O Paryżu

To jestem z powrotem. Działo się tyle, że sama nie wiem od czego zacząć, najchętniej zaczęłabym od paska od fartucha trencza, ale głupio mi zaczynać od ciuchów nawet post od Paryżu, więc lepiej spróbuję zacząć od początku, a do paska dojść w swoim czasie.

Wyjechaliśmy punktualnie, kwadrans przed północą w czwartek, po dość krótkim stresie, gdyż nie wiadomo dlaczego myślałam, że Aachen jest początkowym przystankiem autobusu, jak ma to miejsce w przypadku kursów do Polski, a tu chała, był ostatnim postojem po stronie niemieckiej i w związku z tym nie było go na miejscu pół godziny przed odjazdem, a pięć minut. Spać się dało, nie były to wprawdzie luksusy, ale luksusów nikt nie oczekiwał. Przyjazd o szóstej rano był natomiast dokładnie zgodny z oczekiwaniami, a mianowicie koszmarny. Chwilę czasu zajęło nam dojście do przytomności, ogarnięcie przystanków i linii metra, zlokalizowanie hotelu (okazał się o dwie minuty od dworca Gare du Nord), dotarcie do owej stacji, zamknięcie bagażu w automatycznej przechowalni, zjedzenie śniadania i WYPICIE KAWY, więc podbój miasta zaczęliśmy prawie o wpół do dziewiątej, we wcale niezłych humorach, mimo że zimno było jak piorun. Na wstępie okazało się, że północ Paryża to bliskie pobliże Montmartru, i właśnie od tej dzielnicy rozpoczęliśmy. Było cicho, spokojnie i PUSTO, a Montmartr nie stracił nic ze swojego uroku od mojej ostatniej wizyty. W trakcie Ten przypomniał sobie, żę chciałby zwiedzić znajdujący się na Montmartrze cmentarz, na którym pochowano mnóstwo znanych osób, w tym Jimmiego Morrisona, Janis Joplin i Julio Cortazara. Nie miałam nic przeciwko, udaliśmy się więc na poszukiwanie cmentarza, nieco na oko, gdyż mapy jeszcze nie udało nam się zdobyć, łatwo więc się domyślić, że poszukiwania cmentarza swoje potrwały. Na miejscu, po przestudiowaniu planu nekropolii niezbicie wyszło na jaw, że nie ma tam śladu ni popiołu ani po Janis, ani po Jimmim, ani po Julio. Na pocieszenie odwiedziliśmy więc mogiłę Juliusza Słowackiego, bardzo ładna. Cała pielgrzymka po cmentarzu miała tę dobrą stronę, że, jak już wspomniałam, strasznie długo trwała, więc po jej zakończeniu był już czas odebrać walizki i wreszcie udać się do hotelu,i tę złą, że była strasznie wyczerpująca. Po zaczekinowaniu bardzo BARDZO kusząca wydala się nam idea drzemki, dzielnie się jej jednakże oparliśmy, poprzestając na prysznicu i zmianie outfitu, co odświeżyło nas nieco, aczkolwiek nie na długo. Paryż okazał się OBEZWŁADNIAJĄCY. Odległości, na mapie absolutnie możliwe do pokonania pieszo, w rzeczywistości okazywały się cztery razy dłuższe niż się wydawało, więc około dwudziestej znajdowaliśmy się już na absolutnie ostatnich nogach i właśnie wtedy przypadkiem wylądowaliśmy w dzielnicy szopingowej (a raczej JEDNEJ Z NICH) i zaczął mnie podgryzać wspomniany fartuch trencz. Widziałam go już wcześniej na jakimś blogu, wiedziałam że to Zara, spodobał mi się dość neutralnie, w Paryżu natomiast zobaczyłam go na kilku dziewczynach na żywo, wyglądał absolutnie genialnie, i Ten zaczął mnie szczuć żebym przymierzyła. (Mówię Wam, Ten chłop jest pod tym względem absolutnie nietypowy.) Owszem, przymierzyłam, piękny był, ale moje ciało i umysł z całych sił broniły się przed aktywnością inną niż położenie się do łóżka, powiedziałam więc, że na razie nie decyduję, muszę się najpierw wyspać, a następnego dnia możemy udać się na spokojny spacer po sklepach. (W końcu Paryż to stolica mody, więc zakupy JAK BY NIE PATRZEĆ należą do czynności absolutnie niezbędnych). Zjedliśmy więc już tylko kolację w miejscu absolutnie random, byle blisko, to znaczy ja wmusiłam w siebie ze cztery nitki spaghetti, gdyż zmęczenie wyparło ze mnie wszystkie inne doznania, w tym głód. W łóżku byliśmy około dwudziestej drugiej i spaliśmy jednym ciągiem do dziewiątej rano.

