej i spódnicę (za zaoszczędzone 20 euro). (Jedno i drugie NIE WIEM KIEDY WŁOŻĘ, chyba po domu jeśli włączę ogrzewanie, cha cha cha.) (Zaraz się rozpłaczę)

Doprawdy nie wiem, czemu my jeszcze nie mieszkamy w Hiszpanii.

image

 

Poranki nad basenem

image

 

Rebujito!

image

 

Say hello to the ocean.

image

 

Viva la feria! Olé!

Leave a comment »

O walizce, ferii i wyzwaniu

Wczoraj byłam bardzo zadowolona, bo znowu zaczęłam pakować walizkę, dzisiaj już mniej, bo kończę pakować walizkę (mimo że mam zupełnie bezsensowny, bo do niczego mi dziś niepotrzebny, good hair day). Nienawidzę tego etapu końcowego, kiedy miejsce kurczy się w zastraszającym tempie i trzeba się decydować, którą kieckę wrzucić, a może w ogóle jedna para dżinsów wystarczy, a, cholera, jeszcze kosmetyki, i te sandały nowe!… I znowu będę upychać kolanem, a jeśli chodzi o wagę, to okropnie się jej boję, bo jak trzeba upychać kolanem, to zwykle znaczy, że 10 kilo jest dość PROBLEMATYCZNE. Ale cóż, to będzie mój problem dopiero w niedzielę.

A w środę znowu włożę na siebie przepiękną falbaniastą suknię w grochy i espadryle, i po raz pierwszy w życiu pójdę na Feria de Sevilla!!!! Jeżeli nie macie pojęcia o czym mówię, z całego serca polecam kliknięcie w linkę (jeśli macie, też polecam), bo mnie, mimo że jeszcze nigdy nie byłam, ciarki latają po plecach z przejęcia! I strasznie żałuję, że nie jestem ognistą czarnowłosą Hiszpanką!… Chociaż w sumie  to nie, bo wtedy Ten raczej by na mnie nie poleciał.

A poza tym, to dobitnie odczuwam, że 6 kilowy kettlebell, to ZUPEŁNIE NIE TO SAMO co 2,5 kilowy. Rany, wytrzymać ten szwung, jaki osiąga się sześcioma kilami i kontrolować rozpędzoną kulę, żeby nie zrobić sobie kuku, to nie lada wyzwanie dla moich jeszcze dość watowatych mięśni, więc chodzę ostatnio dość połamana.

Strasznie fajne są te długie weekendy i krótkie tygodnie, nie sądzicie?

image

Najpiękniejsza plaża na świecie.

 

Leave a comment »