Archive for Styczeń, 2014

O kończeniu się stycznia

Normalnie ten styczeń to ma w sobie coś takiego, że sama nie wiem jak to nazwać. Niby 31 dni, normalnie, jak co drugi miesiąc, żadna niezwykłość. A ciągnie się, jakby co najmniej pół roku trwał. Już pomijam takie subiektywne odczucia jak to, że niby to W TYM MIESIĄCU byłam w Marbelli i chodziłam po ulicy w samym sweterku, a wydaje mi się że było to co najmniej w zeszłym stuleciu, chodzi mi szczególnie o zjawisko kończenia się stycznia. Mamy osiemnastego, myślę, uff, już jesteśmy dobrze za połową, w końcu styczeń się kończy. Nadchodzi dwudziesty trzeci, no, teraz to już dwójka z przodu, też za połową od dwójki do trójki, kończy się skurczybyk. Wreszcie jest dwudziesty ósmy, yesssssssss, styczeń się KOŃCZY! I tak od dwóch tygodni, a to wciąż jest trzydziesty pierwszy i ścierwo dalej się nie skończyło.

Ale przynajmniej trzecią część psychologa sądowego Sebastiana Bergmana dopadłam, bo tej Yrsie Sigurdardottir i jej duchom, to szczerze nie wiem czy dam radę.

 

Reklamy

2 Komentarze »

O pęsetach i szaleństwie

Słuchajcie, ciągle gubię pęsety. I znajduję jak już kupię dwie kolejne, potem znowu je kolejno gubię i tak w kółko. Pewnie niedługo będę mogła sklep z pęsetami otworzyć, albo jaką wystawę, bo na razie mam cztery aktualnie nie zgubione (zgubionych nie mogę policzyć, bo są zgubione) i nie ma dwóch identycznych.
Jak łatwo się domyślić z poprzedniego postu, wciąż ćwiczę z Chodakowską, i co gorsza wciągnęłam się również w dietowanie, bo uparłam się, że tym razem sobie ten sześciopak wyhoduję. Więc zaczęłam gotować (bułki z serem jakoś mi z sześciopakiem zgrzytają), jeść co 3-4 godziny oraz ODWAŻAĆ ilości spożywanych produktów. Szaleństwo to jest zupełne, ale po prostu MUSZĘ na własnej skórze przetestować, czy uda mi się go osiągnąć, jeśli będę robić wszystko jak należy. Na razie tak szczerze mówiąc, to jest całkiem nieźle, tylko mi tolerancja na alkohol straszliwie spadła, ale to przynajmniej mi weekendowe wyjścia taniej wypadną.

Śniegu (tfu tfu tfu) wciąż niet i nawet sobie w trampkach poginam. Byle do wiosny.

Leave a comment »

O zaćmieniu

Wczoraj musiał być dzień wyjątkowego zaćmienia umysłowego, gdyż po pierwsze uprałam jedne spodnie wraz ze skórzanym paskiem (co odkryłam dopiero kiedy sprzączka mi zaczęła łomotać w pralce, ale o dziwo obie przeżyły nawet wirowanie), a po drugie, robiąc ćwiczenie gimnastyczne na tak zwane boczki, zamiast zmieniać bok, zmieniałam tylko kierunek nóg. I wiecie kiedy się zorientowałam? Przy trzeciej serii, kiedy zaczęłam zdzierać sobie skórę z jednego, uporczywie katowanego łokcia.

A dzisiaj odkryłam niepodważalną zaletę lakierów do paznokci Chanel, stawiającą je ponad tańszymi: one nie gęstnieją. Osobiście mam paznokcie pomalowane przez cały czas bo tak lubię, na żelach nawet lakier za 2 złote trzyma się doskonale, ale ten za dwa złote już po miesiącu jest tak gęsty, że nie da się go używać, podczas gdy najstarszego Szanela mam już dwa lata i dwa miesiące i maluje się nim tak samo jak pierwszego dnia.

Piąteczek drodzy Państwo!

Comments (1) »

O komplementach i portkach

W końcu się zebrałam i poszłam do fryzjera trochę obciąć koczkodana na głowie, bo już się nawet malowałam z zamkniętymi oczami, żeby krzywdy nie robić własnemu poczuciu estetyki, a tu zaraz następnego dnia Helena mi mówi, że ostatnio jak mnie widziała, to chciała mi powiedzieć jakie to mam już długie włosy i jak mi ładnie, tylko zapomniała. Doprawdy, speszcie się mówić ludziom komplementy, bo tak szybko odchodzą. Powody do komplementów znaczy.

(Ale ja z krótszego koczkodana osobiście jestem zadowolona)

Poza tym to raz na zawsze powinnam się oduczyć kupowania zastępstw dla ciuchów, które mi się podobają, a których w danym momencie nie mogę mieć, bo koniec końców i tak kupię pierwotną zachciankę. Proszę bardzo, służę aktualnym przykładem. Pamiętacie, jak psioczyłam na kraciaste portki Mirandy? I jak w końcu kupiłam inne? Otóż te Mirandy wypłynęły oczywiście na wyprzedażach, ja za namową Tego w końcu je przymierzyłam (a tak, poprzednio zdecydowałam że nie są dla mnie nawet nie przymierzywszy) i rzecz jasna powędrowały ze mną do domu. Normalnie nic tylko tłuc w gupi łep.

Apropos tłuczenia, to zaczęłam oglądać serial, wywołujący u mnie uczucia, jakich jeszcze Zaden serial nie wywołał. A mianowicie bardzo silne poczucie wstydu za poczynania głównego bohatera, stuprocentowego idioty. Nazywa się „Hello ladies”, jakby ktoś chciał się odmóżdżyć.

Śniegu ani mrozu na razie nie widać. Trzymajcie kciuki.

2 Komentarze »

O nowym serialu i starych maniach

Fajny serial zaczęłam. Chociaż właściwie to nie, fajny serial SIĘ ZACZĄŁ, bo premiera była w uesajskiej telewizji w poniedziałek, ja obejrzałam wczoraj i zdaje się że się nie zawiodę. Nazywa się True Detective, jakby kogoś interesowało, a pan Matthew Conaughey (czy ktoś wie, jak to się tak naprawdę wymawia?), chociaż go nie lubię, naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Aktorstwem, bo wizualnie nie ma nic wspólnego z plejbojem z Sahary na przykład.

Niedawno wyczytałam, że wszyscy wielcy ludzie mieli jakieś manie i natychmiast zaczęłam szukać u siebie. I znalazłam! Aż dwie. Po pierwsze zawsze, ale to ZAWSZE muszę posmarować usta pomadką ochronną po umyciu zębów oraz ZJEDZENIU JABŁKA. Jeśli z jakichś przyczyn nie ma jej pod ręką, cierpię i staram się posmarować je czymkolwiek innym, kremem do rąk, balsamem do ciała, ale mimo wszystko CIERPIĘ.

Po drugie, jak zalewam sobie herbatę, muszę mieć kubek wypełniony prawie do samego brzegu, z góra centymetrowym odstępem. Do szału doprowadza mnie Ten, który mi zalewa z odstępem co najmniej dwucentymetrowym, zawsze syczę z wściekłością czy mi wody żałuje, po czym idę sobie dolać. Niewłaściwie zalanej herbaty nie jestem w stanie wypić, a Ten patrzy na mnie z coraz większym strachem.

A jak tam u Was? Ciekawam!

3 Komentarze »

O konsumpcjonizmie, satysfakcji i tęsknocie

Cieszę się jak zupełny głupek, gdyż kupiłam sobie matę. Ogólnie do jogi, ale ja do Chodakowskiej potrzebowałam, gdyż przy użytkowaniu starej, wykonanej z dość grubej, a mało ścisłej pianki, cały czas bałam się że rozerwę ją na strzępy przy wczepianiu się stopami i łokciami. Kupiłam więc nową, zieloniutką jak szczypiorek, cienką i twardą i nawet już na niej ćwiczyłam.

A pozostając w temacie kupowania, to wyprzedaże są, a ja nie nabyłam żadnych butów. Zamiast tego ale kolejny płaszcz w kratę. A pomyśleć, że jeszcze malutkie pół roku temu ABSOLUTNIE nie lubiłam kraty.

Ostatnio strasznie dziękuję niebiosom za moje nieszczęście z listopada 2012 2011 (ale ten czas leci!!!), kiedy to zmuszona byłam zerwać nieidący w pożądanym kierunku kontakt z dupkiem (previously known as Ten od Jednego Kierunku Ruchu) i dzięki temu a) uniknęłam związania się ze strasznym tchórzem, a do tego histerykiem, niepoważnym i niedojrzałym oraz b) bez przeszkód mógł zacząć podrywać mnie Ten. Mało które nieszczęście w moim dość krótkim życiu wyszło mi tak bardzo na szczęście. Ostatnie plotki na temat dupka wzmagają intensywność podziękowań, oraz napełniają mnie złośliwą satysfakcją, która wprawdzie źle o mnie świadczy, ale za to dobrze mi robi.

A, i księgarnię muszę odwiedzić, bo starsznie się stęskniłam za psychologiem sądowym Sebastianem Bergmanem!

Leave a comment »

O końcu i początku (roku)

Ostatnie dni starego roku i pierwsze nowego miałam nieprzyzwoicie szczęśliwe. (Do dzisiaj, bo wiadomo – powrót do kieratu.)

Chociaż lot miałam obrzydliwie nerwowy, bo najpierw celnik przyczepił się do mojego woreczka na płyny, odesłał mnie z powrotem do zakupu za jedno euro woreczka z maszyny i musiałam stać drugi raz  w tej samej kolejce, a potem odebrano mi bagaż podręczny i umieszczono go w brzuchu samolotu oraz wylądowaliśmy z półgodzinnym opóźnieniem, to od momentu ujrzenia brodatego uśmiechu Tego po drugiej stronie barierki wszystko zaczęło iść tak jak powinno. Na przygotowanym dla mnie łóżku czekała puchata piżama z owcą, przewidziana jako oficjalny strój wszystkich kobiet w domu Tego na dzień pierwszego stycznia, a w lodówce mroził się doskonały dżin na powitalnego drinka.

Przed świętami mamusia Tego dostała w prezencie od jednego takiego całą torbę awokado prosto z ogródka, a od drugiego takiego dobre kilka kilogramów szynki z karmionej żołędziami iberyjskiej świni, więc przez cały czas żywiliśmy się prawie wyłącznie awokado i tą szynką, i aż się dziwię że nie nabraliśmy od tego zielonkawego odcienia.

W końcu udało mi się również odwiedzić kultowy bar o jakże wymownej nazwie BAR FRANCISCO (potocznie zwany Paquito), często odwiedzany przez Tego i jego przyjaciół, który to bar zgodnie z oczekiwaniami wywarł   na mnie potężne wrażenie. Po pierwsze sam Francisco czyli Paquito – wypisz wymaluj Danny de Vito w którymś Batmanie. Po drugie sam bar – malutki, absolutnie nieprzytulny, z neonowym światłem i wystrojem sklepu mięsnego z lat osiemdziesiątych, takąż ladą i białymi kafelkami w niebieskie wzorki, naprawdę trudno to opisać. Po trzecie serwowane przez Paquito drinki – w wysokiej wąskiej szklance, z trzema wielkimi kostkami lodu (nie wiem co to jest, ale te hiszpańskie kostki lodu się w ogóle nie rozpuszczają! Drink już dawno wypity, a kostki trwają w niezmienionej formie.) wypełnionej w 3/4 dżinem i podana do tego 2oo mililitrowa buteleczka toniku, której zawartość nie mieści się w szklance nawet w połowie. Poezja! A do tego na najpiękniejszej ulicy w Marbelli.

W Sylwestra upiliśmy się wszyscy okropnie przywiezioną przeze mnie żołądkową gorzką i pierwszego stycznia faktycznie zalegliśmy w piżamach z owcą na dwóch kanapach przed telewizorem, jedząc awokado i szynkę. Więc nie wiem jak to rokuje na nowy rok.

image

Piżama z owcą

image

31 grudnia.

Leave a comment »