Archive for Grudzień, 2013

O 2013

Cholerny czas niestety pędzi jak wściekły i znowu kolej na obowiązkowe podsumowanie roku.

Roku, który zaczął się nienajlepiej, bo ubiegłego, spędzonego samotnie, Sylwestra wspominam dość niechętnie. Potem jednak ukochany wrócił, a dzień jego powrotu i dwa kolejne budzą już nie tylko dobre wspomnienia, ale również i lekki rumieniec. W styczniu były również urodziny Yary w stylu lat dwudziestych, na które poszłam w towarzystwie Walta Disneya, oraz poważne (i jedyne w ciągu ostatnich kilku lat) przeziębienie, które uchroniło mnie przed nieprzyjemnością. W lutym niestety zerwali ze sobą Seta i Irune, co krótkoterminowo spowodowało konieczność otwierania flaszki prosecco śrubą i obcęgami, natomiast długoterminowo wpłynęło negatywnie na stosunki w naszej grupie. Również w lutym był karnawał i ostatni (miejmy nadzieję) wybuch zazdrości Tego o Tego od Jednego Kierunku Ruchu oraz zepsułam w ciągu jednego wieczoru niespodziankę walentynkową i korkociąg, a także kupiliśmy bilety lotnicze na maj. W marcu świętowaliśmy pierwszą rocznicę pierwszej randki, kupiłam sandały i krótkie spodenki, oraz, kontrastowo, prawie zamarzłam podczas dżogingu ekstremalnego. Zaczęłam (i nie skończyłam) szóstkę Weidera (mieliście rację z tym kręgosłupem), a argentyńska imienniczka podzieliła się ze mną radosną informacją o swoim odmiennym stanie. Ten z moją wybitną pomocą rozpoczął w końcu realizację planu pomalowania pokoju w stylu Mondriana oraz zrobił sobie kuku w kark, co prawie uniemożliwiło nam wielkanocny wyjazd. Na całe szczęście jednak tylko prawie, wyjazd doszedł do skutku, dogłębnie zwiedziliśmy Luxemburg, nieco mniej dogłębnie Trewir (ale za to wypiliśmy dużo pysznego winka) i spędziliśmy bardzo fajne trzy dni. Zaraz potem pojechałam autobusem do Polski, i autobus zaczął mnie już trwale prześladować. Kwiecień upłynął mi pod znakiem decyzji na temat wiosennych butów, zakończone w końcu zakupem arystokratycznych kapci. Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem maja było zrealizowanie tych wykupionych w lutym biletów i tygodniowy pobyt w różnych miejscach Andaluzji i poznanie bardzo dużej części rodziny Tego. Mniej ważna była Fiesta de la sidra i moja ostentacyjna już wrogość do Tego od Jednego Kierunku Ruchu. Zwanego już tylko dupkiem. W czerwcu chyba miał miejsce jakiś dziwny układ planet, bo strasznie dużo się z Tym kłóciliśmy oraz dostałam od niego pierwsze kwiaty i zlazła mi skóra z opalonych nóg. Kolejny rok życia zakończył i rozpoczął Seta. Lipiec rozpoczął się bardzo fajnie wizytą mamy i siostry Tego, z którymi pojechaliśmy sobie na małą wycieczkę do Holandii, odwiedziłam po raz kolejny Amsterdam i po raz pierwszy Utrecht, odkryłam że lubię mule i doprowadziłam wszystkich do rozpaczy poszukiwaniami frytek special. Zaraz potem, już samotnie, pojechałam do Polski, gdzie zajadałam się nowalijkami i pomagałam zbierać plony z działki, a potem się przeziębiłam, odkryłam miłość do ubrań w stylu piżamowym oraz dowiedziałam się że gówniarz się ożenił, co nieco mną wstrząsnęło. W sierpniu zobaczyłam Araba na motorze i zakupiłam sobie Birkenstocki, oraz zdaje się że nie był to ogólnie mój ulubiony miesiąc. Zupełnie inaczej niż wrzesień, kiedy to znowu byłam w Hiszpanii, szukałam espadryli po całej Marbelli, z wielkim sukcesem robiłam za Cygankę i świętowałam trzydzieste piąte urodziny na dziewiczej plaży. Po powrocie wraz z Heleną założyłam bloga i, już w większym towarzystwie, gubiłam się w Essen. W pażdzierniku z kolei byliśmy we Włoszech, która to podróż była chyba najlepsza ze wszystkich tegorocznych, mimo smutnej wiadomości, która rzuciła się cieniem na całą resztę roku i pewnie się jeszcze niestety trochę porzuca. W wyniku owego rzucania byłam przez długi czas w nastroju całkowicie odmiennym od doskonałego i odbiło się to negatywnie także na moich stosunkach z Tym. Również w październiku w domu Antonio robiliśmy słynne migas, a pod koniec miesiąca znowu pojechałam do Polski. W listopadzie już nigdzie nie jeździłam, jadłam za to kluski kartoflane wszech czasów i zaczęłam ćwiczyć z Chodakowską, co, możecie mi wierzyć lub nie, całkowicie odwróciło moją uwagę od listopada. Odkryłam również polski sklep w Aachen, niewysychające źródło żołądkowej gorzkiej, oraz świetną knajpę w Maastricht, serwującą kilkadziesiąt różnych gatunków piwa. Także w listopadzie, właściwie na samym jego początku, urodził się syn argentyńskiej imienniczki i otrzymał to samo imię co Ten, co napawa mnie zadowoleniem i jeszcze większą ilością pozytywnych uczuć do małego. W grudniu jak zwykle przeżyłam stres na tle krismes party, tym razem w ilości sztuk dwie, i pojechałam na Święta do Polski. Jeśli nie nastąpi żadna katastrofa, tym razem Sylwestra nie będę spędzać sama, aczkolwiek nigdy nie wiadomo.

(Pierwszą myślą po skńczeniu pisania tego elaboratu było: kiedy ja do licha pracowałam, skoro bez przerwy gdzieś jeżdziłam??) 

To był bardzo bardzo, dobry rok, chociaż końcowe miesiące przyniosły ze sobą ciężkie zmartwienie, i na nowy życzę sobie przede wszystkim jego unicestwienia. A Wam, czego tylko Wy sobie życzycie! Szczęśliwego Nowego!

     

Reklamy

Comments (1) »

O tym co mi się należy

Szczęście, jakie mnie ostatnio prześladuje, nie zna granic ni kordonów.

Dzisiaj na przykład, o godzinie 3.57, autobus, w którym się znajdowałam ja i jakieś 50 innych osób, a który z kolei znajdował się na stacji benzynowej w miejscowości Garbsen w okolicach Hannoweru, postanowił sobie zdechnąć i nie zapalił. Na początku nawet głupkowato się ucieszyłam, bo w autobusie były dość idiotyczne światła, niby słabe ale uniemożliwiające mi spanie, i tak raczej utrudnione, a zdechnięcie wyłożyło calutką elektronikę, ale po jakiejś półgodzinie awaria dotarła do mojego otumanionego umysłu.

Na początku panowie kierowcy zadzwonili do serwisu, na moje oko z nadzieją że pan w telefonie powie im który guzik nacisnąć i przez telefon naprawią, potem kazali wszystkim wysiąść i próbowali czy ruszy NA PYCH (ha.ha.ha), a potem jednak zdecydowali się czekać na pana z serwisu. Acha, przysłanie zastępczego autobusu nie wchodziło w grę, bo zastępczych autobusów nie było. Najwyraźniej wszyscy mieszkający w Niemczech Polacy podzielili mój pogląd, że od razu pierwszego dnia po Świętach będzie pusto i zdecydowali się tego dnia wracać. Pan z serwisu przybył już o 5.45 i okazało się że nawalił jakiś przekaźnik, który trzeba było wymienić. (Zdaje się że to działa na tej samej zasadzie co korki. Jak pójdą korki, to trzeba wymienić.) Kwadrans po szóstej ruszaliśmy w drogę z dwugodzinnym opóźnieniem, a moja wizja spokojnego i relaksującego dnia, połączonego z emocjonującymi przygotowaniami do poniedziałkowego wylotu do Hiszpanii zaczęła się oddalać.

Dotarłam około 13.00 i zaraz po powrocie nabyłam sobie flaszkę prosecco, którą dziś wieczorem otworzę, bo mi się NALEŻY. O.

4 Komentarze »

O najbardziej charakterystycznej cesze

Najbardziej charakterystyczną cechą mojej rodziny, jeśli chodzi o przygotowania do Świąt, jest chodzenie do sklepu po 2-3 rzeczy i uroczyste przysięganie mojej siostry, że to już na pewno wszystko i niczego więcej nie brakuje. Takim oto sposobem od przedwczoraj, kiedy to rozpoczęło się gotowanie, każdy z członków rodziny był przynajmniej raz dziennie a to po śmietanę do grzybowej, a to po piwo do piernika, a to po liść laurowy do bigosu. Za każdym razem był to oczywiście ostatni raz.
W chwili obecnej mam już tylko nadzieję, że ostatecznie i nieodwracalnie zamknięto wszystkie sklepy, więc nawt jeśli mojej siostrze wciąż czegoś brakuje, to tego zwyczajnie nie będzie.

A Wam Wesołych Świąt życzę! Bądźcie dla siebie dobrzy chociaż te Święta.

Leave a comment »

O sytuacji typowej

Zaistniała sytuacja typowa. Jutro jadę, dzisiaj musiałam być jeszcze w pracy oraz miałam miljon rzeczy do załatwienia po, więc oczywiste jest, że musiałam obudzić się z dość ciężkim kacem (a podobno jak się je raclette z tym całym serem, to wino krzywdy nie robi!…), na szczęście mało uciążliwym i objawiającym się głównie śmiertelną sennością (zapadałam w sen pomiędzy każdą pobudką w telefonie Tego, czyli co jakieś 10 minut przez prawie godzinę, a zwykle jak już się budzę to się budzę).

Na plus należy zapisać mi fakt, że dokonałam czekinu na lot do Hiszpanii po powrocie z Polski, pojechałam do polskiego sklepu po żołądkową gorzką, którą Ten zabierze do Hiszpanii (i nie ośmieli się tknąć, zanim nie przyjadę ja!), zaniosłam na pocztę leżącą od prawie dwóch tygodni na oparciu fotela paczkę z niepasującymi sukienkami z asosa, oraz wykupiłam receptę na pigułkę, którą musiałam wziąć dziś wieczorem.

Na minus natomiast, że rzeczy do zabrania są jeszcze po części mokre i dosuszają się na kaloryferze, szukałam godzinę jednego swetra, po czym okazał się być w nie do końca rozpakowanej walizce z listopada, walizkę bieżącą mam nietkniętą, a prezenty niepopakowane, a jutro jeszcze muszę skoczyć do rossmana, do Tego do biura, kupić sobie książkę na drogę, no i, oczywiście, spakować walizkę.

Uff. A, i najwyraźniej polubiłam ostatnio nawiasy.

 

PS Jakby kogoś interesowało, to na fejsbukowej stronie Sólo se trata de vivir jest przetłumaczony na polski przepis zupy z poprzedniego postu.

Leave a comment »

O tym że robię postępy

Robię postępy. Już na drugą imprezę z rzędu poszłam nie w ciuchach, które specjalnie na tę okazję kupiłam! (I których nigdy więcej nie włożyłam – przypis tłumacza.) Tę ostatnią potraktowałam szczególnie luzacko – włożyłam granatowe portki w cienkie prążki (kupione właściwe do noszenia z trampkami, bo lubię kontrasty) i pomarańczowy jedwabny tiszert z COSa. Luzackość przeszła mi jednakże jak ręką odjął, kiedy po przymierzeniu zestawu i aprobującym kiwnięciu do lustra, wzrok mój padł na własne czerwone paznokcie, pasujące do pomarańczu dokładnie jak pięść do nosa. Bez latania jak kot z pęcherzem się więc nie obeszło, bo sposobu na przyspieszenie schnięcia paznokci (bez nakładania dodatkowych specyfików) jeszcze nie odkryłam.

(Przy okazji, czy Wy też tak macie że ZAWSZE tuż przed wyjściem oplujecie się pastą do zębów???? Ja tak mam, i Helena twierdzi że powinnam po prostu myć zęby ZANIM się ubiorę. Genialne w swej prostocie, że też sama na to nie wpadłam!!!)

Poza tym to przedświątecznie bardzo mi tkliwie, myślę że kelnerka w winiarni, w której wczoraj razem z Tym obalałam flaszkę australijskiego czerwonego w życiu by nie powiedziała, że jesteśmy razem już prawie dwa lata, i z tego wszystkiego fakt, że JUŻ W CZWARTEK jadę do domu zupełnie do mnie nie dociera.

A wczoraj zrobiliśmy zupę krem z awokado i cukini według tego przepisu. Jakie to dobre! Ostatnio najchętniej wszystko jadłabym z awokado, więc mój zachwyt nie ma granic.

No i tak to. Zupełnie nie potrafię przygotować listy życzeń, jakaś wybrakowana jestem, za każdym razem jak się zabieram, to wychodzi mi, że nic nie potrzebuję i wszystko mam. Strasznie frustrujące.

Leave a comment »

O dzisiejszym dniu

Dzisiejszy dzień był znaczący z dwóch powodów.
Po pierwsze dopadł mnie dziś taki WKURW, ale to taki, jakiego chyba w życiu nie doznałam. Na dodatek połączony ze smutkiem i rozżaleniem, wysoce niekorzystna kombinacja. Leciałam do pracy na skrzydłach wściekłości i ta mnie napędzała, ale jednak miałam przy tym dość przytomności umysłu, żeby zdawać sobie sprawę z faktu, że to nie jest normalny stan, że jestem niebezpieczna dla otoczenia i że jeśli nie chcę spowodować nieodwracalnej katastrofy, powinnam zamknąć dziób, z nikim się nie spotykać i poczekać aż mi przejdzie.

A po drugie, jako że posłuchałam głosu spod wkurwa i po pracy grzecznie poszłam czytać książkę, po raz pierwszy w życiu zgadłam mordercę już w jej połowie. Możnaby to zinterpretować tak, że wkurw wyostrza mi inteligencję, ale tak naprawdę to mordercę zgadłam już wcześniej (czytam tę książkę chyba od tygodnia), a dzisiaj po prostu genialny psycholog policyjny Sebastian Bergman doszedł do tego samego wniosku co ja.

No i tak to. Jutro krismes party a ja nie mam outfitu.

Leave a comment »

Jeszcze o kieckach

Kiecki rzecz jasna nie pasowały.

Pierwsza miała całkowicie idiotyczne długie rękawy z nieelastycznej koronki, dokładnie uniemożliwiające mi poruszanie ramionami, a poza tym była tak koszmarnie złej poliestrowej jakości, że zbliżenie nawet zepsutej zapalniczki mogłoby zaowocować spektakularnym wybuchem, a druga byłaby nawet całkiem niezła, gdyby miała podszewkę. Podszewki jednakże nie miała, a świecenie zarysem całej sylwetki przed szefem Tego jakoś nie leżało w moich zamiarach, więc o godzinie czternastej w piątek znalazłam się z tak zwaną ręką w nocniku, bez kiecki i bez planu B.

Zareagowałam całkiem spokojnie, zwyczajnie się ubrałam i chyżo pobiegłam do Zary. Tam przymierzyłam jedną taką widzianą już wcześniej i na oko ładną, która jednakże przy bliższym poznaniu okazała się równie beznadziejnie poliestrowa i na dodatek dwa razy droższa, oraz inną, bardzo nobliwą, w której poczułam się jak własna babka. Reszta nie wchodziła w grę. Mango prezentowało się równie mało obiecująco, więc po godzinie w dość posępnym nastroju wróciłam do domu, ze stresu rozbolała mnie głowa, co z kolei rozzłościło mnie do tego stopnia, że postanowiłam się idiotycznie nie stresować.

Wzięłam ibuprofen, dokonałam konstruktywnego przeglądu szafy, wspięłam się na szczyty kreatywności i włożyłam kupioną zaledwie tydzień wcześniej z zamiarem noszenia do luźnych swetrów czarną spódnicę z koronką na dole, mój sławetny top z COSa z otwartym przodem, który tu już kiedyś pokazywałam i nie chce mi się szukać, oraz kowbojskie botki na szpilce. Jedyną ekstrawagancją były najdroższe w moim życiu rajstopy za SZEŚĆ I PÓŁ euro, rzeczywiście bardzo cienkie acz wytrzymałe i robiące wrażenie jakby ich w ogóle nie było.

Wyglądałam całkiem znośnie, i takaż była i impreza, mimo że przed wejściem znowu się stresowałam.

A w ten piątek moja własna krismes party i ZUPEŁNIE NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ!

 

2 Komentarze »