Drugi dzień, a była to sobota, zdecydowaliśmy rozpocząć od wieży Eiffla, bo Ten marudził że jest w tym mieście już 24 godziny, a jeszcze jej nie widział. Pod wieżą nastrzelaliśmy sobie zdjęć we wszystkich możliwych konstelacjach, po czym przespacerowaliśmy się ogrodami Tuileries i postanowiliśmy że tak zwany obiad będziemy spożywać codziennie w formie pikniku w licznych parkach, ogrodach czy skwerkach, a na kolacje wychodzić do fajnych miejsc. Postanowienie zrealizowaliśmy od razu, gdyż właśnie nadeszła pora obiadowa, w najbliższym supermarkecie kupiliśmy sałatkę, bagietkę, ser, pistacje i piwo, i tak zaopatrzeni usiedliśmy na posiłek. Pogoda nas nie rozpieszczała, bo wiał zimny wiatr, ale na czas pikniku ZAWSZE wychodziło słońce i przynajmniej było sucho. Pokrzepieni, zgodnie z planem wpadliśmy w szpony konsumizmu, kupiliśmy sobie każdy po parze sandałów, no i ja, rzeczony trencz. W hotelu, przebierając się na wieczorne wyjście na kolację, wyjęłam w celu przymierzenia nowy zakup z papierowej tutki i stwierdziłam, ŻE BRAK MU PASKA. Trencz bez paska w ogóle nie ma racji bytu, szczególnie ten trencz, luźny i obszerny, bardzo fartuchowaty, a poza tym jeżeli coś ma szlufki, musi mieć pasek, gdybym miała go nosić bez paska, musiałabym odpruć szlufki. Proste. Przypominam że była sobota, dziewiąta wieczór, a przed nami Wielkanoc. Od razu zrodziła się w nas idea, żeby pasek ukraść, przyznaje się bez bicia. W obliczu jednakże powyższego, pomysł nie wydawał się możliwy do zrealizowania, w naszej mini Zarze w Aachen trencza nie mieli, do innego miasta nie zamierzałam się w tym celu udawać, Ten zaofiarował się zapytać siostry, czy by nie mogła dopuścić się dla mnie przestępstwa w którejś filii w Marbelli, co z kolei wydało mi się przesadą, byłam więc już skłonna odpruć szlufki. Nie znalazłszy rozwiązania dylematu udaliśmy się na kolację, bez mrugnięcia oka zdecydowaliśmy się zaakceptować rekomendację bardzo francuskiej kelnerki, mimo że nie mieliśmy pojęcia, co nam zaserwują, i zjedliśmy doskonałą wołowinę i doskonałe wątróbki. Po kolacji znowu padliśmy jak kawki.

Niedzielę spędziliśmy w całości w przecudownej dzielnicy Le Marais, najpierw w Centrum Pompidou (rzadko które muzeum zwiedziłam z takim autentycznym zainteresowaniem), kichając i plując na Luwr, gdyż nie uśmiechała nam się trzygodzinna kolejka, a na mniej nie wyglądała, a potem zwyczajnie i bez pośpiechu spacerując po romantycznych uliczkach. Kolejka, aczkolwiek nie trzygodzinna, tego dnia jednak była nam pisana, bo Ten uparł się spróbować słynnego falafla z knajpy Chez Marianne (na zdjęciu wraz z permanentną kolejką, foto nie moje). Falafel był świetny, z mnóstwem fajnych dodatków (boska grilowana oberżyna!), a co do kolejki, to zbyt mało zjadłam w życiu falafli, żeby potwierdzić ekstraordynaryjność owego, ale dobry był. Pewną nadzieją odnośnie paska napełnił nas widok większości otwartych sklepów w Marais, jednak w końcu musieliśmy stwierdzić, że były to przybytki raczej ekskluzywne, bądź wintydż. Absolutnym zachwytem napełnili mnie ludzie na ulicach, oryginalni i inspirujący, szczególnie dziewczyny w tych sklepach pracujące, jak również liczni geje. Na piknik nakupiliśmy tym razem owoców świeżych i suszonych w wielkim warzywniaku, na deser po falaflu. Kolacja znowu była romantyczna w malutkim bistro, a jedzenie i wino absolutnie warte każdego centa.

Na wielkanocny poniedziałek, będący naszym ostatnim dniem w Paryżu, postanowiliśmy nie robić żadnego konkretnego planu. Po opuszczeniu hotelu i oddaniu walizek do dworcowej przechowalni około południa mieliśmy jeszcze prawie dwanaście godzin czasu, bo autobus odchodził o dwudziestej trzeciej. Le Marais zachwyciło nas oboje, więc na początek znowu udaliśmy się w tym kierunku, połaziliśmy, zjedliśmy Crêpes ze słonym nadzieniem, wyszliśmy na Bulwar Saint Germain, a tam Ten chwycił mnie za rękę i pokazał palcem wielką, cudowną, całkowicie jednoznacznie otwartą Zarę. Jak również wszystkie inne sklepy. W wielkanocny poniedziałek. Cóż, najwyraźniej los jednak chciał, żebym nosiła mój trencz z paskiem, później przyszło mi do głowy że mogłam zostawić kartkę w rękawie, z informacją, że brakujący pasek znajduje się w filii na Polach Elizejskich, gdzie w drodze do kasy upadł mi mój. Lancz spożyliśmy w Ogrodach Luksemburskich, w pięknym słońcu, karmiąc wróble i odganiając gołębie. Pod wieczór udaliśmy się na piwo, gdzie spożyłam napój z największej półlitrowej szklanki, jaką w życiu widziałam, i mimo że było na niej jak byk napisane 50cl, jestem przekonana, że to musiało być więcej. Dowód poniżej. 

Do Aachen dotarliśmy dziś o 4.30 nad ranem, pospaliśmy do 9, po czym półprzytomni udaliśmy się do pracy. Ale warto było.

image

 

Pierwsza kawa na dworcu. Widać moją promienną świeżość.

image

 

U góry na Montmartrze.

image

 

Bazylika Najświętszego Serca.

image

 

Miejsce, na Placu Republiki, w którym Chmielewska czekała, aż podjedzie po nią biała toyota!!!

image

 

Obowiązkowe selfie pod wieżą.

image

 

Ogrody Tuileries.

image

 

Nie wiem gdzie to, ale ładnie wyszłam.

image

 

Nie weszłam do Luwru, ale przed nim byłam!

image

 

Serio.

image

 

Good hair day.

image

 

Centre Pompidou.

image

 

Selfie na którymś pikniku. Co mówiłam o słońcu?

image

 

Wołowinka.

 

 

 

image

 

Ogrody Luksemburskie.

image

 

Same here.

image

 

Le Marais.

image

Największa na świecie szklanka półlitrowa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: